Polski futbol narodowy ma wiele wspólnego z żyjącym na przełomie XVIII i XIX wieku romantyzmem. Miłość cierniem okalana dotyka każdego obywatela naszego kraju, któremu los reprezentacji piłkarskiej nie jest obojętny. Skrępowane bólem serce krwawi intensywnie, szczególnie po porażkach jak ta z Belfastu.

Data dodania: 2009-03-30

Wyświetleń: 1935

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Futbol rysowany białymi i czerwonymi farbami to twór prawdziwie dramatyczny. Wizerunek grozy, cierpienia, poniżonych nadziei i niezniszczalnej traumy popycha to malowidło ku arcydziełom tegoż gatunku. Trudno znaleźć coś równie osobliwego. Większość odcinków z cyklu "eliminacje do wielkiej imprezy" tudzież w wypadkach skrajnych "wielka impreza", posiada fabułę przesiąkniętą wstrząsającymi epizodami. Oto człowiek bezgranicznie zakochany i uzależniony od futbolu, przed meczem swojej narodowej reprezentacji panicznie pochłania wszelkie pokłady nadziei, by przemóc niechęć i podpompować wiarę w to, że teraz będzie dobrze. A potem zostaje sztyletowany i patroszony kolejnymi złymi zagraniami, kuriozalnymi kiksami, bramkami samobójczymi, utratą szans na awans do mundialu. Trudno być Polakiem.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ubezwłasnowolniony przez miłość do ojczyzny i futbolu Polak nie umiera nigdy. Nie może. Rany muszą się zagoić, zdruzgotana dusza odzyskać tchnienie, serce znów musi pompować zdrową krew, a w głowie ma powstać płód optymizmu. Wszystko po to, by ponownie było co szlachtować. To już nawet nie jest dramat, to horror, i to z gatunku tych najcięższych.

38 milionowe państwo, w którym lęgnie się mnóstwo potencjalnych legend piłkarskich, przez lata chłostane jest nędzą. Dlaczego? Czy my naprawdę jesteśmy nacją lubującą się w masochizmie? Czy zamiast stworzyć siatkę chroniącą młode talenty przed wsiąknięciem w szare, niewidoczne zakamarki tej wspaniałej dyscypliny sportu, musimy się znieczulać kolejnymi selekcjonerami - znachorami? Z całym szacunkiem dla Beenhakkera, Janasa, Engela i innych byłych generałów biało-czerwonej armii straceńców, nie są oni magikami, którzy za pomocą czarodziejskiej różdżki zmienią horror w bajkę. Oni nawet tego nie próbowali, może poza Beenhakkerem. Holender usiłował wstrzyknąć nieco europejskiej nowoczesnej mentalności, ale został wyśmiany. A teraz musi odejść.

Zawsze byłem zwolennikiem wpuszczania w nasze zaduszone piłkarskie powietrze świeżości z zachodu. Ale po obrazie nędzy i rozpaczy z Belfastu również przychylam się do tego, że Leo faktycznie musi odejść. Oczywiście nie teraz. Głupotą byłoby zmieniać dowodzącego, gdy bitwa jeszcze się toczy i jest cień nadziei, że zdarzy się cud. Choć nie jest łatwo w to wierzyć, lepiej nie podejmować pochopnych decyzji. Po eliminacjach jednak Leo musi odejść. Truchleje bowiem jego siła obalania murów separujących naszą archaiczną piłkę od tej modernistycznej, panującej w przeważającej liczbie państw europejskich, których portfolio piłkarskie liczy więcej niż stronicę.

My jesteśmy przypadkiem szczególnym, narodem objętym klątwą, nieuleczalnym trądem. Nie chcemy ratunku od obcych. Nie potrzebujemy go, bo cierpimy na samodestrukcję. Gdy inni biegną do przodu razem z czasem, my obieramy kierunek przeciwny. Ignorujemy czas, zapadając w letarg i karmiąc się snami z przeszłości. Kiedyś byliśmy trzecią drużyną świata, nawet dwukrotnie. Kiedyś byliśmy mistrzami olimpijskimi. A dziś? Okaleczają nas drużyny słabe. Nie! To my sami siebie okaleczamy. My, Polacy masochiści.
Licencja: Creative Commons