Oto historia człowieka, który leżąc na polanie podczas burzy z widelcem w ręku, postanowił zostać muzykiem, sportowcem, poetą, aktorem, radiowcem i wokalistą. Walcząc o marzenia nie raz nadwyrężał kreatywność i nie raz było piorunująco.

Data dodania: 2009-04-28

Wyświetleń: 2250

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 2

Głosy ujemne: 0

WIEDZA

2 Ocena

Licencja: Creative Commons

Marcel Woźniak – student UMK w Toruniu. Zanim umówiłam się z nim na wywiad, zastanawiałam się, gdzie go zastanę. Biegającego w stroju sportowym po ulicach Torunia, powtarzającego tekst sztuki na deskach teatru, redagującego tekst do gazety, grającego koncert ze swoim zespołem, czy w radio przed kolejną audycją? Siedział w jednym z toruńskim pubów i sączył piwo. Jak gdyby nigdy nic.

M: Marcel, czym są dla Ciebie marzenia?

Marcel Woźniak: Marzenia są częścią życia - grają w tej samej drużynie, co nasze sny, poczucie humoru i… zachwyt nad foliową torebką na wietrze. Prawdziwe spełnianie marzeń, to jednak nie tylko magiczna fasola, ale ciężka praca. Czyli spełnienie siebie.

MP: Czujesz się więc spełnionym marzycielem?
MW: Dla mnie to trochę taki oksymoron. Bo czy spełniony marzyciel, to taki, który wszystko już spełnił i nie musi marzyć? Niektórzy całe życie gonią swojego „jednorożca”.

Muzyka

Bujna wyobraźnia Marcela często przenosiła go na koncerty ulubionych Dream Theater, czy Iron Maiden. Marzył, by grać jak oni, by czerpać energię z muzyki, dźwięków gitary, fanów i tras koncertowych. W zaciszu pokoju brzdąkał na gitarze, uczył się nowych akordów, podśpiewując pod nosem.

MW: Pamiętam jak dziś, kiedy w czasach liceum z Łukaszem (dziś klawiszowcem w zespole Marcela – Sitelight) siedzieliśmy na ławce z gitarami i wyobrażaliśmy sobie, że gramy wspólnie koncerty. Nasze drogi potem schodziły się i rozchodziły, Nigdy nie miałem muzycznego wykształcenia, ani wielkich umiejętności. Powiedział mi jednak, że może jednak nadaję się na grajka i na pewno kiedyś nim zostanę.
Wierząc w swoje marzenia i szlifując muzyczne umiejętności, Marcel grywał na gitarze w różnych zespołach na studenckich i lokalnych scenach. Nigdy jednak nie myślał, że zostanie wokalistą i frontmanem grupy.
MW: Minęło chyba z 7 lat i nadszedł czas zespołu SITELIGHT. Jestem naprawdę szczęśliwy, że chłopacy dali mi szansę, że razem gramy, komponujemy, koncertujemy - że jesteśmy ZESPOŁEM, że cały świat przed nami. Nazywamy się Sitelight i rzeczywiście, jest to dla mnie jakaś strona światła.

Sport

MP: W przerwach między koncertami trenujesz biegi długodystansowe. Skąd zamiłowanie akurat do tej dyscypliny sportu?
MW: Zawsze chciałem grać w piłkę, ale w podstawówce ciężko zachorowałem na kolana i kręgosłup. Byłem z tych dzieciaków, co na lekcjach WF siedzą z książką od historii, bo mają zwolnienie. Przez te wszystkie lata czułem się niespełnionym sportowcem, który nie mógł grać tak, jakby chciał, bo go bolały nogi. Dla innych była to zwykła oznaka słabości. Dwa i pół roku temu zobaczyłem jakiś urywek z zawodów na Eurosporcie, kiedy Stefano Baldini wbiegał na metę maratonu. Wtedy już wiedziałem, czego chcę...Pokochałem dyscyplinę, która wydawała mi się najnudniejsza na świecie – długodystansowe biegi. W pogoni za marzeniami sportowymi zacząłem codziennie pokonywać coraz dłuższe dystanse. Pokonałem barierę w postaci choroby kolan. Zrozumiałem, że człowiek może spełnić swoje marzenie, jeśli odda mu się bez reszty.

MP: Pamiętasz swój pierwszy maraton?
MW: Tak! Człowiek i natura, pulsujące skronie, wiatr, ludzie, ktoś z boku chce dogonić, ty zaciskasz zęby, jeszcze 30 kilometrów, 10 kilometrów, jeszcze 2... Upadasz. Skurcze wykrzywiają ci nogi, ból nie do zniesienia, wszyscy, których wyprzedziłeś znów cię przegonili. Ciemno przed oczami, karetka, ty jednak wstajesz i mówisz, że biegniesz. I biegniesz i już słychać w oddali krzyk ludzi przy mecie i czujesz się jak grecki posłaniec i biegniesz coraz szybciej, i szybciej.. I nagle rozumiesz, że to już nie jest tylko zwykłe 42km dystansu. Że linia mety nie kończy biegu... Na youtube mam pamiątkę z tego dnia: The Loneliness of the Long Distance Runner


Media

Patrzę na Marcela i widzę błysk w oku, gdy opowiada o uczuciach, towarzyszących podczas spełniania marzeń. Zastanawiam się, czym jeszcze mnie zaskoczy.
MW: Inne marzenia, które spełniłem to praca w studenckim radiu SFERA UMK, gdzie prowadzę z kolegą Piotrem wspólną audycję pt. Wydział Muzyczny. Nakręciłem też z Grześkiem ze studiów film krótkometrażowy "Pacemaker". Nawet nienajgorzej nam wyszło. No i koncerty - kocham koncerty. W ubiegłym roku zaliczyłem The Police, Iron Maiden, AlphaVille i festiwal Heineken'a. Dostałem pracę przy filmowym festiwalu. Myślę, że to bardziej z serii marzeń praktycznych, zawodowych - może uda mi się pracować w kulturze i mediach, co zawsze chciałem robić.

Teatr

Błysk w oku Marcela nabiera intensywności, pytam więc dalej:
MP: Jak to się stało, że sportowiec i muzyk został aktorem i napisał scenariusz sztuki, którą później wystawiono?
MW: Do teatru wstąpiłem za namową znajomych w liceum. Pamiętam jak dziś, kiedy szedłem korytarzem, potem przez scenę, na której nagle zgasła żarówka, dokładnie w momencie, gdy przechodziłem pod nią. Byłem wtedy bardzo nieśmiały i wejście do pokoju pełnego aktorów to była duża sprawa.
Teatr pozwolił mi się otworzyć. Chyba na wszystko. Począwszy od pracy nad głosem, sposobem mówienia, żartowania, przez świadomość własnego ciała, ruchów, gestów, przez samą grę aktorską wreszcie. To był mały teatrzyk dla takich zbłąkanych dusz, żadna wielka opera. Ale towarzyszyła mu niesamowita magia - zapach desek, operowanie światłem, ruchem, koleżankami;) Bardzo rozwinęła mi się tam wyobraźnia, także pisarska. Sporo przerabialiśmy Schulza, Becketta i Białoszewskiego. Zwłaszcza ten ostatni wpłynął na mnie i moje wierszydła.

Po kilku latach udało mi się zrealizować jedno z marzeń - wystawienie własnej sztuki. Nazywała się "Niech mnie ktoś uszczypnie" i opowiadała o bohaterze, który wpadł w jakąś króliczą norę, w której nawiedzają go widma przeszłości. Nie ukrywam, że inspirowana była moim własnym życiem i nieszczęśliwą miłością. Grając główną rolę czułem, jakbym przeżywał swoje życie jeszcze raz, cofał czas, naprawiał go. To było jedno z najważniejszych wydarzeń w moim życiu.

Internet

MP: W internecie pojawia się coraz więcej blogów o marzeniach, ludzie zakładają profile na marzymy.pl, tworzą (tak jak Ty) filmiki o realizowanych pasjach. W jaki sposób taka aktywność może pomóc w spełnieniu marzeń?
MW: Dzielenie się swoimi marzeniami z innymi jest bardzo ważne. Technika poszła do przodu i to fascynujące, że możemy porozmawiać z kimś z drugiego końca świata, kto podobnie jak my, pierwszy raz skoczył ze spadochronem lub kupił wymarzoną gitarę.
Ludzie są z natury dobrzy - dlatego wspierają się w marzeniach, życzą innym szczęścia, tak jak np. na serwisie marzymy.pl, gdzie też mam konto. Takie życzenia są ważne, bo przecież życie jest pełne niespodzianek.

Licencja: Creative Commons
2 Ocena