Niedawno Biuletyn Informacji Publicznej opublikował projekt nowelizacji ustawy "hazardowej". Liberalna ponoć Platforma proponuje nam w nim m.in. wypranie z internetu wszelkich nawet śladów, e-hazardu. Czy to dobry pomysł?

Data dodania: 2009-08-18

Wyświetleń: 1828

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena
Pobierz artykul

Licencja: Creative Commons

      Główny cel nowelizacji ustawy, jednej z rekordzistek ilości nowelizacji w ciągu 14 lat od jej uchwalenia, jest jak zawsze słuszny i chwalebny - chodzi o jak największe uszczelnienie przepływów finansowych na rynku hazardu w Polsce, tak, by te strumienie gotówki zasilały także w odpowiednim procencie państwową kasę. Chodzi także o powiększenie wielkości tych kwot podatków, które do tej kasy już dopływają; temu służą dwie proponowane zmiany: zwiększenie podatku od automatów (tzw. "jednorękich bandytów") ze 125 do 180 euro, a więc sporo, a także objęcie tzw. "dopłatami" do stawek zakładów, czyli po prostu podatkiem płaconym przez graczy - czego tylko się tylko da, w hazardzie. Ta druga zmiana nie dotyczy Totalizatora Sportowego i gier prowadzonych przez tą Spółkę, ponieważ tutaj "dopłaty" funkcjonują już od kilkunastu lat. Tak więc generalnie hazard (ten w prywatnych rękach) będzie droższy o co najmniej 10 procent (tyle procent "dopłaty" nakłada w większości projekt), a gra na automatach jeszcze bardziej, ponieważ ich właściciele zapewne zechcą sobie odbić na klientach wzrost kosztów działalności.

Proponowane zmiany uderzają we właścicieli automatów także poprzez uniemożliwienie (przynajmniej na papierze), stosowanych obecnie sposobów na ukrywanie części przychodów, np. tego, że wypłaty z wygranych na automacie, teoretycznie wyłącznie "rozrywkowym" (czyli takim, na którym gra się tylko dla rozrywki, a nie dla wygranych pieniężnych, wobec tego nieopodatkowanym) były jednak wypłacane "pod stołem". Służyć temu ma wyraźne zdefiniowanie i rozgraniczenie funkcji automatów, a następnie monitoring i ścisła kontrola przestrzegania deklaracji właścicieli w tym względzie.
Natomiast bukmacherzy, w myśl projektu, nie będą mogli wykorzystywać wyników losowań gier prowadzonych przez Totalizator Sportowy do prowadzenia własnych zakładów, bez uzyskania zgody tej Spółki. To i tak niewiele, ponieważ moim zdaniem prywatne spółki bukmacherskie tak naprawdę wchodzą z takim zakładami na poletko zastrzeżone monopolem dla państwowego organizatora hazardu.
Do tego miejsca, do proponowanych zmian, trudno mieć jakieś większe zastrzeżenia. Tą część rynku hazardu, która jest w rękach prywatnych już dawno należało uporządkować, nawet w interesie podmiotów tam działających, po to, by wszyscy musieli funkcjonować według tych samych reguł, a także choć częściowo wyrównać obciążenia podatkowe w stosunku do państwowego sektora hazardu, czyli po prostu Totalizatora Sportowego.

W projekcie zmian pojawił się jednak także dodany art. 3a, który za Biuletynem Informacji Publicznej cytuję dosłownie: "Urządzanie i prowadzenie w sieci Internet gier i zakładów wzajemnych, o których mowa w art. 2 ust. 1 – 2b, zwanych dalej „grami internetowymi”, jest zakazane.”  Rzućmy okiem, co zostanie ewentualnie objęte tą prohibicją hazardową. Zawartość wskazanych w tym przepisie ustępów art. 2, już z uwzględnieniem proponowanych, innych zmian, jest następująca:
- ustęp 1 wyszczególnia następujące gry losowe: gry liczbowe, grę liczbową KENO, loterie pieniężne, wideoloterie, telebingo, loterie fantowe, gry cylindryczne (ruleta), gry w karty: black jack, poker, baccarat, gry w kości, bingo pieniężne, bingo fantowe, loterie promocyjne, loterie audioteksowe,
- ustęp 2 mówi o zakładach wzajemnych, czyli totalizatorach (sportowych, zwierzęcych) i zakładach bukmacherskich,
- ustęp 2a i 2b, to gry na automatach, także o niskich wygranych.

Warto tu od razu zauważyć, że 5 pierwszych pozycji w ustępie 1 jest innym przepisem ustawy objęte monopolem Państwa (zarezerwowanych dla Totalizatora Sportowego), a logika artykułu 3a jest taka, że każda inna forma hazardu, nie kwalifikująca się w sposób oczywisty do żadnej pozycji w ustępach 1 - 2b, prowadzona z zagranicznego serwera - prohibicją objęta nie będzie.

Jest oczywiste, że zakaz musi być jakoś egzekwowany. Tymczasem internet, jak do tej pory, jest (dla wszelkich takich i podobnych zakazów) jak durszlak, który trzeba uszczelnić tak, by nie przepuszczał wody i to niestety, dziurka po dziurce, przy czym co chwila pojawiają się nowe. Jak na razie tylko Chińczycy mają do tego warunki, talent i cierpliwość. Popatrzmy zatem jak chcą to zrobić Polacy z Platformy Obywatelskiej. I tak:
1. Prawo monitorowania internetu, oraz uzyskiwania danych o osobach uczestniczących w e-hazardzie dostaje cały nadzór podatkowy, policja, CBA i ABW. Instytucje te mogą zwracać się o współpracę do odpowiednich organów państw, należących do Europejskiego Obszaru Gospodarczego. No cóż - wypada tylko zapytać, a co z całą resztą świata i jej serwerami?
2. Na banki nakłada się obowiązek "analizy transakcji", również przy pomocy kart płatniczych, realizowanych w krótkim czasie, na jednym rachunku, na niewielkie kwoty. Już widzę jak entuzjastycznie banki podchodzą do tego przepisu, zatrudniając dodatkowy personel, lub wydając ciężką gotówkę, na analizujące takie transakcje programy komputerowe. Na dodatek bez problemu można taki e-hazard przykryć np. działalnością sklepu internetowego.
3. Wymienione instytucje monitorujące internet jeżeli kogoś namierzą, mogą kazać bankom blokadę kont, a banki muszą to wykonać. No to organizator otworzy nowe konto, albo od razu będzie miał tych kont więcej, w różnych bankach. Natomiast kontom uczestników e-hazardu, na które wpłynęły pieniądze z ewentualnych wygranych nic nie grozi, a oni sami mogą spać spokojnie - projekt o nich nie wspomina.
4. Jeżeli potwierdzi się, że pieniądze na zablokowanym koncie pochodzą z e-hazardu - można je zająć. No cóż - pewnie organizatorzy zadbają o to, by na takich operacyjnych kontach nie było jednorazowo zbyt wiele gotówki, co w epoce przelewów elektronicznych nie stanowi problemu.
5. Banki muszą ujawniać instytucjom monitorującym właścicieli kont e-hazardowych. Pewnie ujawnią (i jeżeli ujawnią) w ten sposób wiele tzw. "słupów", lub firm typu "krzak", albo i firm legalnych, tyle, że nie osiągalnych dla naszego wymiaru sprawiedliwości, bo nie mających siedziby w Polsce.
6. Jeżeli w wyniku monitoringu zostanie ujawniony e-hazard, dostawca internetu musi na żądanie władzy zablokować dostęp do strony www - oporni będą karani. A organizator e-gry pewnie zaraz potem uruchomi tą stronę www - poprzez innego dostawcę.
7. Operatorzy sieci telekomunikacyjnych muszą na żądanie władzy dostarczyć danych teleadresowych uczestników e-hazardu. I pewnie bez protestów dostarczą, tylko co tej władzy da adres organizatora hazardu, np. w Izraelu? Poza tym z tego powodu, że mają dostarczać tych danych na własny koszt, będą to na pewno bardzo chętnie robili.

Nie jestem specjalistą od internetu, tylko zupełnie przeciętnym jego użytkownikiem, nie jestem także specjalistą od bankowości. Skoro jednak, nawet ja, mogę wskazać jak słabo pozatykano dziurki w tym durszlaku, to z poodtykaniem, albo zrobieniem nowych, specjaliści motywowani niemałą "kasą" do zarobienia na e-hazardzie - nie będą mieli żadnych problemów. A ta motywacja będzie rosła proporcjonalnie, do coraz większych możliwości w technice internetowej i wzrostu zamożności Polaków. Znacznie lepiej wyszło autorom projektu zmian ustawy uszczelnienie przepisów w odniesieniu do automatów, niż zapewnienie faktycznego wyegzekwowania zakazu hazardu w internecie. Na dodatek dość słabo wygląda też uzasadnienie tego zakazu.

I tak autorzy uzasadnienia słusznie wskazują, że organizatorzy e-hazardu całkowicie ignorują przepisy obowiązującej ustawy o grach i zakładach wzajemnych, a także nie płacą podatków i stanowią nielegalną konkurencję dla legalnego hazardu, obniżając jego przychody. Racja! - tylko pytanie, czy można i trzeba to zmieniać totalnym, acz mało skutecznym zakazem hazardu, czy nie lepiej powalczyć o ten fragment rynku, dając graczom możliwość legalnej, kontrolowanej gry w internecie. Tym bardziej, że sami autorzy dodają w uzasadnieniu ustawy, iż nielegalnie działające w Polsce firmy bukmacherskie, tak ogólnie to są jednak legalne, bo zarejestrowane i mające licencje w tzw. rajach podatkowych, a na dodatek stoją - na kto wie, czy nie słusznym stanowisku - że mogą oferować swoje usługi na terenie całej Unii Europejskiej. Być może, gdyby stworzyć im możliwość szybkiego i łatwego dodatkowego zarejestrowania się także w Polsce uczyniłyby to, by spokojniej prowadzić swój interes. Warunkiem takiej działalności mogłoby być powierzenie Totalizatorowi Sportowemu funkcji pośrednika w zawieraniu transakcji hazardowych (np. poprzez obowiązek zapłaty za zawierane zakłady kartami prepaidowymi, wykupywanymi w kolekturach), na czym zarabiałaby i ta Spółka i budżet Państwa, dzięki wpływającym podatkom, a e-hazard byłby pod pełną kontrolą. Nie byłoby w ten sposób możliwe np. przedłużanie gry w nieskończoność (czym martwią się autorzy uzasadnienia, jako czynnikiem uzależniającym od hazardu), ponieważ wygrane na karcie prepaidowej realizowane byłyby obowiązkowo także w kolekturach Totalizatora). Dopiero wtedy można by się zaopatrzyć i używać grubego, prawnego kija, na te wszystkie firmy i spółki hazardowe, które nie chciałyby skorzystać z danej im marchewki.

Argumentem na korzyść pełnej prohibicji jest też zdaniem autorów uzasadnienia fakt, że żaden z krajów, które zalegalizowały e-hazard nie wyplenił tak do końca jego nielegalnych form, zwłaszcza w odniesieniu do dzieci i młodzieży. Jest to argument o tyle słaby, a nawet zupełnie bez sensu, że dzieci i młodzież także popalają i popijają i nikt z tego powodu nie wprowadza prohibicji alkoholowej i zakazu produkcji oraz sprzedaży papierosów, chociaż skala zjawiska w obu tych przypadkach jest o parę kategorii większa, w porównaniu z dość dętym, moim zdaniem, problemem hazardowania się młodzieży. I hazard i nałogi, zwłaszcza narkotyki, są niebezpieczne dla psychiki młodych ludzi, ale nałogi niszczą także organizmy fizycznie. Także alkohol i papierosy są produkowane nielegalnie, a walka z tym pewnie nigdy się nie skończy.
Podnoszą także autorzy uzasadnienia to, że e-hazard stwarza możliwość prania "brudnych pieniędzy". Cóż, taką możliwość stwarzają także inne formy hazardu, nawet poczciwy Duży Lotek, prowadzony przez Totalizator Sportowy, a także jeszcze paręnaście innych form działalności gospodarczej. Trzeba po prostu nauczyć się temu zapobiegać, a nie uciekać od problemu.
No i jest jeszcze argument ukrytej (a nawet całkiem jawnej) reklamy na stronach www, zachęcającej do zawierania zakładów. Proszę zauważyć, że najlepiej może temu zapobiec właśnie legalizacja e-hazardu, ponieważ tylko wtedy można uzależnić przyznanie licencji od niestosowania takiej reklamy. Nielegalny e-hazard reklamować się wręcz musi, chociażby po to, by przełamać nieufność potencjalnych klientów. A po decyzji prowadzenia nielegalnego e-hazardu ryzyko dołożenia do ewentualnych zarzutów jeszcze nielegalnej reklamy - to już niewielki pryszcz.

Awersja autorów nowelizacji ustawy do e-hazardu ma moim zdaniem wyłącznie podłoże kulturowe; pijemy od wieków, palimy wprawdzie nieco krócej, ale również dostatecznie długo, by uważać to za normę (na szczęście coraz mocniej kwestionowaną), natomiast klasyczny hazard nie był jednak wcześniej ani bardzo masowy, ani taki bardzo popularny, dlatego jesteśmy na jego temat, jako społeczeństwo, nieco bardziej wyczuleni. Ponieważ jednak po pierwsze charakterologicznie nie różnimy się aż tak bardzo od innych, bardziej "hazardowych" narodów, a na dodatek bardzo chętnie przyjmujemy płynące od nich wzorce zachowań i do nas hazard dociera - pod wszystkimi postaciami i zapewne docierać będzie. Zamiast nieskutecznych zakazów, przysparzających pracy i tak niewydolnym organom ścigania i wymiaru sprawiedliwości, lepiej byłoby zatem, poprzez legalizację, uzyskać nad e-hazardem jakąś kontrolę. Zadziwiające jest w tym wszystkim także to, że zakazem e-hazardu objęty został również państwowy monopolista Totalizator Sportowy - i prowadzone przez tą Spółkę gry. Przecież w tym przypadku kontrola i monitoring jest wprost dziecinnie łatwa, a przy tym dająca wiedzę o zainteresowaniu Polaków tą forma hazardu.

Zaostrzającym, czy też wręcz jak w przypadku e-hazardu zakazującym przepisom, zawartym w projekcie nowelizacji, towarzyszy oczywiście odpowiednia nowelizacja innych przepisów, chociażby w Kodeksie Karno-skarbowym, o służbie celnej, a także w Kodeksie Karnym. Lekceważenie przepisów jest najczęściej zagrożone karą grzywny, często do 720 stawek dziennych, ale także i odsiadką do 2 lat. Nie ma "zmiłuj się" w odniesieniu do sprzętu służącego do nielegalnej działalności - zostaje zniszczony, a gotówka i dokumenty są rekwirowane. Jednym słowem, jak mówi młodzież - ostra jazda (ale jednak dopiero po ewentualnej wpadce).

Przy okazji, trochę po tajniacku, projekt ustawy legalizuje funkcjonowanie obecnej już na rynku hazardu, prowadzonej przez Totalizator Sportowy najnowszej gry liczbowej pięciominutowego KENO. Gra ta została uruchomiona przez Totalizator Sportowy mimo to, że w dotychczas obowiązującej wersji ustawy nie figuruje w wykazie gier co jest koniecznym wymogiem dla legalności prowadzenia. Mimo to Ministerstwo Finansów zatwierdzające regulaminy gier liczbowych najwyraźniej nie miało wątpliwości i pozwoliło na uruchomienie gry.
Nie jest to na pewno jakieś wielkie naruszenie prawa, pięciominutowe KENO jest podwójnym, polskim klonem amerykańskiego KENO i równocześnie dobrze znanego wszystkim graczom Multi Lotka, różniąc się istotnie tylko sposobem losowania wyników - elektronicznym, a nie jak Multi Lotku - mechanicznym. Nie mniej rządząca Platforma Obywatelska by zachować prawo do mówienia o swojej praworządności powinna dbać o unikanie takich błędów, przez swoich ministrów.

Jakie są szanse uchwalenia tej nowelizacji? Sadzę, że całkiem spore, chociaż na pewno będzie sporo kłótni, w trakcie procedowania w Sejmie i Senacie. Spory mogą dotyczyć szczególnie przepisów dotyczących automatów, gdyż lewa strona sceny politycznej, mająca w tym biznesie swoje udziały, będzie prawdopodobnie zainteresowana utrzymaniem status quo. Natomiast zakaz e-hazardu przejdzie raczej bez większych oporów - nie słychać, by któraś z ważniejszych partii politycznych maczała w nim, już teraz, swoje palce. Chyba że będzie protestował PSL, niejako z powodów ideowych, ponieważ ma w swoich szeregach jednego z najważniejszych internautów Rzeczpospolitej - wicepremiera Pawlaka. Nie warto się jednak wprowadzeniem tego zakazu specjalnie przejmować - jak do świadomości polityków dotrze, że usiłują odciąć (także sobie) dostęp do źródełka ożywczej gotówki, to szybciutko ustawę kolejny raz znowelizują i zakaz zniosą. Po prostu trzeba trochę poczekać, gdyż posłowie "w temacie" internetu są mocno "do tyłu" - kto nie wierzy, niech spróbuje wysłać maila do zapchanej, nigdy nie sprawdzanej skrzynki pocztowej, któregoś z posłów absolutnej większości sejmowej gromadzącej towarzystwo ze wszystkich ugrupowań politycznych.

No i na koniec jeszcze tylko krótko: projekt dopuszcza możliwość zdawania egzaminu przez osoby prowadzące bezpośrednio gry w terminie do 4 miesięcy od momentu rozpoczęcia pracy. Jest to praktycznie rezygnacja z przeprowadzania takich egzaminów (do tej pory odbywały się raz na 3 lata), ponieważ właściciel, czy też zarządca interesu z kolekturą, zawsze może oświadczyć, że pan Kowalski obsługuje lottomat od zaledwie dwóch tygodni. Jest to duże ułatwienie dla personelu kolektur, które nie muszą "zakuwać" do egzaminu, ale na poziom obsługi wpłynie niekorzystnie. Taki pracownik na pewno nie poinformuje klienta jaka jest szansa na trafienie trójki w Dużym Lotku, a jaka w Expresiku.

Licencja: Creative Commons