Dalsze losy Maryny i Janka. Janek próbuje zrobić z Maryny ćpunkę. 

Tymczasem rodzina Maryny mieszkała z pozoru zwyczajnie i spokojnie w małej wsi w Bieszczadach o nazwie Drewutnia. Nazwa kojarzyła się wszystkim z drewnem i tak było rzeczywiście — pierwsi osadnicy, jacy tam przybyli, po prostu wycinali drewno i był tam skład drewna. Następnie najpierw drwale, a później i inni ludzie, którzy nie bali się ciężkiej pracy, osiedlali się w tej wiosce. Rodzina Maryny miała nieduże gospodarstwo rolne w tejże wsi.

Maryna wcześnie wyjechała z domu, bo już jako piętnastolatka. Dobrze się uczyła, pojechała więc do bursy w pobliskim miasteczku, Tarnobrzegu — i tam chodziła do liceum. Miasteczko to — jak mówiła — nigdy się nie zmieniało. Było takie samo i gdy zaczynała szkołę, i gdy ją kończyła. Maryna była najmłodszym dzieckiem, a swojego ojca prawie nie pamiętała — był on bardzo pracowitym człowiekiem i zginął, ścinając drzewo w lesie, gdy dziewczynka miała około roku. Po prostu przywaliła go ogromna sosna, która w ostatniej chwili zmieniła tor upadku. Wszystkie dzieci — siedmioro — brały rentę po tragicznie zmarłym ojcu i to stanowiło ich główne źródło utrzymania. Wszystkie dziewczyny — a było ich łącznie cztery — poszły na studia politechniczne i miały predyspozycje typowo matematyczne. Maryna się jednak wyrodziła i marzyła skrycie o socjologii lub psychologii. To, że była chora, powodowało, iż nie planowała porywać się na typowe zajęcia podejmowane przez psychologów, lecz pracować jako psycholog społeczny w reklamie czy jako socjolog, prowadząc badania. Ogólnie nie przerażało jej to, że po studiach politechnicznych zamierzała jeszcze przez pięć lat poświęcić się nauce. Uważała, że w awaryjnej sytuacji wyrobi sobie rentę i będzie się uczyć nawet całe życie, poznając nowe rzeczy, gdyż jako młoda osoba ogromnie lubiła uczyć się czegoś nowego i poznawać nowe zjawiska. Jedyną jej wadą był totalny brak ambicji. Niezwykle ciężko jej było zrozumieć, jakim cudem ludzie odrzucają niektóre zawody lepiej płatne i mniej prestiżowe na rzecz tych bardziej prestiżowych, ale gorzej płatnych, więc jakby miała do wyboru pracę jako ankieterka za cztery tysiące i pracę jako sekretarka za dwa tysiące, to wybrałaby tę za cztery tysiące.

W rodzinie Maryny trwała kłótnia. Ci, którzy widzieli Marynę w trakcie rzutu, jak leżała i nie mogła dać kroku z łóżka, uważali, że nie powinna wyjeżdżać do Wrocławia, bo te studia mogą być dla niej zabójcze, ale tak podświadomie bali się, że wróci ten lęk — i u nich, i u Maryny — przed szpitalem. Gdy dziewczyna była na siłę wieziona, gdy zanosiła się płaczem, były to najtragiczniejsze momenty w ich życiu. Druga część rodziny, która nie widziała bezpośrednio, co się działo z Maryną, gdy nie pamiętała, kto jest kim w jej rodzinie, uważała, że powinna ona mieć możliwość wyboru i wyjechać tam, gdzie chce, tam, gdzie będzie szczęśliwa. Kiedy Maryna była w domu (a preferowała ona system półtora miesiąca we Wrocławiu, a później dwa tygodnie na święta listopadowe i grudniowe w domu), jej mama spisała z książki telefonicznej numery wszystkich jej nowych znajomych. Długo trwały dyskusje nad tym, czy do nich zadzwonić i wciągnąć do pomocy Marynie — aby tak z boku na nią obiektywnie patrzyli i dali znać, gdy zaczną się pierwsze objawy. Dziewczyna miała remisję już trzy lata. Zaraz po szpitalu poszła na studium dwuletnie, gdyż innej szkoły nie było w pobliżu, a teraz, gdy minęły trzy lata, postanowiła wyjechać sama, aby skończyć studia inżynierskie we Wrocławiu. I całkiem dobrze jej szło… Ostatecznie rodzina Maryny postanowiła podzwonić po jej nowych przyjaciołach. Najpierw zadzwonili do Agnieszki — psycholożki, z którą mieszkała Maryna — a ta zareagowała dość histerycznie, gdy dowiedziała się, że mieszka z prawdziwą schizofreniczką i tak dobrze się z nią dogaduje. Zadzwonili jeszcze do Janka i paru innych chłopaków — i tak wiadomość, że Maryna nie była chora na boreliozę, ale na schizofrenię prostą, rozeszła się lotem błyskawicy.

Z pozoru nic się nie zmieniło, wszystko było tak samo, a jednak choroba psychiczna odstraszała i niewielu ludzi zadawało sobie trud, aby ukrywać to, że są zdumieni i że nie chcą mieć nic wspólnego z młodą schizofreniczką. Lecz jedna osoba widziała w tym dla siebie duży zysk… Był to Janek. Mało kto wiedział, że był on zwykłym dilerem narkotykowo-dopalaczowym. Kończył studia i nie miał sumienia. Gdy tylko dowiedział się o Marynie, szybko zobaczył w niej swoją klientkę, a być może i kochankę, bo przecież to bardzo często szło w parze — najpierw uzależnienie, a później brak pieniędzy na prochy i ostatecznie ulica, prostytucja… Ale tym już nie on się zajmował — w ostateczności mógł ją sprzedać swojemu koledze. Janek zaraz też wymyślił, że trzeba najpierw wkupić się w łaski Maryny, najlepiej udając oznaki zakochania i mówiąc jej, że on ma takie same kłopoty ze zdrowiem. Musiał więc pójść do biblioteki, aby zapoznać się z literaturą na temat schizofrenii i tego typu schorzeń. W bibliotece panie bibliotekarki szybko mu podały odpowiedni tom z psychiatrii, gdyż była to choroba leczona psychiatrycznie. Janek należał do osób niezwykle zdolnych i myślących, a że był zwykłym skurwysynem, to i cóż… Uważał, że jedni są tacy, inni są inni. On wszystko robił dla czegoś, po coś — najczęściej dla pieniędzy. Studia kończył dlatego, aby wytłumaczyć otoczeniu, dlaczego jeździ bardzo dobrym autem i dlaczego stać go na więcej. Jako inżynier mógł zarabiać naprawdę dużo i nie wzbudzać podejrzeń. Dowiedział się z książek, że choroba ta polega na zbudowaniu sobie całkowicie innego obrazu świata niż ten prawdziwy. Przeczytał na przykład o kobiecie, której jakiś głos powiedział, że jeśli będzie zabierała ze sobą do łazienki sześć tubek pasty na czas mycia zębów, to uratuje wszystkich przed końcem świata i zmniejszy cierpienie Boga na krzyżu, więc chodziła do łazienki z sześcioma tubkami pasty do zębów, bo uwierzyła. Później, gdy głosy przestały podpowiadać, wyznała wszystko księdzu, który powiedział, że jej rozterki wynikały z choroby, i zakazał jej zabierać sześciu tubek pasty do zębów. Bardzo go poruszyło coś takiego… On, który nigdy się niczym nie przejmował, zaczął się zastanawiać, że może z tą Maryną to po prostu trzeba się ożenić, ponieważ przeczytał również w tejże książce, że przy dzisiejszych lekach ta choroba jest uleczalna, ale przecież bardzo dobry charakter nie znika. Już wiedział, że Maryna to jego zupełne przeciwieństwo, i to zaczęło go pociągać, jednocześnie zastanowił się nad sobą, rozmyślając, jak bardzo różni się on od niektórych ludzi. Po dwóch godzinach spędzonych w bibliotece wyszedł stamtąd wstrząśnięty i zmieszany. Nie wiedział, jaką strategię należy przyjąć, bo przecież z kimś trzeba spędzić życie dla niepoznaki. Po co płacić za pewne usługi pewnym paniom, skoro można mieć taką cycatą i wysoką, i całkiem niebrzydką dziewczynę o tak dobrym charakterze. Zastanowił się przez chwilę i pomyślał, że sprawy się same ułożą, a on owinie sobie taką pannę wokół palca w przeciągu miesiąca, nie dłużej. Na bank albo zostanie jego kochanką i klientką, albo nie klientką, lecz żoną. Najpierw to z pewnością trzeba rozgadać wszystkim, że schizofrenicy to osoby, które nieleczone powodują masakry w szkołach, i w ogóle to całe szczęście, że w Polsce nie ma dostępu do broni, bo inaczej to trzeba by chodzić w kamizelce kuloodpornej przy tej pannie. Odstraszyć wszystkich i zostać jedyną opcją, a jednocześnie objąć Marynę prawdziwą opieką. Zaprzyjaźnić się z jej rodziną i zapewnić, że będzie się jej pilnować. Im dłużej Janek myślał o Marynie, tym bardziej się uśmiechał sam do siebie. Takiego uczucia jeszcze nie znał, nie dała mu go żadna pani, przez żadną się jeszcze nie uśmiechał. Zaczynał myśleć, że to jest za proste. Wiedział, że ślub łączy się z pojednaniem rodzin, więc pomyślał, że trzeba zadzwonić do domu, do matki, i powiedzieć, że podoba mu się jedna dziewczyna nie na żarty. Specjalnie nie poszedł wieczorem na spotkanie z kumplami, aby się nad wszystkim zastanowić, a że był osobnikiem bardzo pragmatycznym, uznał, że z Maryną można tylko zyskać — w końcu taka prostytutka uzależniona od prochów to jest niemały zysk. Nowy samochodzik akurat — powie wszystkim, że po obronie inżyniera dostał od starego. Wszyscy będą mu zazdrościć jak zwykle. Im dłużej nad tym myślał, tym bardziej chciał, żeby ten biznes mu nie umknął. Postanowił zdzwonić do Maryny.

— Cześć, piękna — rzekł spokojnie.

— Cześć, Janek. Coś ty taki miły… Chcesz czegoś czy co?

— Nie, chciałem po prostu zapytać, co u ciebie słychać, dawno cię nie widziałem. Może się spotkamy…

— No wiesz, jeśli chcesz mi coś sprzedać, to nie idę.

O cholera, wie czy co? — pomyślał Janek i złapał się za czoło.

— A dlaczego mnie o to podejrzewasz i kto ci nagadał takich głupot?

— Nie, o nic cię nie podejrzewam, tylko jakiś czas temu umówiłam się z Kazikiem, który chciał mi sprzedać zioła bengalskie.

— Nie, ja nie sprzedaję ziół bengalskich. To jak, masz dla mnie chwilę? Wiesz, byłem niedawno w szpitalu… Wiedziałaś o tym?

— Nie, nie wiedziałam — powiedziała Maryna.

— I wiesz, czego się tam dowiedziałem? Że mamy taką samą chorobę. Nikt nie zdradził mi tajemnicy lekarskiej, po prostu leczymy się u tego samego specjalisty i przez przypadek tam cię widziałem.

— Coś ściemniasz, przecież ty pijesz na zabój, to jak możesz być chory.

— Mam układ z barmanem — powiedział Janek, wymyślając to w ostatniej minucie. — Piję tylko zabarwioną wodę. To jak, zostaniemy kumplami? Mogę ci się zwierzać ze wszystkich swoich problemów z chorobą, brakuje mi takiej bratniej duszy. Więc jak, będziesz nią?

— Okej, to kiedy chcesz się spotkać?

— Dzisiaj o dwudziestej drugiej w klubie Hawana. Wezmę swoją gitarę. Mam tam znajomego gitarzystę, który czasami pozwala mi zagrać sobie przez chwilę i poczuć się prawdziwym muzykiem.

— A nie masz układów z gitarzystą i nie leci to z playbacku?

— Ale ty jesteś domyślna. Chciałem zagrać dla ciebie, ale z tobą nic nie jest możliwe.

— No nie denerwuj się, będę na pewno. Cześć.

W tej książeczce nie pisali o tym, że wyleczeni schizofrenicy są tacy podejrzliwi. Z nią nie pójdzie tak łatwo, chyba będzie klientką i kochanką, nie jest tak naiwna i łatwowierna — pomyślał Janek. Zaraz trzeba wychodzić.

Do umówionego baru jako pierwszy dotarł Janek — wyznawał on starą zasadę kanciarzy, że w pobliżu swego domu nie sprzedaje się prochów i nie kradnie (co mu się też zdarzało), aby go nie kojarzono. Wszedł, poprosił o stolik i usiadł, czekając z gitarą. Znajomy muzyk był uzależnionym od prochów młodym gitarzystą, który za porcję marihuany mógł zrobić prawie wszystko.

Maryna przyszła odrobinę spóźniona. Janek grał już wtedy na gitarze, a właściwie nie grał, tylko poruszał strunami, a zza kurtyny robił to za niego znajomy muzyk, który miał dostać coś na koszt firmy. Maryna rozebrała się i gdy Janek dotarł już do stolika, zapytała trochę przestraszona:

— Czy rozpowiadasz o tym, że byłam chora i że ty byłeś chory, moim i twoim znajomym?

Mówiła nieco chaotycznie, gdyż zauważyła, że ludzie zaczęli od niej trochę stronić i w ogóle są jacyś dziwni.

— Nie, nigdy bym tego nie zrobił — powiedział Janek.

— Więc o czym chcesz ze mną porozmawiać? — spytała trochę zakłopotana.

Wiedziała, że może on powtórzyć wszystkim to, co mu powie, że może ją narazić na to, że otoczenie ją skreśli, będzie uważało za nieprzydatną, za osobę niespełna rozumu, bo tak przecież najłatwiej. Mało kto zadaje sobie tyle trudu, aby dowiedzieć się o dzisiejszym skutecznym leczeniu. O tym, że ludzie chorzy też mają prawo do edukacji i miłości, własnych trosk i niepowodzeń i tylko czasami jest to spowodowane chorobą, a czasami nie.

— Wiesz, jesteś taka piękna, kiedy się uśmiechasz. Odkąd się dowiedziałem, że nie jestem sam z moją chorobą na roku, to uśmiecham się do siebie. Wiesz, jeszcze żadna kobieta nie dała mi tyle radości, robiąc dla mnie tak niewiele.

— Ale właściwie to co się stało, że zachorowałeś?

— Nic, tylko głos mi powiedział, że jak będę zabierał siedem tubek, nie, przepraszam, sześć tubek pasty do zębów, to nie dojdzie do końca świata i pomogę Bogu na krzyżu.

— Ojej, to naprawdę okropne tak zachorować. Teraz jesteś na lekach i głos znikł?

— Tak, biorę rispolept pięć miligramów i odtąd wszystko zniknęło, tylko to poczucie, że jestem naiwny, zostało. Tę historię mówię tylko osobom takim jak ty, które są w stanie mnie zrozumieć. A powiedz coś o sobie…

— Ja mam raczej schizofrenię prostą, więc była to raczej niemożność wysławiania się i robienia rzeczy, na które zawsze miałam ochotę. Po prostu stałam z boku i nie byłam w stanie zrobić czegokolwiek, ale skrzywienie z końcem świata też miałam. Miałam potworne lęki. Bałam się, że będzie koniec świata, nie rozpoznawałam członków własnej rodziny. Nie wiadomo, z czego się wzięła ta choroba.

— Jesteś urocza, wiesz? Tak spokojnie o tym mówisz, a przecież pokonałaś taką straszną chorobę. Jesteś moją naturalną kandydatką na żonę, wiesz, kiedyś cię uwiodę…

— Zawstydzasz mnie.

— Nie, po prostu gram w otwarte karty, mam dość samotności. Dlaczego mam być sam, ileż można? Do tej pory oszukiwałem się, że żadna kobieta mnie nie zrozumie, przestraszy się, uzna za jakiegoś potwora, osobę niezrównoważoną psychicznie. Ale teraz widzę, że ty mnie rozumiesz, bo przeszłaś to, co ja.

— Ale to nie znaczy, że powinniśmy być razem. Wiesz, to niezwykle pochopne wybierać sobie dziewczyny za pomocą kryterium przeżytej choroby.

— Ale tu nie chodzi o chorobę. Wiesz, ja obserwuję cię od jakiegoś czasu. Ty jesteś cudowna, taka naturalna, ten twój warkocz i niezwykle piękna twarz… Wiesz, chciałbym się przy tobie zestarzeć, bo wiem, że nawet jak będziesz miała pięćdziesiąt lat, to będziesz wyglądać cudownie.

— Czuję się inwigilowana — zaśmiała się. — A jak tam sesja? Naumiana i napisana? Masz już wszystkie ściągi, które chodzą po roku?

— Tak mniej więcej. Wiesz, przyniosłem je i skserowałem dla ciebie, są twoje.

— Dziękuję. Czuję, że zaczynasz o mnie dbać. Trochę dziwnie się czuję. Wiesz, to trochę zamach na moją niezależność, ale dziękuję.

— No to chyba tyle… Na ostatek posłuchaj, przygotowałem dla ciebie pewną piosenkę. Nie będę jej śpiewał, bo nie umiem, tylko ją zagram.

— Okej, wcześniej ściągnęłam sobie fajny tekst z kultów o psychiatryku. Chcesz przeczytać? — Maryna dała mu kartkę, na której było napisane:

Fragment prawdziwej rozmowy dwóch znajomych: gościa siedzącego w psychiatryku i odwiedzającego go kolegi.

— Dziwne, że się tu znalazłeś.

— Dlaczego dziwne?

— Nigdy nic nie zauważyłem, że coś było nie tak.

— Zawsze tak było. Po prostu tobie to nie przeszkadzało. Gdybym chciał, to nikt by się nigdy nie domyślił.

— Więc co się nagle stało?

— Komuś to nie pasowało. Mógłbym się z tym kryć… ale nie chcę. I teraz mam żółty papier, dzięki któremu mógłbym nawet kogoś zabić i nic by mi z tego nie było. I wiesz, nie siedziałbym tutaj, ale nas jest po prostu mniej. Bo gdyby to nas było więcej, to wy byście tu siedzieli.

Janek przeczytał, zastanowił się i poszedł grać. Gdy Janek grał i schodził ze sceny, Maryna myślała, że cały dzisiejszy dzień jest fajny, że zyskała przyjaciela, a może kogoś jeszcze.

Licencja: Creative Commons