Opowiadanie z życia pieska rasy Golden Retriever. "Ponoć przeżyłam kolejne swoje święta. Piszę "ponoć" bo sama nie wiem czy to były święta czy nie, choć rodzice twierdzą, że tak."

Data dodania: 2009-04-23

Wyświetleń: 2345

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 2

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

2 Ocena

Licencja: Creative Commons

Ponoć przeżyłam kolejne swoje święta. Piszę "ponoć" bo sama nie wiem (chociaż jestem Golden Retriever jak wiecie) czy to były święta czy nie, choć rodzice twierdzą, że tak. Ja jednak wciąż się waham i zastanawiam nad tym namiętnie. Bo w końcu były duże stoły z jeszcze większą ilością zachęcająco pachnącego jedzonka w obu domkach babć. I w obu domkach, oprócz stołów i żarełka było dużo bezsierściowców- zupełnie jak w święta. Ale nie było drzewek z lasu, nawet tych przynoszonych przez bezsierściowców. I choć były podnoszone kieliszki i wypijane te paskudne ciecze, to jednak nie było picia zdrowia dziadka. I nawet prezentu nikt nie dostał, a jestem pewna, że nie wszyscy byli niegrzeczni. Ja na przykład byłam bardzo grzeczna, mimo iż czasem rodzice na mnie krzyczeli, a w takiej sytuacji można być legalnie niegrzecznym. A i tak prezentu nie dostałam. Może mi więc ktoś wytłumaczyć co to za święta?

Eh, jak wiadomo, nawet Golden Retriever nie może wiedzieć wszystkiego, więc pozostawiam ten temat bez dalszego rozgarniania. Będę się tylko cieszyć z tego, co te świąteczne nieświęta ze sobą przyniosły. A przyniosły Lunę z Łodzi, z ciocią i wujkiem, Harrisa z rodzicami i małymi bezsierściowcami, a także Szczecińskich bezsierściowców, oraz tych, których zazwyczaj spotykam u babć. Domyślacie się chyba tych przefajnych podgryzań z Luną i szalonych gonitw? Było tak cudownie, że nie mogłyśmy się sobą nacieszyć. Nie wiem tylko czemu nasze sierści nie były równie zadowolone. Już na początku zabawy postanowiły odczepić się od naszych ciałek i fruwały beztrosko w powietrzu, osiadając na koniec coraz większą warstwą na dywanie. Początkowo byłyśmy o nie trochę zazdrosne, że bawią się same, ale potem dostały należną nauczkę. Nasze mamy pokarały je przerwaniem ich leniuchowania na dywanie i zamknięciem w szafce, gdzie zwykle swą karę odbywa kosz na śmieci. On chyba karany jest za to, że zbyt ładnie pachnie i mamy są zazdrosne, ale nie będę wnikać w szczegóły, bo każdy wie, że kobiety są zawistne. U Harrisa natomiast zanotowałam kolejny wzrost jego umiejętności obcowania z kobietą. Poznał już etykietę i ją stosuje, co niezwykle mnie cieszy i pozwala na w miarę sensowne z nim zabawy. Ciocia chyba jednak woli dziewczynki (było to do przewidzenia- w końcu ma dwie córki) i Harrisa tez próbuje zdziewczęcić, bo zaczęła mu robić kitki, używając do tego różowych gumek... Spytałam go, czy mu to nie przeszkadza, na co on odrzekł, że raczej pomaga, bo przynajmniej lepiej teraz widzi. Odpowiedź ta sugeruje jedno- proces zdziewczęcenia już się rozpoczął, a biedak nawet tego nie zauważa. Nie ma już dla niego ratunku...

Na koniec- nie wiem czy to przez święta, czy przez wiosnę, ale znów poczułam to cudowne uczucie towarzyszące kąpieli w leśnej wannie. Wprawdzie prawie każdy spacerek kończy się kąpielą w wannie domowej, ale ona nie dorasta do nóżek tej leśnej. W sumie- leśne wanny są tak ogromne, że zasłaniają całe swoje nóżki, aczkolwiek i tak wiem, że wanny domowe do nich nie dorastają. Jestem z tego powodu przeszczęśliwa. Kąpałam się dwa dni z rzędu, a rodzice obiecali mi, że już niedługo znów będę mogła to zrobić. Oznacza to, że już niedługo znów pojedziemy do babć, bo w naszym domku wann leśnych nie widziałam. Czekam z niecierpliwością!



Zapraszam do czytania mojego pamiętnika!
Licencja: Creative Commons