Oto początek opowieści, którą snułem pewien czas temu... Postanowiłem podzielić się nią z innymi.

Data dodania: 2009-05-16

Wyświetleń: 2214

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Szedłem pustynią prosto przed siebie, nie wiedząc nawet, dokąd idę. Woda skończyła mi się dzień wcześniej, a jedzenia nie miałem w ustach od niemal czterech dni. Słońce grzało tak mocno, że piasek parzył mnie w stopy, owinąłem więc je sobie resztkami mojego ubrania. Szedłem tak długo, że straciłem poczucie czasu. nie wiedziałem, czy minęły trzy tygodnie, czy cztery, czy siedem, odkąd wyruszyłem z miasta. Gdzieś w głębi serca czułem, że nie jest mi pisane przeżyć tę szaleńczą podróż, jakiej się podjąłem. Gdybym tylko posłuchał tego mędrca, nie byłoby mnie na tej przeklętej pustyni! Ostrzegał mnie, że jest zwodnicza, a ja nie wierzyłem, jak mówił, że nikt nie przeszedł sam tej pustyni. Chciałem tylko dotrzeć do portu, który na mapie wydawał się być tak blisko miasta, z którego wyruszyłem... Nie pomyślałbym, że tak to się skończy.
"Zatem taki będzie mój koniec...", pomyślałem, lecz w tym momencie zdałem sobie sprawę, że w moim kierunku idzie jakiś człowiek. Był coraz bliżej... Ale nagle z prawej strony, spod piasku, wyłoniły się dwie wielkie macki, które pochwyciły mnie, a następnie pojawiły się trzy następne, starając się pochwycić tamtego człowieka.
Macki ściskały mnie tak mocno, że straciłem oddech, obraz przed oczami zaczął się rozmywać, bolały mnie wszystkie mięśnie, czułem, jak łamie mi się żebro, jedno, drugie... nagle rozbłysło białe światło, oślepiając mnie i straciłem przytomność.
Obudziłem się i zdałem sobie sprawę, że leżę w łóżku. Spróbowałem odetchnąć głęboko, ale natychmiast poczułem ogromny ból. No tak, miałem połamane żebra. Chciałem się podnieść, ale nie mogłem. Czułem się, jakbym ważył pięć razy więcej niż zwykle. Otworzyłem oczy. Było ciemno, ale słyszałem niedaleki szum morza... a więc byłem w porcie! Ale skąd się tutaj wziąłem, przecież myślałem, że zaatakowała mnie jakaś bestia na pustyni... I wtedy przypomniałem sobie wszystko; człowieka, potwora, oślepiające światło... światło? Skąd się wziął ten blask, który rozbłysł chwilę przed tym, jak straciłem przytomność?
Rozmyślania przerwał dźwięk dochodzący z prawej strony. Brzmiało to, jakby ktoś wchodził po schodach.Chwilę potem drzwi się otworzyły i wreszcie zobaczyłem, gdzie jestem. Pokój, w którym byłem, od razu zaczął przypominać mi typowe pomieszczenie w karczmie, które jej właściciel udostępniał podróżnikom na nocleg. Postać, która weszła do pokoju, trzymała świecę, która roświetlała nieco ciemności, ale mimo tego nie widziałem jej twarzy, skrytej pod kapturem długiego, ciemnego płaszcza, który postać miała na sobie.
- Obudziłeś się wreszcie, Maralu. - rozległ się ochrypły głos spod kaptura.
- Kim jesteś i skąd znasz moje imię? - zapytałem natychmiast.
- Nie zdradzę ci mojego imienia, przynajmniej na razie. Wiedz jednak, że w swoim czasie dowiesz się wszystkiego. Twoje imię jest mi znane, tak samo jak wiele innych rzeczy, które wiem o tobie. Wiem, na przykład, że błądzisz po pustyni od przeszło sześciu tygodni, i że zaatakował cię potwór.
- Zaraz, to ty byłeś tym człowiekiem, którego widziałem na pustyni, prawda?
- Tak.
- Jakim cudem przeżyłem? Byłem pewien, że zginę!
- To już nieistotne. Czy wiesz, że powód, dla którego ruszyłeś w podróż przez pustynię, wymyśliłem ja? - to mówiąc, nieznajomy uśmiechnął się tajemniczo.
- Jak to? Chcesz przez to powiedzieć, że mój ojciec mnie tu nie wzywał?
- Nie. Prawda jest nieco bradziej skomplikowana...
- Więc poświęcałem się, błądząc tą pustynią, bo ty tak sobie ubzdurałeś?! Ryzykowałem życie na darmo?!
- Nie na darmo. Zwabiłem cię tutaj z bardzo ważnego powodu, który ci wyjawię, jeśli mi na to pozwolisz. - słowa te trochę mnie uspokoiły, ale nadal byłem wzburzony faktem, że zwabił mnie tu jakiś dziwak.
- Mów zatem, mam nadzieję, że to coś naprawdę ważnego.
- Doskonale! Słuchaj więc: sprowadziłem cię tutaj, ponieważ chcę prosić cię o pomoc. Potrzebuję kogoś, kto znajdzie dla mnie kilka rzeczy. Tak się składa, że usłyszałem od pewnego człowieka, że jesteś podróżnikiem, który lubi przygody i pieniądze. Dlatego składam ci ofertę: Znajdziesz dla mnie pewne składniki, których potrzebuję na opracowanie artefaktu. Zapłacę za każdy składnik oddzielnie, jednak ostrzegam cię - samo ich znalezienie nie będzie łatwe, a co dopiero ich zdobycie. Zanim dasz mi odpowiedź, odpocznj trochę, jesteś mocno pogruchotany przez tego stwora.
- Chwileczkę, dopiero co o mało nie zginąłem. Kim ty w ogóle jesteś i czym się zajmujesz?
- Jeśli musisz to wiedzieć, jestem magiem, a w tej chwili zajmuję się wieloma rzeczami. A teraz wybacz, ale muszę odejść. Zostawiam pieniądze, które wystarczą ci na przezycie dwóch tygodni, karczmarz powiedział, że zadba o twoje zdrowie, zatem żegnaj. Wrócę za dwa tygodnie, jak już wyzdrowiejesz. Przedstawię ci wtedy szczegóły mojego zadania i twojej w nim roli.
I wyszedł, nie dając mi nawet czasu, żeby cokolwiek powiedzieć. Pomyślałem, że chyba powinienem być zdenerwowoany faktem, że ten mag mną częściowo manipulował, ale zdałem sobie sprawę, że jestem zbyt śpiący, żeby się nad tym zastanawiać. Dałem się więc ponieść nocnym koszmarom, które mnie nawiedziły we śnie.
Obudziwszy się nastepnego ranka, zauważyłem, że w pokoju są dwie inne osoby: uzdrowiciele. Więc ten mag mówił prawdę - zapewnił mi opiekę zdrowotną.
Po chwili do pokoju wszedł mężczyzna, wyglądający na krasnoluda; był wyjątkowo niski, ale krzepki. Miał długą siwą brodę i siwe włosy, czarne, małe oczy i mięsisty nos. Tak, to musiał być krasnolud.
- Witaj - powiedział - zapewne wiesz już, skąd się tu wziąłeś, ten zakapturzony mag był tu w nocy, obudził mnie tym swoim gadaniem. Powiedział, że jesteś podróżnikiem. To prawda?
- Tak.
- Jestem właścicielem tej karczmy, nazywam się Gemlar. Możesz czuć się tu, jak w domu, jednak nie radzę samemu chodzić po innych karczmach. Pełno w nich typów spod ciemnej gwiazdy. U mnie ich raczej mało, moi najemnicy cały czas strzegą porządku. Chciałbyś coś do jedzenia? Zapewne po podróży jesteś bardzo głodny.
- Nawet bardzo. - karczmarz nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo byłem głodny po kilku dniach bez jedzenia.
- Zaraz przyślę kogoś ze strawą. A teraz wybacz, muszę iść obsługiwać gości.
Wyszedł. Uzdrowiciele również wyszli, mówiąc, że jakbym czegoś potrzebował, to na nocnej szafce leży dzwonek.
"Wreszcie chwila spokoju..." - pomyślałem - "...przynajmniej do czasu, kiedy ten tajemniczy mag powróci. Chyba zaczyna się nowy rozdział mojej podróży." - pomyślałem i zasnąłem po raz kolejny.
Licencja: Creative Commons