Prawda o amerykańskiej motoryzacji na przykładzie "Skowronka" - Buick Skylark Convertible z 1964 roku. Krótkie streszczenie dziejów auta w Polsce po 2000 roku.

Data dodania: 2009-11-03

Wyświetleń: 2842

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 6

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

6 Ocena

Licencja: Creative Commons

Sezon 1964. Prawie 8 milionów sprzedanych samochodów. Większość w drogich wersjach luksusowych i sportowych. 70 procent ma silniki V8. Debiutuje szybki Pontiac GTO. Błyskawiczny sukces odnosi Ford Mustang. Motoryzacja w Stanach przeżywa złoty wiek. Nawet wozy średniej klasy imponują rozmiarami i bogatym wyposażeniem.

Bogaty Szwajcar zamawia kabriolet Buick Skylark. Buick w koncernie General Motors zajmuje miejsce tuż za ekskluzywnym Cadillakiem. Skylark po polsku znaczy skowronek. Na Starym Kontynencie dorównuje Mercedesom. Sprowadzony do alpejskiego kraju egzemplarz ma wszystko, co powinien. Elektryczne silniczki podnoszą i opuszczają szyby dach oraz ustawiają fotele, automatyczną przekładnię. Ośmiocylindrowy silnik o pojemności 5 litrów, rozwijał moc 150 koni mechanicznych.

Rok 2001. Po fatalnym 2000, gdy sprzedano niespełna 480 tys. aut, nadchodzi jeszcze gorszy okres. Motoryzacja w Polsce jest w dołku.

Na niektóre samochody popyt jest zawsze. Robert Dudzik sprowadza Buicka ze Szwajcarii. Wóz ma odrestaurowaną blacharkę i zrobioną mechanikę. Nad Wisłą dostaje nowy lakier i skórzaną tapicerkę. Przez 35 lat przejechał 126 tys. km. Na "setkę" pali 15-20 litrów benzyny. Przy spokojnej jeździe nawet 14.

- Wszędzie budzi sensację. Paru kierowców spowodowałoby wypadek. Tak się zapatrzyli - opowiada Robert. Na ostatnim Pikniku Country w Mrągowie dostał od Korneliusza Pacudy specjalną nagrodę, lisią kitę.

Wsiadamy. Drzwi zamykają się siłą rozpędu. Robert przekręca kluczyk. Daleko za nami, z podwójnych rur wydechowych dobywa się basowe burczenie. Auto odbija od krawężnika.

Przyspieszamy. Maska leciutko się unosi. Płyniemy nad nierównościami ulicy Puławskiej w Warszawie. Ten, kto powiedział, że "amerykan" to koszmar w ruchu miejskim, chyba nigdy nie jeździł wozem większym od przecinka. Zza kierownicy widać wyraźnie, gdzie Buick się zaczyna, i gdzie kończy. Doskonałe wspomaganie kierownicy i mały promień skrętu pozwalają zawracać prawie w miejscu. Mijamy mocno stuningowanego "Garbusa". Jego pasażerowie patrzą w naszą stronę. Robert macha im ręką. Odpowiadają w ten sam sposób.

- Właściciele takich samochodów rozumieją się bez słów. Amerykańskie krążowniki, angielskie wozy sportowe, "Garbusy" mają duszę - Robert Dudzik wierzy, że w naszym kraju jest wielu miłośników samochodowej klasyki. Dlatego zajął się sprowadzaniem starych Cadillaków, Fordów, Jaguarów... Wraz z kolegą, Robertem Dombrowickim i kilkoma zaufanymi mechanikami doprowadzają je do idealnego stanu. Organizują R&R Oldtimers Club.

- Chcemy spotykać się z innymi ludźmi zafascynowanymi angielskimi i amerykańskimi samochodami. Wymieniać doświadczenia, pomagać sobie wzajemnie w zdobywaniu części i literatury. Nie ma dla nas znaczenia, czy ktoś ma taki wóz, czy dopiero o nim marzy - tłumaczy Dudzik. - Chcemy organizować sobotnie imprezy z grillem, piwem i dobrą muzyką. Dobrą, to znaczy latynoamerykańską, country, starym rockiem. No i oczywiście wspólne wypady za miasto.

Zajeżdżamy na plac przy Płowieckiej. Choć to godziny szczytu bez problemów przejechaliśmy całą Warszawę, z zachodu na wschód. Przed warsztatem stoją dwa Jaguary i Cadillac Eldorado z 1972 r. Przy płocie rarytas, Cadillac Fleetwood 60 Special z 1959, z największymi ogonami jakie kiedykolwiek dźwigał samochód! Auta czekają na renowację. W końcu jeden skowronek wiosny nie czyni. Czy jakoś tak...

Licencja: Creative Commons