Każdy "walczy" o swoje miejsce w życiu zawodowym. Poświęcamy na to dużo czasu. Ale czy na prawdę warto? Czy jedynym sensem istnienia jest zarabianie?

Data dodania: 2011-04-14

Wyświetleń: 1213

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

„Życie to walka”. Tak mówią. I pewnie jest w tym dużo racji. Kiedyś nasi przodkowie walczyli z dzikimi zwierzętami po to, by nie umrzeć z głodu. Walczyli o lepsze ziemie. My zresztą robimy to samo i aż dziw, że mieliśmy w sobie wystarczająco dużo rozsądku, aby się nie unicestwić. Przynajmniej na razie... Nie mniej jednak walczymy ciągle. Pewnie to jakiś atawizm. Tyle, że teraz nie trzeba iść na mamuta, bo kotlet można kupić w sklepie. Walczymy za to w świecie tak zwanej samorealizacji zawodowej.

Dziś już nie chodzimy z włócznią na niedźwiedzia. Przynajmniej większość z nas tego nie robi. Za to prawie każdy samiec pragnie wybudować większy dom albo posiąść droższy samochód. Dziś w ten sposób udowadniamy naszą wyższość na innymi osobnikami.

I w sumie dobrze. Bo po pierwsze nie dręczymy bogu ducha winnych zwierzaków, a po drugie jest to jakaś forma parcia do przodu. A postęp jest potrzebny. Jednostki bardziej ambitne, co by nie mówić, popychają ten świat do przodu.

Często nazywamy to zachłannością i karierowiczostwem. Sam przecież tak czasem mówię. Ale chyba to nie do końca jest tak. Wielu przecież, po prostu, lubi to, co robi, a ich sukces zawodowy, finansowy i społeczny jest jedynie wypadkową tego zdrowego zaangażowania.

Trzeba chyba o tym pamiętać, nim pochopnie kogoś ocenimy, mówiąc, że zaprzedał się dla kariery.

Zmierzam do tego, że w dzisiejszym, zaganianym świecie tracimy gdzieś to nasze „być”, na rzecz „mieć”. Często ruszamy w życie z ideałami, z wiarą, że możemy coś zrobić dla szeroko, lub wąsko, rozumianego świata. Potem jednak, powoli, stajemy się kimś, kim nigdy być nie chcieliśmy.

Jeżeli mamy szczęście i realizujemy się w naszej pasji, spełniamy nasze marzenia, to super. Ale ilu ma takie szczęście? Pewnie nie wielu. Ale zadajmy też takie pytanie: ilu z nas się nie poddało, ilu nie ustało w wysiłkach, by wygrać nasze marzenia, by jednak, mimo wszystko bardziej „być”?

Pewnie niezbyt wielu. Dlatego ten świat zapełniają w dużej mierze smutne, szare pochylone istoty, przytłoczone ciężarem codzienności i przerażone myślą o jutrze.

Ilu z nas poddało się za szybko? Bo dziecko, bo kredyt, bo coś tam. A potem ma się już zbyt wiele lat, by zacząć od nowa...

Ale, wydaje mi się, problem leży gdzie indziej. Problem leży często właśnie w tej sferze „mieć”. Bo jak już mamy jakieś cztery kąty, telewizor i urządzoną łazienkę, to zaczynamy skupiać się na utrzymaniu tego status quo. Boimy się zaryzykować, by nie stracić tego, co już mamy.

Ale czy warto? Ja myślę, że nie. Warto jest mieć coś, czego nikt, nigdy nam nie odbierze.

Może to być jakaś wiedza, jakieś umiejętności, jakieś fajne wspomnienia, może zrealizowane marzenia, a może nabyty hart ducha.

Czemu wszyscy nie zdobywamy najwyższych gór i nie opływamy świata dookoła? No cóż... Duża część nas po prostu o tym nie marzy. Albo inaczej: już nie marzy...

Ale ja marzę... Myślę, i jest to wysoce prawdopodobne, że opłynę świat, i wejdę gdzieś wysoko. To się spełni, bo do tego dążę.

Czy poświęciłbym dla tych marzeń zdobyte już dobra materialne? Bez wahania! Bo przecież cóż mogę stracić? Dom? Samochód? Trudno. Mam głowę na karku i dwie zdrowe ręce. Zapracuję na to znowu. Ale nawet, jakby coś się miało nie udać, gdybym miał znaleźć się pod przysłowiowym mostem, to jedno jest pewne: zrealizowanych marzeń nikt, nigdy już mi nie zabierze.

Może ktoś nazwie mnie wtedy lumpem... Może. Różnie bywa. Ale ja już zawsze zamykając oczy będę opływał Horn i wchodził na Everest. Bo ważne jest być „kimś” w swoich własnych oczach. I oczywiście w oczach ludzi, których kochamy.

A reszta świata? No cóż, chyba należy im życzyć jednego. By w swoich oczach też byli dla siebie kimś. Bo będą szczęśliwsi. A świat, na pewno, będzie lepszy, gdy będą zapełniać go ludzie szczęśliwi.

Licencja: Creative Commons