Analitycy szacują, że światowa branża lotnicza w ciągu dwóch lat z powodu kryzysu finansowego straci ponad 10 mld dolarów. Przy czym najnowsze prognozy i tak są optymistyczne za sprawą chwilowego spadku cen ropy. Mimo że sytuacja w branży jest najgorsza od 50 lat, my klienci nie powinniśmy narzekać. Kryzys działa na naszą korzyść.

Data dodania: 2009-06-30

Wyświetleń: 1363

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

0 Ocena
Pobierz artykul

Licencja: Creative Commons

Faktem jest, że zapotrzebowanie na usługi linii lotniczych na całym świecie sukcesywnie spada. Powód jest prosty – mamy coraz mniej pieniędzy. Zarówno klienci indywidualni jak i firmy. To przedsiębiorstwa przynosiły liniom lotniczym większą część dochodu. W erze oszczędności menedżerowie zmuszeni do podróży służbowych bądź wybierają tańsze przedziały pasażerskie, bądź rezygnują z podróży, zamieniając ją na znacznie tańszą wideokonferencję. Taka sytuacja zmusza przewoźników do likwidowania połączeń. W Europie zaoferują oni klientom o 83 tys. mniej lotów, a w USA o 265 tys. Podobnie jest z lotniskami. Aż 45 lotnisk w Europie jeszcze w tym roku straci wszystkie planowe połączenia a na całym świecie zamkniętych zostanie ponad 200 portów lotniczych.

Szybciej, taniej i wygodniej
Wskutek kryzysu finansowego od początku tego roku upadło już 25 przewoźników, a największe linie tną koszty gdzie tylko mogą. Przy czym cięcie kosztów odbywa się przede wszystkim poprzez automatyzację procesów i pozwolenie podróżnemu na wykonanie pewnych czynności samemu - bez udziału obsługi linii lotniczej. Oprócz dość powszechnej już odprawy internetowej w przypadku gdy zabiera się tylko bagaż podręczny (niedawno Ryanair zapowiedział, że od 1 października tego roku będzie możliwa jedynie odprawa online), już można odprawiać się na lotnisku samoobsługowo – w tzw. kioskach do samodzielnej odprawy. W Polsce takie automaty funkcjonują już na Okęciu.

Kryzys spowodował także, że powiedzenie „klient nasz pan” w końcu znalazło odzwierciedlenie w rzeczywistości. Skoro liczy się każdy klient, trzeba zdobyć go wszystkimi możliwymi sposobami. Owszem z jednej strony słychać, że przewoźnicy rezygnują z podawania posiłków w samolotach by oszczędzić kilka dolarów. Są jednak i tacy, którzy działają odwrotnie - podadzą na pokładzie wykwintny obiad, umożliwią korzystanie z telefonu komórkowego i internetu, a nawet zaoferują za niewielką dopłatą miejsce w klasie biznes. A skoro biznesmeni przesiadają się do klasy ekonomicznej, niektórzy wyszli z założenia, że należy podnieść jej standard. Tak zrobiły m.in. dubajskie linie Emirates. Pasażerowie kupujący nawet najtańszy bilet mają zagwarantowany własny monitor telewizyjny, a także większy niż w Lufthansie, Swissie i Air France czy KLM odstęp między fotelami oraz specjalnie wydrukowane menu z kilkoma zestawami potraw do wyboru.

Trudno się temu dziwić takiemu podejściu, bo każdy ekonomista pracujący dla linii lotniczych przyzna, że najbardziej kosztowną rzeczą dla przewoźnika jest wozić powietrze. Dlatego też i wybór promocyjnych cen biletów jest prawdopodobnie, tak samo jak kryzys, największy od 50 lat. Regularne linie boją się bowiem, że stracą klientów na rzecz tanich linii lotniczych. A ich obawy są uzasadnione.

Z danych udostępnianych przez serwisy internetowe zajmujące się sprzedażą biletów lotniczych wynika, że sprzedaż biletów tanich przewoźników lotniczych wzrosła prawie o 50 proc. W porównaniu z początkiem ubiegłego roku udział sprzedaży biletów lotniczych tanich przewoźników lotniczych wzrósł z 17 proc. do 31 proc. Cena jest dziś bowiem najważniejszym kryterium wyboru lotu. Klienci na rzecz tańszego biletu, są w stanie zrezygnować z pewnych udogodnień jak posiłek czy wybór miejsca w samolocie, które oferują tradycyjni przewoźnicy w cenie lotu. Ale tanie linie lotnicze w walce o spadające zyski, zaczynają już powoli windować poziom usług. Lepszy posiłek czy wybór miejsca w samolocie za niewielką dopłatą zaczyna być standardem. Dzięki czemu wygrywają na tym. Podczas gdy duże linie lotnicze liczą straty, tani przewoźnicy jak Ryanair czy EasyJet licza zyski.

Gorsze wyniki, lepsza przyszłość
Kryzys dla klientów linii lotniczych, może być hossą. Ceny biletów spadają, poprawia się komfort podróżowania a na lotniskach, dzięki nowoczesnym rozwiązaniom jak kioski do samodzielnej odprawy czy nowoczesne skanery, znoszące konieczność rewidowania podróżnych, mamy mniejszy tłok. Branża lotnicza narzeka, bo nie radzące sobie z płynnością finansową firmy upadają. Bankructwo ogłaszają jednak ci, których biznes nie był na tyle elastyczny by poradzić sobie z wymogami rynku funkcjonującego w kryzysie. Ekonomiści są zgodni co do tego, że porządnych, poukładanych i stale dostosowujących się do zmieniających warunków firm kryzys nie ruszy. Rynek dokona zatem naturalnej selekcji i chociaż jest to bolesne, to w końcu nie każdy jest dobrym przedsiębiorcą.

Kryzys gospodarczy dla tych przewoźników, którzy chcą wyjść z niego mocniejsi, jest impulsem do podnoszenia efektywności i większej dbałości o pasażera. Chcą być na wygranej pozycji, kiedy sytuacja na rynku ulegnie poprawie. Wszystko zatem wskazuje na to, że jeśli te tanie linie lotnicze które ten wyścig wygrają, my klienci – obiekt ich pożądania, wygramy razem z nimi.
Licencja: Creative Commons