Fragment prologu trzeciego tomu powieści o przygodach Alana w Świecie Haratii. Powieść pełna intryg wymyślanych przez maga, którego w pierwszej części pokonał Alan.

Data dodania: 2020-05-10

Wyświetleń: 261

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

LITERATURA - KOMEDIA - DRAMAT

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Intryga człowieka z blizną - fragment - Zabójstwo księcia

Gęsta mgła rozciągała się niczym puchata kołdra wokół miasta Santi, powietrze przesączało wilgotne powietrze niesione od jeziora. Przystojny młodzieniec odziany w czerwony kaftan, granatowe pantalony wpuszczone w czarne wysokie buty, jechał piaskową drogą przez las na swym kasztanku, którego wyróżniała bogato zdobiona uprząż. Jeździec wyglądał na zadbanego mężczyznę, jak przystało na członka rodziny królewskiej. Jechał drogą pośród lasów i usilnie wyszukiwał drogi w gęstej mgle. Nozdrza jego wciągały zapach wiosennego lasu. Wspominał wczorajszą przygodę, kiedy jadąc przez miasto został zaczepiony przez nieznanego szlachcica, wątpliwego pochodzenia.

— Stój panie! — zawołał nieznajomy.

— Czego chcesz? — gniewnie zapytał młodzieniec.

Konny spoglądał na szlachcica z góry.

— Wjechałeś na mnie swym koniem i zniszczyłeś mój płaszcz. Takie zachowanie nie przystoi, nawet królewskiemu zięciowi!

Dobrowit, bo tak nazywał się nasz jeździec, zwrócił dumny wzrok na przechodnia. Widział przed sobą zadbanego, czarnowłosego mężczyznę w czarnym płaszczu, spod którego wystawał miecz przypięty do pasa. Sięgnął do swej sakiewki i rzucił pod nogi tamtego kilka monet. W normalnych warunkach taki postępek nie tylko naprawiał szkodę, ale też uchodził za odpowiedzialny.

— Powinno wystarczyć — rzekł i odwrócił konia.

Przechodzień gniewnie się obruszył, a dolna część płaszcza zaszła jedna na drugą.

— Nie wystarczy! — zawołał gniewnie obcy. — Skoro pojąłeś za żonę królewską córkę możesz wjeżdżać, na kogo chcesz?! Spotkajmy się jutro o świcie w lasku za miastem, przy wejściu do jaskini.

Dobrowit wcale nie przejął się tym wyzwaniem, choć zachowanie obcego powinno dać mu do zrozumienia, że sytuacja wykracza ponad zwyczajność.

— Oczekuj mnie tam! — zawołał.

Tak właśnie książę Dobrowit został wyzwany na pojedynek. Choć wyczuwał w tym intrygę, z nikim nie podzielił się swymi spostrzeżeniami. Nie bał się pojedynku, bo nie jeden już w życiu stoczył i z każdego wyszedł zwycięsko. Wróciwszy do pałacu z nikim nie rozmawiał o wyzwaniu na pojedynek, dumny i pewny swego.

☆☆☆

Wraz z pierwszym promieniem słońca Dobrowit ruszył na miejsce pojedynku. Na pojedynek ubrał się w czarną koszulę i czarne pantalony wpuszczone w czarne wysokie, skórzane buty. Słońce z wolna rozpoczynało swoją wędrówkę na błękitnym niebie, gdzie wolno sunęły białe, postrzępione obłoki. Chłód nocny ustępował rozpoczynającemu się pięknemu dniu. W konarach drzew wesoło krzyczały ptaki. Na piaskowej drodze dostrzegał przechodniów, którzy zmierzali na miejski targ, a kiedy wyjechał z miasta mijał lasy i pola uprawne. Wcale nie przejmował się wyzwaniem, bo serce jego nie znało lęku i niczym lew dzielnie bronił swego. Walki na miecze uczył się odkąd mógł utrzymać miecz w dłoni i mógł stawać pomiędzy największymi mistrzami fechtunku. W kilka minut później dotarł na wyznaczone miejsce pojedynku. Wjechał na rozległą polanę otoczoną kilkusetletnimi drzewami. Z dala od ludzkich oczu miał rozegrać się pojedynek na śmierć i życie.

Właśnie zobaczył swego rywala siedzącego na głazie. Obcy miał na sobie ciemnozieloną koszulę, czarne spodnie i czarne buty z wysokimi cholewami, płaszcz jego leżał obok na trawie. Dobrowit przyśpieszył konia i po chwili ukłonił się przeciwnikowi.

— Stawajmy! — rzekł obcy zniecierpliwiony i nawet podenerwowany.

— Jesteś z tych okolic, panie? — spytał książę.

— A cóż cię obchodzi! — odpysknął opryskliwie. — Zawsze mi spieszno posłać szlachcica w Otchłań.

— Za chwilę się przekonamy, który z nas zostanie przywitany przez Sługi Otchłani — odrzekł z uśmiechem książę. — A chciałbym poznać imię kolejnego śmiałka, który za chwilę zaniesie przywitanie Sługom Otchłani.

Dobrowit, próżno miał czekać na odpowiedź, zgrabnie zsiadł z konia i bez ociągania się podszedł do przeciwnika. Dobyli mieczy i rozgorzała walka. Przeciwnik zaatakował księcia z ogromną zaciętością i furią należną pojedynkom, śląc cios z góry, ale książę przyjął zręcznie cios na zastawę i odparował z całym impetem tak, że przeciwnik aż ugiął się pod ciosem i przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. Napastnik cofnął się o krok, zasyczały miecze rozwierając się. Obcy wykonał błyskawiczny obrót i ponownie przystąpił do ataku. Dobrowit zręcznie przyjął uderzenie, a następnie ostrzem swego miecza rozpruł koszulę napastnika na wysokości piersi, a potem wyszczerzył zęby w uśmiechu. Ten czyn i uśmiech zdobywcy na twarzy przeciwnika rozzłościły obcego do żywego i nie opanowując emocji uderzył ponownie, ale Dobrowit bawił się z nim jak chciał i nieustannie dominował w walce, nie oddając pola przeciwnikowi ni razu, choć ciosy padały jeden po drugim. Dla doświadczonego w boju księcia taki przeciwnik nie stanowił najmniejszego zagrożenia. Pewny zwycięstwa Dobrowit zamiast jednym ciosem zakończyć walkę, nieustannie wykonywał uniki drwiąc z przeciwnika swoimi umiejętnościami wytrawnego szermierza. Obrócił się błyskawicznie wokół własnej osi i klepnął obcego ostrzem po plecach, kiedy ten zachwiał się po poprzednim ciosie. Napastnik odwrócił się z gniewnym wyrazem twarzy stając naprzeciw księcia i rzucił mu nienawistne spojrzenie.

 Dźwięk metalu roznosił się po lesie. Miecze błyszczały w słońcu, a w zwarciu jelce spotykały się wielokrotnie. Walka trwała już długo. Krąg wydeptanej trawy powiększał się z każdą minutą, a buty przeciwników pokrywała rosa. Dobrowit walczył jak zawsze z uśmiechem na ustach. Jego przeciwnik miał zacięty wyraz twarzy, a jego oczy błyszczały nienawiścią. Dobrowit pewny wygranej, znudzony potyczką, wyczekiwał dogodnego momentu, aby pokazowo zakończyć walkę z tak marnym przeciwnikiem.

Walczący nie zauważyli skrywającej się w gąszczu drobnej postaci, okrytej szarym płaszczem, która w rzeczywistości sterowała walką i decydowała o jej wyniku.

Dobrowit wykonał unik w lewo, przysiad i krok do przodu, to znowu wykonał pchnięcie i odparł cios. Obcy najwyraźniej słabł i właśnie, kiedy książę zamierzał posłać ostateczny cios…

Nagle Dobrowit poczuł, jakby jakaś siła wstrzymała wszelkie jego ruchy, i nastąpił bezwład w lewej stronie klatki piersiowej. Wtedy wróciły mu ruchy. Spojrzał w dół i stwierdził z przerażeniem, że z jego ciała wystaje rękojeść miecza przeciwnika. Ten właśnie wyciągnął zakrwawione ostrze.

— Mówiłem, że przywitasz kolegów w Otchłani! — triumfował obcy.

Dobrowit słabł z każdą chwilą i blady oparł się na swym mieczu. Nie mógł złapać oddechu, a członki odmawiały mu posłuszeństwa, jeszcze bardziej nie potrafił zrozumieć sytuacji. Na bladej twarzy odmalowało się przerażenie. Świat wirował mu przed oczyma, myśli umykały we wszystkie strony.

Zatem tak wygląda śmierć… — pomyślał.

Zrozpaczony szukał ratunku, lecz nie potrafił go znaleźć. Pragnął żyć, ale nic już od niego nie zależało. Wreszcie wykonał kilka kroków zataczając się jak pijany i osunął się na ziemię.

Tak oto zostało popełnione morderstwo na księciu z dalekiego kraju, które będzie miało swój skutek w dalszej części naszej opowieści.

Po zakończonej walce, Divala nazywana: Księżniczką Ciemności wyszła z krzaków i zbliżyła się do zwycięzcy.

— Witaj piękna pani! — zawołał radośnie.

Divala spoglądała na niego z pogardą, gdyby się nie wtrąciła do walki, jej najemnik leżałby teraz martwy w kałuży krwi. Nawet ona nie lubiła ludzi, którzy sprzedawali swój honor i godność za garść złotych monet.

— Zrobiłeś swoje i w normalnych warunkach mógłbyś odejść, ale… właśnie nadbiega wojsko i muszę cię zatrzymać — oświadczyła. — Sama mogłam zabić tego gbura, ale mój pan potrzebował mordercy.

— Czym żem zawinił? — zapytał wystraszony. — Pani daruj mi życie!

Divala przywykła do widoku przerażonych twarzy swoich ofiar i najróżniejszych próśb o darowanie życia, od tych, których zamierzała uśmiercić, ale ona musiała być lojalna wobec swego pana i bez szemrania wypełniać wszystkie jego polecenia, bo nagroda dla niej obiecana miała wyrównać wszystko, co uczyniła.

Divala uniosła do góry dłoń i zacisnęła pięść, w tym czasie najemny morderca zaczął się dusić. Divala zaniechała dalszego duszenia, gdyż uderzenia końskich kopyt nadjeżdżającego wojska stawały się wyraźniejsze z każdą chwilą i zaraz żołnierze znaleźli się w zasięgu wzroku. Zanim nadjechał orszak konnych, wokół Divali opadła mgiełka i na jej miejscu znajdował się nastoletni pachołek, jeden z takich, jacy często pasą bydło na łąkach.

Na przedzie, wyprzedzając swój oddział wyłonił się Bernard mężczyzna czterdziesto-, może czterdziestopięcioletni, wysoki, szczupły, o czarnych, krótkich włosach, prostolinijny z wyglądu, odziany w szaty kapitana Niebieskiej Gwardii, czyli granatowy kaftan z symbolem pokoju na przedzie — gołębiem z listkiem w dziobie — i rozciętymi szerokimi rękawami. Czarne obcisłe spodnie oraz buty z wysokimi cholewami, wywiniętymi w dół pod kolanami. Czarny płaszcz z czerwoną podszewką i stójkowym kołnierzem falował na wietrze. Inni odziani zostali podobnie, lecz szaty kapitana zdobiły haftowane na biało oznaczenia na kołnierzu kaftana i czerwone podszycie płaszcza. Oddział jechał zwartą grupą, jednak Bernard pierwszy znalazł się na miejscu, dostrzegł leżącego księcia, zeskoczył z konia i podbiegł bliżej, szybko pojął sytuację.

— Morderca! — zawołał pachołek. — Zwabił tu i zamordował księcia!

Najemnik nie mógł się odezwać, choć wyraźnie chciał coś powiedzieć. Divala w postaci pachołka odeszła na bok, gdy Bernard szarpał wynajętego przez nią zabójcę. Divala znów schowała się za krzakami i na powrót przybrała własną postać, następnie wykonała poziomy ruch ręką, co spowodowało, że miecz Bernarda wysunął się z pochwy, następnie Divala wykonała ruch dłonią w przeciwnym kierunku, i miecz z rozpędem wbił się w ciało mordercy przeszywając je na wylot. Bernard spoglądał zdziwiony na zachowanie swojego ostrza, zaskoczony chwycił trzon miecza tkwiącego jeszcze w ciele, gdy nadjechali inni przedstawiciele Niebieskiej Gwardii Yoanaosa.

Divala uśmiechnęła się. Nasunęła kaptur na głowę i odeszła.

Licencja: Creative Commons