Wszystko zaczyna się jeszcze przed świtem. Praca która pozornie wygląda na całkiem sympatyczną w rzeczywistości okazuje się trudną walką z infrastrukturą, nerwami i niezrozumieniem ludzi. Tramwaj może porządnie zestresować.

Data dodania: 2009-07-29

Wyświetleń: 1920

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons


Godzina trzecia w nocy. Dla znakomitej części rodzaju ludzkiego mniej więcej o tej porze rozpoczyna się najgłębsza i zapewne najsłodsza faza snu. W wielu jednak mieszkaniach właśnie o tej nieludzkiej porze patologicznie dzwonią budziki. Oho.. tatuś wstaje do pracy. Zanim słońce pojawi się na horyzoncie na wielu krakowskich przystankach zgromadzą się już grupki niewyspanych niebieskich koszul. ,,Kiedy ranne wstają zorze, powstawoły tramwajorze’’- ktoś zanucił. I to miało być śmieszne. A tu szerokie ziewnięcia i kolejna dawka stresu w zanadrzu.
Krakowskie Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne zatrudnia ponad 350 tramwajarzy. Wielu pracuje jako zasilający lub ajenci. W 2008 krakowskie tramwaje przewiozły około 500 tysięcy pasażerów a wielu z nich zwykło wsiadać do nich już kilka minut po czwartej. Trzeba przed nimi wstać i zanim pojawią się na przystanku należy dotrzeć na zajezdnie i sprawdzić sprawność techniczną przydzielonych dzisiaj wozów. Kiedy coś nie gra pędzi się do budki z tramwajowymi majster klepkami. Oni już wiedza co zrobić aby tramwaj wytoczył się z zajezdni o swoim czasie. Parę sprawnych ruchów i usterka usunięta. Na ogół chodzi tutaj o niesprawne drzwi, kasowniki lub kierunkowskazy. Lepiej zrobić to teraz niż przegapić jakiś szczegół i fatygować mechanika na którąś pętle. Rzadziej istnieje potrzeba wymiany całego składu. Rozsiadnięty motorowy pakuje wówczas swoje klamoty, zabiera nieodłączny kubek z kawą i kieruje się na tor gdzie czeka na niego nowy wóz. Nie zawsze świetny fotel na którym będzie mógł wykazać się swoją spostrzegawczością, refleksem i gołębim sercem dla tych dobiegających, których można jeszcze zabrać i tych kierowców, którzy torowisko traktują jedynie jako urozmaicenie horyzontu jezdni. Jeszcze kilka rutynowych ruchów przy ustawianiu lusterka i fotela, przygotowanie biletów, wypełnienie karty drogowej i ruszamy. Ktoś może szybko rzuci myślą w kierunku Świętego Krzysztofa albo uśmiechnie się do siebie myśląc o tej pracy jak o czymś w rodzaju służby czy misji. Ruszamy.
Teraz dopiero po wyjeździe z zajezdni widać jak na dłoni całą specyfikę pojazdu jakim przyjdzie nam się przemieszczać po zatłoczonym mieście. Krakowskie MPK użytkuje obecnie sześć rodzajów tramwajów. Przeciętnie spostrzegawczy mieszkaniec królewskiego grodu bez zająknięcia opowie o co najmniej trzech. Te najpopularniejsze z którymi najbardziej jesteśmy oswojeni to wozy typu 105 Na dawniej zwane żartobliwie akwariami. Mało kto wie że numer w swojej nazwie zawdzięczają pojemności. W jednym akwarium zmieści się bowiem stu pięciu pasażerów. Cztery pary drzwi w każdym wagoniku i stopnie, których wysokość zauważa się ponoć lekko po pięćdziesiątce. Chyba że ktoś wcześniej ma przyjemność wsiadać ze złamaną nogą. Wozy świetne na lato bo akwaria dysponują sporymi szybami i czterema klapami w dachu. Przewiew ma także motorniczy co jest sprawą niebagatelną gdy przy wysokiej temperaturze trzeba wysiedzieć długie godziny. Nowoczesne nazwane kiedyś szybkimi tramwajami bombardiery uważane są z kolei za pojazdy bez wad. No chyba ze mocniej zaświeci słońce. Wtedy już lepiej przesiąść się do 105-tki. Zimą tak-bardzo proszę. Nawet w ulepszonej konstrukcji dołożono z tyłu drzwi. Tylko dla wielu krakowian wciąż niezrozumiała jest ta szybkość w używanej kiedyś nazwie. Po krakowskich torowiskach toczą się jeszcze po dwa typy staruszków sprowadzanych z Norymbergii i Wiednia. Tutaj rzuca się w oczy dziwnie powolna fotokomórka przy drzwiach i często słabo osłonięty od ludzi motorniczy któremu każdy może łatwiutko nakichać na fotel. Norymbergii o fachowej nazwie GT 6 pomieszczą 186 pasażerów a Wiedeńczyki 151. Nie przebijają jednak w tej kwestii bombardierów przeznaczonych dla 201 ludzi, będących jednak o 5.9 m dłuższe od zwanych potocznie Gebelsami Norymberczyków i o 6.3 m dłuższe od tramwajów z Wiednia.
Pierwsze metry po wyjeździe z zajezdni dostarczają informacji o stanie technicznym tramwaju. Nawet w regulaminie istnieje punkt zobowiązujący motorowego do sprawdzenia hamulców po wyjeździe na trasę. Czasami wagon szarpie, czasem na chwile rozłącza jazdę lub ma po prostu wydłużoną drogę hamowania, która zresztą i tak dla tramwaju jest dosyć długa. Aspekt długości hamowania tramwaju niejednokrotnie już przybierał kształt potężnego zarzutu dla kierowcy, który po kolizji z tramwajem dawał upust swojemu zdziwieniu w stwierdzeniu że przecież motorniczy z daleka go widział. Zresztą kolizje czają się na krakowskie tramwaje w bezczelnej pewności wyśmienitych dla siebie warunków. Motorowy jak umie walczy o realizacje rozkładu jazdy, kierowca omija nieprawidłowo zaparkowane pojazdy na i tak wąskich ulicach centrum. Rozkłady jazdy pisane są wybitnie dla wieczorowych i wczesnoporannych pór kiedy ruch jest niewielki i torowiska aż zachęcają do podróży. Nie można z góry zakładać korków, to oczywiste. W godzinach szczytu następuje jednak czasem klęska. Na torowisku pojawiają się pojazdy nie szynowe chociaż często bywa że tramwaje same tworzą przed skrzyżowaniami zgrupowania. Tutaj pora zerknąć na cykle świateł. Oczywiście wiele z nich działa bez zarzutu ale są i takie dzięki którym początkujący motorowi i nieprzyzwyczajeni pasażerowie wpadają w białą gorączkę. Za wzorcowy przykład tego problemu motorowi najczęściej podają skrzyżowanie Alei Jana Pawła II-go z ulicą Stella - Sawickiego. Za wesoło nie jest też pod Koroną czy na rondzie Matecznego. Wiadomo ze każdy musi czekać na swoją kolejkę ale jak twierdzi spora grupa ludzi którzy codziennie pokonują te same odcinki tras, niektóre cykle świateł są wyjątkowo toporne. Czasem – tak jest np. przy ulicy Borsuczej – przy pełnej możliwości ruszenia przez tramwaj, szczelina pozostaje bezczelnie zamknięta (odpowiednik czerwonego światła). Szczęśliwi są tylko dobiegający; ale liczniejsza grupa będących już w środku bez świadomości znosi rosnące opóźnienie. O rozkładzie jazdy myśli się bowiem na ogół zanim wsiądzie się do tramwaju. Wyjątkiem jest tu motorniczy a myśl o opóźnieniu piekli się w głowie na spotkanie problemu rodzącej się potrzeby fizjologicznej. Na końcówce nie zawsze jest czas i chociaż regulamin usprawiedliwia późniejszy odjazd z tej ludzkiej przyczyny, to jednak nikt nie chce odjeżdżać opóźniony. Typowo bowiem tramwajowa specyfiką stosowania rozkładu jazdy jest tak zwane zajeżdżanie się. Jak kolega z innej linii wyprzedzi cię na danym skrzyżowaniu to już go potem nie przefruniesz. Opóźnienie twoje i twoich pasażerów wzrośnie na następnym skrzyżowaniu gdzie korzystając z twoich kilku minut do tyłu wjedzie przed ciebie kolejny tramwaj. Bardzo łatwo więc z kilku straconych minut robi się kilkanaście. Szczególnie gdy zajechany tramwaj ma do pokonania skrzyżowanie pod Koroną. A potem najlepiej Mateczny.
Inna specyfiką niektórych cykli świateł jest wymuszanie na tramwaju przejazdu z szybkością expresu. Szczelina pionowa zapala się w takim momencie że jak nie przemkniesz natychmiast to zaraz uniemożliwią ci to ruszające samochody lub piesi. Rekordy tramwajarskiej krytyki zbiera tutaj skrzyżowanie pod Bagatelą. Oczywiście skręcając w Karmelicką możesz jechać wolniutko ale nawet jak zdążysz przed samochodami to i tak wejdą przed tramwaj piesi, którzy właśnie dostali zielone. Przepuszczające ich tramwaje blokują kierowców pragnących opuścić ulice Dunajewskiego. Prawdziwy problem zaczyna się gdy w Karmelicką skręcają trzy tramwaje pod rząd. Można oczywiście jechać zgodnie z obowiązującymi przepisami.10 km/h Najbardziej boli to jednak tych z Dunajewskiego.
Wielu pamięta niedawną śmierć dwójki niewinnych ludzi zgniecionych przez wykolejony tramwaj na ulicy Stradomskiej. Aż dziw bierze że prawie nikt nie zainteresował się dlaczego niektóre tramwaje zjeżdżające z ulicy Dietla w Stradomską przekraczają prędkość. Łatwo zawyrokować że przyczyna leży w tramwajarskiej fantazji do złudzenia przypominającą tą ułańską. Tymczasem nie trzeba być detektywem aby zauważyć że prawdziwy powód jest bliźniaczo podobny do tego z pod Bagateli. Jak tramwaj nie opuści szybko skrzyżowania to nie ruszą samochody i tramwaj oczekujący na ulicy Stradom. W ruch idą klaksony bardziej krewkich kierowców. Jednak podobno po tej tragedii motorowi stali się obojętni na klaksony jak głazy. Życie ludzkie ważniejsze niż pośpiech kierowcy słabo pojmującego zaiste krótko przemyślany cykl świateł.
Bywa że odrobinę więcej od krewkich kierowców rozumieją pasażerowie. Mimo to rzadko ktoś stanie w obronie motorniczego gdy ubliża mu pijany wyrostek. My pasażerowie uwielbiamy w takich sytuacjach oglądać wolno zmieniający się krajobraz za oknem, swoje własne paznokcie lub czubki swoich własnych butów. Ot po prostu. Niektórzy z nas lubią też czasem ponarzekać na opóźnienia lub nie oszczędzić krytyki w wypadku awarii. Zdarzają się jednak przyjazne uśmiechy lub chłodne ale grzeczne dziękuje od maratończyków ostatkiem sił przekraczających próg wagonu.
Gdzieś między 12.30 a 14.00 przypada apogeum tramwajowych zmian. Nie trzeba być szczególnie wrażliwym aby odgadnąć zmęczenie na twarzach ludzi opuszczających kabiny. Minęły godziny spędzone w środku krakowskiego rozgardiaszu. Godziny pełnej koncentracji i nerwów. Cały czas palec na dzwonku. Można odetchnąć z ulgą. Kończymy. I tylko może ktoś znowu szybko rzuci myślą w kierunku Świętego Krzysztofa lub uśmiechnie się do siebie myśląc o tej pracy jak o czymś w rodzaju jakiejś służby czy misji. A jutro znów trzeba wstać...
Licencja: Creative Commons