Kupiłam dom. Wymarzony dom na uboczu a jednak niezbyt daleko wielkiego miasta. Kocham teatr, kino, czar niektórych kawiarenek i uznałam że 100 km to maksymalny dystans jaki będę chciała pokonywać by zażyć czasami tych wyjatkowości.

Data dodania: 2010-06-19

Wyświetleń: 1858

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Dom był stary i zaniedbany za to tani i budowany przed czasami gdy wszyscy musieli mieć równo i to samo. Zakochałam się w nim od razu mimo dziur w dachu, zardzewiałych wystających rur i nieskończonych pokładów misternie tkanych, pajęczych dywanów.

Centralne miejsce domu w wielkim salonie (w porównaniu z tym czym dysponowałam w blokowym mieszkaniu był naprawdę wielki) ze skrzypiacą podłogą, z miejscami o wyłamanych deskach, zajmował kominek. Gdzieniegdzie jeszcze widać było ślady jego świetności. Niestety zniszczenia były rozległe i w zasadzie całość kwalifikowała się do wymiany. Pomyślałam, że trochę szkoda wspaniałej roboty, stylu w jakim był wykonany i wytwornego, tkwiacego w prostocie charakteru. Ktoś, kto tu wcześniej mieszkał lubił podobne klimaty jak ja. Marzyłam by udało sie odzyskać choć część jego dawnej świetności. Właściwie czemu nie! Trzeba tylko znaleźć artystę, człowieka, który potrafi wyrzeżbić, wykończyć, wysmakować. Okazuje się, że rzecz nie jest prosta. W naszym kraju zdecydowanie odeszło się od sztuki użytkowej w stylu pt. „ z czarem" na rzecz masowych podobności. Jak kominek to szamotka, jak podłoga to panele. A nawet jeśli już inaczej to bez cudowności ręcznie wysmakowanych różnorodności. Zapachniało trochę bogactwem, bo rękodzieło tanie być nie może, więc i dostepność jego raczej nie na każdą kieszeń. Okazało się jednak, że nie niewykonalne.

Z racji wykonnawanego zawodu natknęłam się na pięknie ręcznie robione portale kominkowe. Gdy pokazałam pozostałości mojego cudnego kominka w saloniku, usłyszałam tylko 2 pytania: czy zachować kolor jaki był poprzednio i czy termin wykonania 21 dni jest ok. I zaistniał! Piekny o delikatnych rzeźbieniach,o zachowanym stylu lekko podrasowanym przez moje "ja", kolorze naturalnego drewna, jednoczesnej wytworności i prostocie. Nie, nie pokaże zdjęć bo w ręcznych wykonaniach najpiekniejszy jest fakt, że można wymysleć samemu, zdać się na własną wyobraźnię, posłuchać sugestii wykonawcy i mieć coś tylko swojego.

Hmm, właściwie od zawsze mieszkałam w domu z wielkiej płyty, w meblościankach z wysuwanymi łóżkami. We wszystkich domach koleżanek byłam u siebie bo układ pokoi i szafkotapczany wszędzie były te same. Tylko to „u siebie" było takie same dla nas wszystkich. Wszyscy równie bezpłuciowi, jednorodni, bez wyrazu i charakteru. Dziś jestem u siebie na prawdę. W moim domu, który bardzo powoli wypełniam własną odrebnością. Nie potrafię zrobić sama zbyt wiele, nie dostałam daru tworzenia ale z pomocą takich osób jak ren.borkowska, Karolina, która stroni od netu i pokazać jej prac nie mogę, Kasia, która sadza na moich półkach anioły i Violetty, której malowane anioły kuszą kobiecością, wypełniam moją przestrzeń rzeczami niezwykłymi, które mówią do mnie swoim emocjami jakbym sama je wypowiadała. Dzięki temu, to TYLKO MÓJ, kawałek podłogi.

Kiedyś myślałam, że wyjatkowy styl jest tylko dla bogatych. Dziś wiem, że wcale nie bardziej niż dla innych bo każdy może stworzyć miejsce dla siebie o niezwykłej urodzie i charakterze, odpowiadające własnemu postrzeganiu świata. Nawet gdy przestrzeń jest ograniczona symbolem M5. Miejsce, w którym stoły zakwitną ręcznie robionymi obrusami (być może wykonanymi własnoręcznie) lub tymi lnianymi o ręcznie malowanych wzorach a może innymi, wysublimowanymi niepowtarzalnymi dodatkami. Trzeba tylko poszukać.

Licencja: Creative Commons