Gdzieś wyczytałam, że można tutaj wysyłać także opowiadania. Od dawna zajmuję się pisaniem, tym razem wzięłam się za coś poważniejszego i chciałabym jakąś ocenę. Dlatego wysyłam fragment jednej z moich książek o tematyce młodzieżowo-fantastycznej. Z góry dziękuję za ocenę.

Data dodania: 2009-04-09

Wyświetleń: 2376

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 2

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

2 Ocena

Licencja: Creative Commons

PROLOG




Czy jestem szczęśliwa?
Na takie pytanie bez wahania powinnam odpowiedzieć „tak”. Tak mnie nauczono, nie miałam wyboru. Może właśnie, dlatego nikt nigdy tak naprawdę o to nie spytał?
Szczęście to kochająca rodzina, przyjaciele, których miałam tak wiele, wielki dom i wierny kot. Nigdy nie pozwalano mi być smutnej. Tak nie wypadało. Będąc jedyną córką tak wpływowych ludzi musiałam się uśmiechać. W przeciwnym razie źle by to wyglądało w oczach innych osób.
Zresztą nie miałam powodów być przygnębiona, czy chociaż niezadowolona. Moje szczęście było tak oczywiste, że nigdy nie pomyślałabym, że mogłabym go nie mieć. Nie pamiętam, chociaż jednego dnia, w którym zastanawiałabym się nad tym, na czym naprawdę powinno polegać życie. Smutki, płacz… znałam to tylko z filmów i książek. Nigdy osobiście nie zetknęłam się z czymś takim w normalnym życiu. Nie widziałam tego ani u siebie, ani u bliskich. Wszyscy, którzy mnie otaczali tętnili życiem i rozkoszą. Zawsze się tak serdecznie do mnie śmiali, pewnie patrzyli w oczy, spijali najmniejsze i najmniej istotne słowa z moich ust. Gotowi byli oddać za mnie życie. Tak przynajmniej mówili. Nawet ci, których widziałam pierwszy raz, i zapewne po raz ostatni.
Nazywam się Carmen Green i uważam, że jestem szczęśliwa.
Chyba.




ROZDZIAŁ 1

Płomiennowłosy





- Co ja tu właściwie robię? – szepnęłam do siebie spoglądając przez szybę samolotu.
Powoli zbliżałam się ku Dakocie Północnej. Nie miałam pojęcia, dlaczego właśnie opuściłam ciepłą Kalifornię. Chmury, które widziałam w dole miały nieprzyjemny, ciemny kolor. Byłam przyzwyczajona do podróżowania. Do samolotu wsiadałam właściwie dwa razy w tygodniu. Przez moje piętnastoletnie życie zdążyłam zobaczyć znacznie więcej miejsc, niż większość ludzi w ciągu całego życia. Robiłam zakupy w pięknym Paryżu, jadłam sushi podziwiając niezwykłą azjatycką florę, kąpałam się w oceanie widząc rafę koralową pod stopami. Tym razem jednak cel, dla którego wsiadłam do wielkiego odrzutowca był zupełnie inny. Była to podróż w jedną stronę. Dlaczego się na nią zdecydowałam? Nie wiem. Być może widząc, co dnia tak wiele zmian, tak wiele twarzy i robiąc tyle rzeczy na raz, moje życie biegło zbyt… szybko? Moje dni były tak napięte, że nie mogłam zaspokoić nawet połowę moich normalnych potrzeb, a co dopiero tych bardziej dogłębnych?
Gdy powiedziałam rodzicom o moim pomyśle, z początku wyglądali na wstrząśniętych. Nie mogli zrozumieć, dlaczego chcę opuścić takie piękne życie. Wyjaśniłam im, że to tylko chwilowe i pragnę jedynie odpocząć od wielkich miast i tłumu ludzi. Najbardziej nie podobał im się pomysł, że wraz z przeprowadzką zacznę chodzić do zwykłej publicznej szkoły. Myślę, że bardziej kierowali się opinią ludzi, niż tym, że będą za mną tęsknić. Prawdę mówiąc, tak czy siak nie widzieliśmy się bardzo często. W końcu zgodzili się. Zadzwonili do ciotki Abbie i wszystko uzgodnili. Była to jedyna osoba w mojej rodzinie, która nie miała najmniejszej ochoty mieszać się w sprawy finansów swoich krewnych. Nigdy wcześniej jej nie widziałam. Wiedziałam tylko tyle, że jest młodszą siostrą mojego taty.
Tak, więc wsiadłam do samolotu podejmując nieodwracalną decyzję. Postanowiłam, że choćby nie wiem, co, nie zmienię zdania, dopóki w pełni nie poznam innego życia. Życia pełnego prawdziwych przyjaciół, prawdziwych uczuć i prawdziwych trosk. Byłam na to gotowa. Tak mi się przynajmniej zdawało.
W końcu wylądowałam. Niepewnie wyszłam z samolotu. Pogoda była zachmurzona, a powietrze dziwnie ciężkie. Ostatni raz zastanowiłam się nad tym, czy aby na pewno podjęłam dobrą decyzję decydując się na takie doświadczenie. Odebrałam bagaż. Strasznie ulżyło mi na sercu, gdy wzięłam do rąk klatkę z moją kotką, Mortadelle. Było to bardzo piękne, puszyste stworzenie o lśniącej, białej sierści i jasnoniebieskich ślepiach.
- Jak ci się podobała podróż w bagażowni? – spytałam.
Mortadelle zignorowała moje pytanie i ułożyła się w kłębek natychmiast zasypiając. Zaczęłam rozglądać się za ciotką. Na wszelki wypadek wyciągnęłam z podręcznej torby jej zdjęcie. Przedstawiało ono młodą kobietę o śniadej karnacji i wesołych, jasnych oczach. Zaczęłam wyszukiwać ją w tłumie. Wszyscy się witali, wymieniali radosne zdania, poczym kierowali się do samochodów. Na lotnisku powoli pustoszało. Siadłam na ławce i cierpliwie czekałam. Przez wielkie szyby lotniska zauważyłam, że rozpadało się na dobre. W końcu zostałam jedyna. Jacyś przypadkowi przechodni z walizkami przyglądali mi się z ciekawością, poczym szybko biegli na samolot. Starałam się nie wpadać w panikę. Rodzice na pewno rozmawiali z ciotką. Pewnie jest już w drodze, zatrzymana przez jakiś korek czy coś w tym stylu. Choć z drugiej strony… czy w takim tłoku spraw nie zapomnieliby powiadomić jej o terminie mojego przyjazdu? A może to mnie się coś pomyliło i przyjechałam dwa dni za wcześnie? Plułam sobie w twarz, dlaczego nie wzięłam numeru telefonu do Abbie. Poirytowana wystukałam numer matki z nadzieją. Szybko jednak się zawiodłam, bo natychmiast odebrała automatyczna sekretarka. No tak, pewnie właśnie była na jakimś ważnym bankiecie. Głośno wypuściłam powietrze z płuc.
Odczekałam kolejne pół godziny. Dochodziła już czwarta. Nie było sensu dalej czekać. Zebrałam się i ruszyłam w kierunku wielkich drzwi wyjściowych. Natychmiast złapałam taksówkę.
- Dokąd panią zawieźć? – spytał mnie mężczyzna po czterdziestce.
Przez ułamek sekundy musiałam się zastanowić. Właściwie nie miałam pojęcia jaki jest dokładany adres ciotki.
- Proszę do Jamestwon – odparłam w końcu.
Ruszyliśmy.
Pierwsze wrażenie? Beznadzieja. Niemal żałowałam mojej decyzji. Nie wiem czy to wpływ fatalnej pogody, ciotki, która się nie zjawiła czy czegokolwiek innego, ale straciłam wszystkie pozytywne wibracje. Mortadelle podobnie. Przez całą drogę nawet nie raczyła otworzyć jednego oka. Postanowiłam wziąć z niej przykład i przymknęłam oczy. Nim się spostrzegłam, zasnęłam.

Obudziłam się dopiero, gdy samochód się zatrzymał. Przez chwile nie docierało do mnie gdzie jestem, jednak gdy zobaczyłam nachylonego w moją stronę kierowcę, szybko się ocknęłam.
- Jesteśmy już w Jamestwon, dokąd teraz dokładnie? – zapytał.
- Wystarczy tutaj, dzięki – odparłam.
Zapłaciłam i wyszłam ze wszystkimi bagażami na chodnik. Z lekkim przerażeniem patrzyłam jak samochód odjeżdżał. Zostałam całkiem sama w zupełnie obcym miejscu. Przynajmniej pogoda odrobinę się uspokoiła. Deszcz zastąpił nieprzyjazny wiatr. To się nazywał idealny początek nowego, lepszego życia. Nigdy nie byłam jednak pesymistką, dlatego uśmiechnęłam się w duchu. W końcu Jamestwon nie było tak bardzo wielkie. Powlokłam się obładowana po łokcie do najbliższego miejsca, które przyszło ni ma myśl – baru. Na pierwszy rzut oka wyglądał całkiem miło. Nie było w nim nic szczególnego. Stoły, ławki, wszystko na swoim miejscu. Wbrew pozorom dość często bywałam w takich restauracjach. Głównie wtedy, gdy miałam serdecznie dość kawioru. Barmanką okazała się pulchna kobieta o małych, ale wesołych oczach. Przyglądała mi się uważnie. Jak nie patrząc, strasznie wyróżniałam się z tymi wszystkimi walizkami i kocią klatką.
- W czym mogę pomóc? – powiedziała na przywitanie.
Siadłam przy barze i zamówiłam zwyczajne spaghetti.
- Przepraszam, że się wtrącam, jednak co taka młoda osoba jak ty, robi sama w takim miejscu? – spytała mnie podając talerz przed nosem. – Chyba nie nawiałaś z domu, co? – dodała podejrzliwie.
Nie czułam potrzeby by ją okłamywać.
- Szukam mojej ciotki. Miała mnie odebrać, jednak chyba o tym zapomniała – wyjaśniłam.
Kobieta zastanowiła się przez chwilę.
- Czy twoja ciotka nie nazywa się przypadkiem Abbie Green?
Wypuściłam widelec z ręki i otwarłam szeroko usta.
- Skąd pani wie?
Barmanka zaśmiała się.
- Tak, cała Abbie. To moja dobra przyjaciółka, od miesiąca mówi tylko o tym, że już wkrótce odwiedzi ją bratanica. Masz szczęście mała, że przyszłaś akurat tutaj.
Poczułam prawdziwą ulgę. Kobieta ciągnęła dalej.
- Nazywam się Betty Nelson. – Podała mi rękę. – Witaj w Jamestwon. Abbie mieszka niedaleko stąd. Poczekaj moment.
Na chwilę znikła w kuchni restauracji. Zdążyłam za ten czas dokończyć moją porcję spaghetti. Wróciła po pięciu minutach ubrana w płaszcz.
- Mój mąż zastąpi mnie na chwilę. Chodź, podprowadzę cię – zaproponowała. – I daj choć jedną walizkę, pewnie są ciężkie.
Wyjęłam portfel, gdy kobieta to zauważyła machnęła ręką.
- Nie, nie, nie. Nie musisz mi nic płacić. I tak już masz na dziś dość zmartwień.

Niechętnie znów wyszłam na zewnątrz. Ku mojej uldze wiatr trochę osłabł. Gdyby nie te ciemne chmury, można by było uważać, że pogoda jest całkiem nienajgorsza. Betty od razu wydała mi się bardzo miłą, przyjazną osobą. Jeszcze nigdy w życiu nie spotkałam kogoś tak bezinteresownego i ciepłego jak ona. Przyjrzałam się jej uważnie. Miała około trzydzieści pięć lat. Jej twarz była naprawdę bardzo sympatyczna. Zwłaszcza, gdy się uśmiechała, co robiła bardzo często.
- Wiele można się spodziewać po Abbie, ale tym razem przeszła samą siebie – powiedziała szczerze zdumiona.
Zastanowiłam się, co takiego można się spodziewać po mojej ciotce. Zaczęłam się odrobinę bać przed naszym spotkaniem.
Skręciłyśmy w boczną uliczkę. Znalazłyśmy się na małym osiedlu. Wszystkie domki wyglądały tutaj prawie identycznie. Czerwonawe, ciemny dach i po jednym drzewku na każdym podwórku. Tylko jeden jedyny dom, na samym końcu ulicy był zupełnie inny. Bardzo rzucał się w oczy na tle tylu bliźniaków. Był ostro pomarańczowy z zielonym dachem i ramami od okien. Ogrodzony kamiennym murem ogród był w nieładzie. Miałam wrażenie, że po zimie po prostu posadzono przeróżne kwiaty byle gdzie. Już nie mówiąc o zarośniętych krzewach i innych dzikich roślinach. Zauważyłam, że jedno, bardzo wielkie drzewo, sięga gałęziami aż po dach. Przekrzywione, stanowiło idealne wyjście przez okno.
Zastanawiałam się kto mógłby mieszkać w takim dziwnym domu. Choć na mnie robił pozytywne wrażenie, mogłam się założyć, że dla innych ludzi jest odmieńcem. Kiedy minęliśmy wszystkie idealne domki i coraz bardziej zbliżaliśmy się ku pomarańczowym murom, Betty odezwała się:
- To jest Mandarynka. Tak wszyscy mówią na ten dom. To tutaj mieszka Abbie.
Wstrzymałam oddech. Naprawdę miałam mieszkać w czymś tak… zaskakującym? Byłam zachwycona, a zarazem oszołomiona. Przyjechałam do Jamestwon by zobaczyć, co to znaczy normalność, a tym czasem miałam mieszkać w najbardziej nienormalnym domu w tej części Ameryki. Przygryzłam wargi. Betty zauważyła to.
- Ach, nie denerwuj się skarbie. Mimo fatalnego gustu, twoja ciotka to naprawdę złota kobieta. Jest trochę roztrzepana, ale gdy chce potrafi być opiekuńcza…
Skinęłam głową. Gdy Betty nacisnęła dzwonek, mimo mojej silnej woli, rozdziawiłam szeroko usta i wytrzeszczyłam oczy. Zamiast zwyczajnego „dryyyyn” rozległo się podwójne muczenie krowy.
- Czy to była… mućka? – szepnęłam.
Betty uśmiechnęła się z zakłopotaniem.
- Jak już mówiłam, twoja ciotka nie ma zbyt dobrego gustu, ale…
Nie dokończyła zdania, bo w drzwiach stanęła właścicielka domu. Po tym, co zobaczyłam i usłyszałam o niej wcześniej, spodziewałam się, co najmniej kosmity. Tym czasem była to zupełne normalna, trzydziestoletnia kobieta. Miała piękne, złociste włosy, swobodnie rozpuszczone wzdłuż ciała. Jej twarz była owalna, usta pełne, a szarawe oczy tętniły życiem. Ubrana była w pstrokaty, zielony sweter i ciemną spódnicę. Od razu odniosłam wrażenie, że bardzo się polubimy. Z całą pewnością nie było w niej nic a nic, z mojego ojca. A już na pewno nie ze mnie. Ja nie przypominałam żadnego z moich rodziców. Wyglądała na bardzo zdziwioną. Spojrzała najpierw na Betty, a później na mnie. Z kształtu twarzy przypominała mi trochę wiewiórkę. Zęby miała idealne proste, jednak w jej nosie i czole było coś dzikiego.
- Witaj Abbie, spójrz, kogo przyprowadziłam – powiedziała Betty zakładając ręce.
Moja ciotka znów spojrzała na mnie ślepo. Przypatrywała się tak przez dobre kilka sekund.
- Chyba skądś ją znam… - zauważyła w końcu. – Zaraz! Czy ty nie jesteś tą dziewczyną, która trzy dni temu wcisnęła mi tą bezużyteczną sokowirówkę z sklepie? – dodała ostrym tonem.
Tak, biedna Abbie… kto jak to, ale ona wyglądała na jedną z tych naiwnych osób, które dają się nabrać na promocje w sklepach.
- Ja… - zaczęłam się tłumaczyć, Betty jednak szybko mnie wyręczyła.
- Jaka znów sokowirówka?! Skup się Abbie! O kim mówisz w kółko przez ostatni miesiąc?!
Kobieta podrapała się w tył głowy. Nagle otwarła szeroko oczy.
- Candy? – zapytała.
- Carmen – poprawiłam ją.
Betty głośno westchnęła.
- Niesamowite, co ty tutaj robisz już dzisiaj? Przecież miałaś przylecieć dwudziestego czwartego marca – powiedziała zdziwiona.
- Dziś jest dwudziesty czwarty marzec – bąknęła Betty.
Ciotka wyglądała na naprawdę zszokowaną.
- Dałabym głowę, że dopiero dwudziesty drugi… - powiedziała cicho zastanawiając się nad czymś intensywnie. – Spokojnie, Candy, przepraszam cię za wszystko! Ostatnio jestem tak zabiegana! Ach, wyglądasz inaczej niż na zdjęciach od twojego ojca! – Pogłaskała mnie po policzku. – Jesteś tak niesamowicie piękna…
Piękna? Nigdy nie uważałam się za jakąś specjalnie piękną. Miałam po prostu wszystko na swoim miejscu i tyle. Moja twarz była smukła, może odrobinkę zbyt koścista. Złocisto-kasztanowe, lekko falowane włosy, zwykle nosiłam rozpuszczone, które teraz swobodnie powiewały na wietrze. Bardzo lubiłam w nich taki charakterystyczny odblask. Cera dość jasna, wchodząca w kolor oliwkowy. Wszyscy zachwalali moje oczy, podczas gdy ja ich nienawidziłam. Nie były bardzo duże, raczej przeciętne, jednak znacznie powiększały je długie rzęsy. Miały bardzo ciemny, niebieski kolor, prawie granatowy, który sprawiał, że moja twarz wyglądała zbyt dorośle i odrobinkę ponuro. Uważałam się za zbyt chudą i kanciastą. Brakowało mi krągłości, które tak bardzo mi się podobały. Ogólnie myślę, że byłam dość przeciętna, jednak inni chyba mieli inne zdanie. Gdziekolwiek bym się nie pojawiła, zawsze przyciągałam spojrzenia.
- Jeszcze raz przepraszam, że nie odebrałam cię z lotniska! – powiedziała ciotka obejmując mnie przyjaźnie i całując w policzek.
- Nic nie szkodzi ciociu, często sama podróżuję, więc...
- Ach, tylko nie ciociu! Mów mi po prostu Abbie, dobrze? – przerwała mi szybko.
Uśmiechnęłam się.
- Pewnie jesteś strasznie głodna, zaraz ci coś odgrzeję.
- Nie trzeba, Abbie. Jadłam w barze…
Ciotka jednak mnie nie słuchała. Wzięła jedną z moich walizek i weszła do środka domu. Betty powiedziała, że wraca do baru. Pożegnała się ze mną i odeszła. Mortadelle w końcu się obudziła i miauknęła niezadowolona. Siedziała w tej klatce już przecież tyle godzin. Pomyślałam, że ciotka nie miałaby nic przeciwko, gdyby moja kotka rozgościła się w jej podwórku. Otwarłam klatę, a biała, puchata kulka bacznie obserwowała nowe środowisko. Nie jestem pewna, ale chyba spodobał się jej dziwny wystrój ogrodu.
- Lepiej przywyknij kochana, bo zostajemy tu jakiś czas…
Ciotka wyglądnęła przez okno i pomachała mi.
- Candy, chodź wreszcie do środka, zmarzniesz!
- Carmen… - szepnęłam cicho do siebie i ruszyłam w kierunku drzwi.
Z pewnym wahaniem nacisnęłam klamkę. O mało nie krzyknęłam z zachwytu. W środku było jeszcze bardziej niezwykle niż na zewnątrz. Wszystko było tak bardzo kolorowe i oryginalne. Betty z całą pewnością myliła się uważając, że jej przyjaciółka nie ma gustu. Było tak pięknie! Korytarz zrobiono na wystrój tropikalny. Ściany przykrywał suszony bambus. Wzdłuż pomieszczenia stały doniczki z dość sporymi, rozłożystymi palmami. Po jednej stronie wisiała bardzo ciekawa lampka wykonana z ciemnego drewna, przedstawiająca wykrzywioną maskę dzikiego człowieka. Weszłam w pierwsze drzwi. Okazało się, że prowadziły do kuchni. To pomieszczenie także było niczego sobie. Zielono-białe, nowocześnie umeblowane. Ciotka kombinowała coś z mikrofalówką. Zauważyłam, że obok lodówki stoi nieszczęsna sokowirówka, którą ktoś jej wcisnął.
- I jak ci się podoba? – spytała pogodnie.
- Jest fantastycznie! – przyznałam zgodnie z prawdą.
- Poczekaj aż zobaczysz swój pokój.

Po zjedzeniu zupy ciotka zaprowadziła mnie schodami na wyższe piętro domu. Każde pomieszczenie wydawało się być niezwykłe. Stanęłam przed drzwiami mojego nowego pokoju. Ostrożnie zajrzałam do środka. Jedyne, co byłam w stanie zrobić to wydać z siebie ciche „ooooch”.
- Chciałam by było młodzieżowo… mam nadzieję, że dobrze wybrałam paletę. – Abbie wyszczerzyła zęby.
- To… to… - jęknęłam.
Mimo, że pokój w moim domu w Kalifornii zdecydowanie odchodził od norm, ten tutaj był po prostu… inny niż wszystkie. Trzy ściany pomalowane były w ciepły fiolet, a jedna, chyba na wszystkie kolory tęczy. Cała z pionowych pasów w przeróżnych odcieniach żółci, pomarańczy, różu, zieleni i chyba dziesięciu innych kolorów. Pod jedną z fioletowych ścian stało okrągłe łóżko, na którym leżały moje walizki i klatka Mortadelle. Po drugiej stronie pomieszczenia była, w tej chwili pusta, szafa w kolorze żółtym. Obok niej znajdowało się biurko z laptopem. Na podłodze rzucony był włochaty dywan. Mogłam się założyć, że stanie się ulubionym miejscem mojej kotki, która ceniła sobie wygodę i ciepło. Na jednej z półek stała przeźroczysta lampka. W jej wnętrzu pływała woda i kolorowe bąbelki. Zajrzałam przez okno. Miałam widok na mały lasek, rosnący za osiedlem bliźniaków i Mandarynki. Co więcej owe przekrzywione drzewo, które wcześniej zauważyłam, sięgało gałęziami akurat mojego okna.
- Tu jest naprawdę wspaniale! Nigdy jeszcze nie widziałam czegoś podobnego!
Mortadelle udała się za moim głosem i weszła do pokoju. Tak jak przypuszczałam, natychmiast ułożyła się na włochatym dywaniku.
- Twój ojciec zapisał cię do szkoły, semestr już dawno się zaczął, ale jak chcesz możesz zostać w domu jeszcze tydzień i się zaklimatyzować – zaproponowała Abbie.
Siedzieć w domu, kiedy jest jeszcze tyle do zobaczenia?! Nie ma mowy. Nie mogłam się doczekać by zbadać każdy najmniejszy zakamarek Jamestwon, a szkoła była pierwszym miejscem na mojej liście. Może to dziwne, że tak bardzo fascynowałam się tym budynkiem, którego większość moich rówieśników pewnie nie cierpi, ale ja miałam po raz pierwszy w życiu go zobaczyć. Wcześniej prywatni nauczyciele przychodzili do mojego domu, nigdy nie zadawali mi też pracy domowej. Zawsze wyobrażałam sobie, że chodzę do zwykłej szkoły, mam własną szafkę i jem paskudne obiady na stołówce szkolnej.
- Nie, nie. Nie potrzebuję klimatyzacji, im wcześniej pójdę do szkoły, tym lepiej – zapewniłam.
Tego wieczoru położyłam się spać nieco wcześniej niż zwykle. Posiedziałam chwilę na necie, odwiedziłam łazienkę i zanurzyłam się w ciepłej kołdrze. Ten cały dzień, przelot i stres na lotnisku, pozbawił mnie całej siły i energii. Mortadelle opuściła w końcu dywanik i położyła się na moim brzuchu. W przeciwieństwie do mnie niczego się nie obawiał. Po prostu cieszył się z nowego miejsca do spania i zabawy. Ja pogrążyłam się w przemyślaniu tego wszystkiego. Czułam, że to była najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć, ale rodziło się wiele wątpliwości. W końcu zasnęłam.

Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek miała jakiś sen. Tej nocy jednak moja wyobraźnia spłatała mi figla. Nie jestem pewna, ale raczej nie występowałam w tym koszmarze. Stałam z boku niezauważalna. Widziałam ciemne niebo, pokryte czerwonym pyłem. Było strasznie duszno. Nie mogłam złapać oddechu. Na wysuszonej, popękanej ziemi leżały szczątki obumarłych, małych zwierząt; głównie gryzoni i gadów. Z powierzchni wystawały kratery z syczącym dymem. Nagle jeden z nich głośno buchnął i wystrzelił. Wszystko przysłonił czarny dym. Strasznie piekły mnie oczy. Chciałam się jak najszybciej obudzić, jednak uparcie ciągle spałam. Gdy dym nieco opadł usłyszałam ciche warkniecie. Z dymu wyłoniło się coś srebrnego. Na początku pomyślałam, że to pies, jednak jego postura była zbyt wielka i dzika jak na udomowione zwierzę. To był wilk. Ogromny, dziki wilk o połyskującym, srebrnym futrze. Na początku pomyślałam, że jest niesamowicie piękny, jednak później zobaczyłam jego ślepia. Na moment przestałam oddychać. Kiedy patrzył w moją stronę, miałam wrażenie, że umrę ze strachu. Jego oczy miały przeraźliwie czerwony kolor. Jak świeża krew. A źrenice… źrenice były wąskie i cienkie, jak u węża. Palił się w nich dziwny żar. Nagle warknął głośno i wyszczerzył ostre kły. Były tak wielkie i masywne… Mogłam się założyć, że gdyby chciał mnie pożreć, nie musiałby nawet gryźć. Połknąłby mnie w całości. Krater znów buchnął. Wypłynęła z niego czerwona lawa. Płynęła prosto na wilka. On jednak jakby tego nie zauważył. W pewnym momencie zaczął stąpać po gorącej cieczy. Podniósł pysk do nieba i zawył. Zrobiło się gorąco i jeszcze bardziej sucho. Chciało mi się pić. Wtedy poczułam na sobie coś chłodnego. Odetchnęłam z ulgą. Po chwili coś mną szarpnęło. Wilk, czerwony pył i kratery rozpłynęły się w jednym momencie. Zobaczyłam za to twarz Abbie.
- Wstawaj, chyba obydwie zaspałyśmy – powiedziała.
Mruknęłam coś cicho. Podniosłam się i spojrzałam na zegarek przy moim łóżku. Pokazywał 7:26. Nagle uświadomiłam sobie, że przecież lekcje zaczynają się o ósmej. Czy naprawdę miałam spóźnić się już w pierwszy dzień?! Nie było czasu do stracenia. Szybko zerwałam się z łóżka i pobiegłam do łazienki. Ciotka w tym czasie zeszła do kuchni by przyrządzić coś szybkiego do zjedzenia. Zazwyczaj jadała gotowe dania z mikrofalówki, więc dlaczego i tym razem miałaby zmieniać swoje tradycje?
Wyszczotkowałam zęby i włosy. Spojrzałam w lusterko. Moje oczy były nieco podkrążone i zmęczone. Przypomniałam sobie mój dziwny sen. Dlaczego nagle przyśniło mi się coś takiego? Choć intensywnie nad tym myślałam, cały koszmar zaczął się zamazywać z mojej pamięci. W końcu pamiętałam już tylko jakiegoś wilka i jego czerwone ślepia. Gdy się ubrałam i zeszłam na śniadanie była 7:38. Widząc jedzenie z mikrofalówki cicho jęknęłam. Chyba w najbliższym czasie musiałam udać się do sklepu i zrobić małe zakupy.
- Jak daleko stąd jest szkoła? – spytałam biorąc pierwszy kęs.
- Kilka minut drogi samochodem – odparła Abbie.
Szybko dokończyłyśmy śniadanie i wsiadłyśmy do samochodu. Ciocia miała starego, śliwkowego garbusa, który jak na złość nie chciał odpalić.
- Spokojnie, zdążymy… - pocieszyła mnie i spróbowała ponownie.
Tym razem się udało. Garbusek ruszył.
- To do której klasy teraz chodzisz? – zapytała.
- Pierwszej.
- Szkoła powinna ci się spodobać, chodziliśmy tutaj razem w twoim ojcem, zanim założył te swoje wszystkie firmy.
- Mój ojciec mieszkał w Jamestwon? – zdziwiłam się.
Jakoś nie mogłam wyobrazić go sobie w tej małej miejscowości, jako zwyczajnego chłopca chodzącego do szkoły, razem ze swoją młodszą siostrą.
- Nigdy ci o tym nie mówił? – Abbie roześmiała się.
Pokiwałam głową. Jakoś nie często zdarzało mi się rozmawiać z rodzicami, a już na pewno nigdy nie poruszyliśmy tematu ich młodości.

Garbus zatrzymał się na szkolnym parkingu. Zegar pokazywał dokładnie 7:54. Nie chciałam się spóźnić więc szybko wyskoczyłam z samochodu, pomachałam ciotce i pobiegłam do budynku. Musiałam szybko odszukać sekretariat. Szkoła wyglądała dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam. Stare szafki oraz kupa uczniów zmierzających w kierunku klas. Budynek nie był duży, jednak w takim gwarze i tłumie trudno było cokolwiek znaleźć. Uśmiechnęłam się szeroko. Właśnie zdałam sobie sprawę, że pierwszy raz wtopiłam się w tłum. Nikt do mnie nie podszedł i nie przedstawił się, nikt nie szeptał patrząc w moją stronę, nikt się nawet nie obejrzał. Po prostu byłam jedną z wielu. Szybko przestałam rozmyślać i przypomniałam sobie mój cel. Sekretariat. Obróciłam się na pięcie i ciągle obserwując uczniów zrobiłam energiczny krok do przodu. Wtedy niespodziewanie się od czegoś odbiłam upadając na ziemię. Wypuściłam z rąk torbę i wszystko wysypało się na ziemię. Byłam zbyt oszołomiona by od razu załapać co się stało. Dopiero po chwili w oczy rzuciło mi się coś strasznie pomarańczowego. Przetarłam oczy. Pomarańczowa plama okazała się być włosami. Siedział przede mną chłopak. Przyjrzałam mu się uważnie. Na pewno najbardziej widoczna była jego fryzura. Miał rozczochrane, płomienisto rude, długie włosy spięte w niezdarny kucyk. Gdy już mój wzrok przyzwyczaił się do ostrego widoku, byłam w stanie obejrzeć resztę jego ciała. Z całą pewnością nie powiedziałabym o nim, że jest w jakiś sposób przystojny. Wyróżniał się z tłumu, ale chyba tylko z powodu swoich włosów. Jego skóra była blada, w niektórych miejscach trochę zaróżowiała. Na zadartym nosie pojawiło się kilka piegów. Twarz miał długą i zdecydowanie zbyt smukłą, do tego wąskie usta i długa szyję. Posiadał też bardzo komiczne, odstające uszy, częściowo zakryte przez włosy. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Jeśli miał w sobie cokolwiek ładnego, to tylko oczy. Widziałam je przez krótki moment, jednak wystarczający, by się zachwycić. Niby zielone, ale wchodzące w krystaliczną szarość i nutką brązu. Były ogromne i takie przejrzyste! Miałam wrażenie, że wpatruję się w jakiś rzadki, nadzwyczaj piękny kryształ. Przez chwilę były zdziwione. Coś w nich było, takiego żywego i niesamowitego. Coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam. Ani na moment nie spuszczając wzroku, poczułam nagle coś dziwnego w gardle. Moje płuca napełniły się strasznie zimnym, wręcz lodowatym powietrzem. Bolało. Czułam się jakbym napakowała w siebie co najmniej trzy pełne paczki gum odświeżających o bardzo mocnym działaniu. Powietrze było tak mocne, że nawet nie mogłam oddychać przez nos. Co więcej to niecodzienne zjawisko zaczęło się rozprzestrzeniać. Chwilę później zimno przechodziło po mało w kierunku innych części ciała. Najbardziej boleśnie zrobiło mi się w okolicy serca. Na bardzo krótką chwilę straciłam czucie w nogach i rękach. To uczucie… zarówno mnie odpychało, jak i przyciągało. Krew w moich żyłach stanęła. Miałam wrażenie, że po prostu się zamroziła. Miałam wrażenie, że za chwilę nie wytrzymam i krzyknę. Chłopak jednak przerwał kontakt wzrokowy. W pierwszej chwili wyglądał na przerażonego. Szybko jednak zmarszczył brwi i wykrzywił usta w grymasie. Zauważyłam na jego czole kropelki potu.
- Uważaj jak chodzisz – warknął wstając.
Teraz wydawał się jeszcze bardziej chudszy niż wcześniej. Jego ciało przypominało tyczkę. Mimo, że nie był jakoś nadzwyczaj wysoki, mogłam się założyć, że gdybym wstała i stanęła obok niego, byłby ode mnie większy o dobre kilka centymetrów. Wyglądał mizernie. Odniosłam wrażenie, że patrzę na samą skórę i kości.
- P-przepraszam… - wyjąkałam.
- Krzywe nogi już tak mają – bąknął.
Na chwilę zamilkłam. Czy on mnie właśnie obraził? Kto jak kto, ale jak ktoś taki jak on, śmiał wybrzydzać mój wygląd? Sam wyglądał jak upiór! Zebrała się we mnie złość. Chciałam mu coś odpowiedzieć, jednak nie miałam pojęcia co. Nigdy nie miałam okazji uczestniczyć w czymś takim. Zawsze wszyscy byli dla mnie bardzo mili. Rzuciłam mu tylko gniewne spojrzenie i zaczęłam zbierać moje rzeczy z podłogi. Zadzwonił dzwonek i chłopak odszedł zostawiając mnie samą. Jeśli myśli, że ujdzie mu to na sucho, to się grubo myli! W końcu wstałam i zdenerwowana zaczęłam szukać sekretariatu. Przez tego idiotę musiałam spóźnić się już na pierwszą lekcję.

Gdy wreszcie odszukałam sekretariat i dostałam listę klas powlokłam się do sali numer 10, gdzie miałam mieć matematykę. Było już dobre dziesięć minut po dzwonku. Weszłam do sali. Nauczyciel od matematyki, pan Turner, był wysokim, gburowatym mężczyzną. Niezadowolony z mojego spóźnienia kazał mi siąść „bądź gdzie”. Rozejrzałam się po klasie. Nagle zebrała się we mnie złość. Na samym tyle klasy siedział on. Ten rudowłosy potwór. Wydawał się mnie nawet nie zauważyć, bo szkicował coś w zeszycie. Nie wiem jak długo się w niego wpatrywałam, jednak nauczyciel popędził mnie, a reszta uczniów zaśmiała się. Zdenerwowana i obrażona siadłam jak najdalej od niego, w przeciwległym kącie sali. Zaczęła się lekcja. W ogóle nie potrafiłam się skupić. Szybko pożałowałam mojej decyzji, że siadłam w takim beznadziejnym miejscu, ponieważ nie mogłam spokojnie obserwować mojego nowego wroga, podczas gdy on miał na mnie idealny widok. Przez cały czas zastanawiałam się, czy zorientował się chociaż, że jestem w klasie. Co jakiś czas czułam na sobie spojrzenia, jednak byłam przekonana, że to nie jego zielone oczy się we mnie wpatrują, lecz reszta, zaciekawiona nową uczennicą. Po kilkunastu minutach nie wytrzymałam i lekko obróciłam głowę. Nie mogłam go jednak zobaczyć, bo zasłaniała go jakaś dziewczyna o bujnych, kręconych włosach. W końcu coś we mnie pękło i najnormalniej w świecie obróciłam głowę w jego stronę. Płomiennowłosy najwyraźniej nadal nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi, bo uparcie rysował. Zastanawiałam się, co ktoś taki mógłby szkicować. Jego zeszyt był jednak zbyt daleko, by cokolwiek zobaczyć. Pan Turner zobaczył moje mizerne wysiłki podglądania kolegi, bo znów zwrócił mi uwagę.
- Czy mogłabyś łaskawie skupić się na lekcji, zamiast na Holfie?
Czułam, że natychmiast zrobiłam się czerwona. Klasa znów roześmiała się. Płomiennowłosy słysząc swoje nazwisko, podniósł w końcu wzrok ze swojej kartki i popatrzył wprost na mnie. Uśmiechnął się zgryźliwie i rzucił mi ironiczne spojrzenie. Coś się we mnie gotowało. Przygryzłam wargi i obróciłam się przodem do tablicy. Tak, z całą pewnością go nienawidziłam.
Licencja: Creative Commons