Prolog czwartego tomu powieści o mieszkańcach Edenu. Akcja ma miejsce w Nowej Gwinei. W prologu przestawione zostały dwa wątki, złodziej i strącony samolot, a oba wydarzenia przyczynią się do rozwoju akcji powieści.

Data dodania: 2020-04-23

Wyświetleń: 181

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

LITERATURA - KOMEDIA - DRAMAT

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

W labiryncie łówców głów - prolog

Nawet najmniejszy podmuch wiatru nie łagodził duchoty w labiryncie. Wymęczony mężczyzna szukający wyjścia z pułapki biegał już od wielu godzin i zupełnie zatracił poczucie czasu. Zapytany nie potrafiłby odpowiedzieć jak długo znajduje się w tym obiekcie. Trafił tu nie przez przypadek, w chwili, gdy usiłował sprzedać niezwykłą ciekawostkę, którą przywłaszczył sobie podczas pobytu w Edenie. Uznał, że tu w Nowej Gwinei z dala od głównych wydarzeń, będzie wiódł dostanie życie za pieniądze uzyskane ze sprzedaży. Przypadkiem zdarzyło się, że nabywca towaru okazał się jego poprzednim właścicielem, a umieszczanie ludzi w labiryncie i obserwowanie ich zmagań z wymyślnymi pułapkami, uważał za przednią zabawę. Gdy, złodziej o imieniu Henryk, wszedł do labiryntu miał obiecane, że jeżeli z niego wyjdzie, zachowa życie. Złodziej chętnie przystał na tę propozycję, bo widział w tym szansę na przeżycie. W ludziach od zawsze istniała dziwna chęć do życia, gdy umierali, ranni pragnęli żyć, gdy zostali skazani pragnęli żyć. Podobnie Henryk chciał żyć. Już nie marzył o pieniądzach uzyskanych ze sprzedaży ukradzionego przedmiotu, pragnął odejść stąd wolny, biedny ale żywy. Zgadzając się na przejście labiryntu nie wiedział jak wielkie wyzwanie go czeka.

Labirynt był kamienną budowlą, ale trudność jego przejścia stanowiły różne pułapki uruchamiające się na każdym kroku. Gdy tylko zamknęły się za nim dębowe drzwi postąpił odważnie do przodu i wówczas usnęła się pod nim ziemia. W ostatniej chwili uchwycił się krawędzi, aby nie upaść na umieszczone sztorcowo naostrzone pale. Zgroza ogarnęła jego umysł, bo przestraszył się wówczas po raz pierwszy w życiu. Próbował wyjść, ale ziemia usuwała mu się spod rąk. Kilkakrotnie usiłował wyrzucicie swoje ciało, aż wreszcie udało mu się zawisnąć w poziomie wysunąwszy nogę na krawędź dołu. W tej pozycji odczekał kilka sekund i wreszcie powoli wydostał się z dołka. Pod zrosił jego ciało z wysiłku i duchoty. Teraz zrozumiał zamiary przeciwnika, a nie mógł się już wycofać. Odważnie przeskoczył przez metrowy dół i ostrożnie podążył naprzód. Przez kilka kolejnych metrów nic się nie wydarzyło. Jednak krok dalej zauważył elementy trudnego do nazwania mechanizmu i wzmógł czujność, po czym ostrożnie rozejrzał się wokół i zrobił krok do przodu. Wówczas ze świstem spadł na niego drewniany wał zawieszony niczym wahadło zegara. Uderzenie w klatkę piersiową odrzuciło go do tyłu na kilka metrów. Poczuł dotkliwy ból w piersiach i krew pojawiła się w ustach. Teraz z trudnością stanął na nogach podpierając się dłońmi. Przerażenie odmalowało się na jego twarzy. W umyśle zagościł strach. Drewniany walec umocowany na osi powyżej kołysał się bezwładnie tuż przed nim, aż w końcu znieruchomiał. Henryk ostrożnie przeszedł pod nim i rozglądając się na boki wolno krok po kroku posuwał się do przodu. Bez przeszkód doszedł do rozdzielenia korytarza na cztery. Wahał się, w którą stronę należy pójść i wspomniał wówczas zasadę prawej ręki, czyli poruszanie się zawsze w prawo. Poszedł zatem w tę stronę i już za zakrętem wprost ze ściany ugodziła go pozioma płyta zaopatrzona w dwadzieścia ostrych kolców. Henryk stał przyklejony do przeszkody, a z jego ciała uchodziło życie. Któreś drewniane ostrze przebiło jego serce.

Na polecenie kapitana Andersona wyniesiono zwłoki z labiryntu i przyniesiono do niego. Anderson osobiście obciął głowę Henryka używając maczety, a następnie odciętą głowę włożył do foliowej torby i zaniósł do szamana, który służył mu od lat. Nie mówił, do czego potrzebna jest głowa, a szaman dobrze wiedział, co należy zrobić.


Prolog 2. Upadek samolotu.

Na prywatnym lotnisku szykował się właśnie do startu mały prywatny samolot. Na jego pokładzie dwóch pilotów, John i Thomas, wykonywało listę startową. Obaj piloci doświadczeni w lataniu, wylatali w swoim życiu wiele godzin, choć żaden z nich nie przekroczył trzydziestego roku życia. Thomas był wysokim, szczupłym szatynem i nosił szwedzki wąsik. John wysoki, szczupły blondyn. Dwie stewardesy: Elena wysoka, szczupła szatynka, twarz miała bardziej okrągłą niż owalną, niezbyt wysokie czoło, kształtne usta i nosek zadarty lekko do góry. Spoglądała przeźroczysto brązowymi oczyma. Jej doskonała figura modelki przyciągała wzrok. Zupełnie od niedawna pracowała dla obecnego człowieka, zaś Monika, średniego wzrostu szczupła blondynka, o przeciętnym wyrazie twarzy, poznawszy Elenę, zaproponowała jej tę pracę. Piloci mieli na sobie mundury lotników, a stewardesy żakiety i spódnice do kolan w kolorze granatowym. Teraz obie przygotowały salon na przybycie właściciela, jednak ten się nie pojawił, a przez posłańca dostarczył wiadomość, że lot ma odbyć się według planu. Posłaniec zostawił srebrną walizkę, cienką niczym książka. Nikt nie zadawał pytań.

Mały samolot odrzutowy wystartował bez najmniejszego problemu i po chwili zniknął ponad chmurami. Piloci zaprogramowali autopilota i osiągnąwszy nakazany pułap, oddali stery pod panowanie urządzeń elektronicznych.

Odprężyli się.

— Jeżeli pozwolisz — zagadnął John. — Oddalę się… z Moniką na dłuższy kwadrans.

— Oczywiście — zgodził się Thomas. — Pogodę mamy dobrą, a do celu jest daleko.

— Podeślę ci Elenę — rzekł John odpinając pasy. — Może w końcu coś się zmieni i zaczniesz korzystać z życia.

Wstał, wyszedł i zamknął drzwi kabiny. John wyszedł do przedziału pasażerskiego. Monika siedziała wpatrzona za okno, a Elena czytała książkę. Nachylił się.

Hrabia Monte Christo[1] — przeczytał głośno tytuł. — Najpiękniejsza powieść o zemście.

Elena oderwała się od lektury, uniosła wzrok i spojrzała na niego swoimi przeźroczysto brązowymi oczyma.

— Coś w tym złego? — zapytała.

— Świat się zmienił — odpowiedział John. — Dziś mamy kino, telewizję, a książki są przeżytkiem.

— Skoro tak uważasz, nie będę wyprowadzała cię z błędu — odrzekła.

— Eleno… podaj kawę kapitanowi — rzekł John. — A ja z Moniką sprawdzimy, czy wszystko jest w porządku w apartamencie.

Elena odłożyła książkę na stolik stojący przed nią, wstała i poszła do pomieszczenia kuchennego. Monika wzięła Johna za rękę i poprowadziła do prywatnego pokoju właściciela.

W kilka minut później Elena z kubkiem w dłoni weszła do kabiny pilotów. Aromatyczny zapach kawy unosił się po całym pomieszczeniu. Podała kawę pilotowi, a on podziękował skinieniem głowy i postawił kubek na podręcznym stoliku.

— Dotrzymasz mi towarzystwa? — zapytał Thomas. — Strasznie nie lubię sam przebywać w kabinie, a Johnowi sprawdzenie pomieszczenia zajmie, co najmniej kilka minut.

Elena posłusznie usiadła na miejscu drugiego pilota.

— Ile tu wskaźników, przycisków i przełączników — zauważyła zaskoczona.

— Wszystko jest proste — odrzekł Thomas. — Sterowałaś kiedyś?

— Nigdy — odrzekła.

— Weź ster w dłonie — zaproponował.

Elena wahała się, a Thomas postępował bardzo nierozważnie, wykonując coś, nie tyle zakazanego, ale niepojętego.

— Nie ma się czego bać — zachęcał.

Elena oparła dłonie na manetce i zacisnęła na nim swoje smukłe palce. Wtedy Thomas wyłączył automatycznego pilota.

— Sterowanie jest proste — uśmiechnął się pilot.

— Łamiesz wiele procedur! — stwierdziła Elena.

— Jesteśmy na ośmiu kilometrach — rzekł Thomas. — I nic nie miałbym przeciwko małym turbulencjom — uśmiechnął się szelmowsko na myśl o tym, co teraz robią Monika i John.

— Oboje lubią mocne wrażenia — odrzekła uśmiechnięta Elena. — Włącz automatycznego pilota.

Elena na potwierdzenie swoich słów puściła ster. Thomas przekręcił przełącznik i znowu władzę nad samolotem przejął automatyczny pilot.

— Co skłoniło cię do tej pracy? — zapytał Thomas.

— Nuda — odrzekła Elena. — Lubię nowe wyzwania, podniesiony poziom adrenaliny.

— Dlaczego więc za każdym razem, kiedy cię widzę, siedzisz z nosem w książce?

— Bo książka ma niesamowitą moc. Potrafi zabrać cię w spaniały, wyimaginowany świat, pozwala przeżywać emocje wraz z bohaterami książki. Książka jest najbardziej uniwersalnym wynalazkiem ludzkości, bo nie potrzebuje prądu do działania. Możesz zabrać ją ze sobą wszędzie.

— Ja wolę film, bo film nie wymaga pobudzania wyobraźni, widzisz w nim wszystko, tak jak zaplanował twórca. A przecież większość filmów jest ekranizacją powieści.

— Ekranizacje powieści nigdy nie są wierne treści książki — odparła Elena. — Samego Hrabiego Monte Christo, jest wiele, a w każdej czegoś brakuje, albo wytną z treści najlepsze wątki, albo ważnych bohaterów, albo twórcy zmieniają fabułę. Autor zaś stworzył określone dzieło, a ktoś bez umiejętności usiłuje je ulepszać.

— Ale też poziom zainteresowania książką spada.

— Tak. Jednak Aleksander Dumas w roku 1855 za wydanie Hrabiego Monte Christo wybudował zamek[2] , a ilu ludzi w tym okresie miało dostęp do książki?

— Poważnie? — wyraźnie zdziwił się Thomas.

— Najpoważniej! A zapewne o owym okresie jeszcze mniej ludzi czytało niż obecnie.

— Byłem przekonany, że autorzy zostają sławni dopiero po śmierci.

— Nie znam ani jednego takiego przypadku.

Usłyszeli kroki nadchodzącego Johna. Elena wstała i przepuściła drugiego pilota, gdy wszedł. Thomas kilkoma łykami opróżnił kubek, a następnie podał go wychodzącej Elenie. Stewardesa wyszła zamykając za sobą drzwi.

John usadowił się na swoim miejscu. Obejrzał się, czy drzwi są dobrze zamknięte.

— Elena wygląda na trudną do zdobycia — rzekł ściszonym głosem.

— Nie znam się na kobietach — odparł szczerze Thomas. — Wystarczy mi moja żona i syn. Nie chciałbym nigdy ich stracić.

— Trzeba używać życia póki trwa — stwierdził John. — Czas upływa szybko i nie wiemy, co wydarzy się za chwilę.

— Używając kobiety szefa łatwo spaść na samo dno.

— Czego oczy nie widzą… ech,… za ten dzisiejszy lot ekstra, wyjadę na długie wakacje. Co sądzisz o Martynice ?

— Nigdy tam nie byłem.

— Może, więc zabierzesz rodzinę na wakacje? — zasugerował John.

— Zamierzam jak najszybciej spłacić dom, dlatego nieco oszukuję z czasem wolnym, aby wylatać jak najwięcej godzin.

— Otwórzmy tajemniczą walizkę… Może jej zawartość ustawi nas do końca życia.

— Za duże ryzyko — odrzekł Thomas. — Przesyłka może zawierać coś, co może nas zgubić.

— Nigdy cię nie kusiło żeby dobrać się do bagażu?

— Niestety, nie.

— Nie ma się, o co martwić — rzekł John. — Walizka jest pusta.

Thomas gwałtownie odwrócił głowę i spojrzał na kolegę.

— Monika pokazała mi walizkę, bo sama była ciekawa jej zawartości.

Lot dalej przebiegał zwyczajnie, bezproblemowo, do czasu aż obok samolotu pojawiła się inna maszyna. Dzisiejsze samoloty posiadają urządzenie lokalizujące, nazywane transponder, które uniemożliwia kolizję oraz informuje pilotów o zbliżającym się innym samolocie i oba urządzenia jednocześnie umożliwiają uniknięcie kolizji. W drugim samolocie najwyraźniej wyłączono owe urządzenie. Z tego też powodu John i Thomas dostrzegli maszynę dopiero w czasie kontaktu wzrokowego.

— Obok nas leci druga maszyna! — zawołał Thomas. — Pilot daje nam znaki.

— Jesteśmy zobligowani do lotu w wyznaczonym kursem. I nie przewozimy nic na tyle cennego, aby ktokolwiek pragnął nas przejąć.

Ktoś z kabiny drugiego samolotu dawał im znaki, żeby lecieli za nim. Piloci nie rozumieli o co chodzi i choć próbowali kontaktu przez radio, nikt im nie odpowiadał.

— Nie podoba mi się ta sytuacja! — zawołał Thomas. — Jest drugi samolot przed dziobem. Nie mogę zmienić kursu!

— On wyraźnie pokazuje, abyśmy lecieli za nim!

Thomas powiadomił stewardesy, aby zapięły pasy. Sprawdził, czy sam jest właściwie zapięty. W tym czasie John zapiął pas. Thomas wyłączył automatycznego pilota.

— Bon Voyage! — zawołał Thomas.

Gwałtownie przycisnął ster do przodu i jednocześnie zwiększył do maksimum obroty silników. Przemknęli pod maszyną lecącą przed nimi. Następnie Thomas, starając się lecieć zygzakiem, schodził w dół nabierając zawrotnej prędkości. Pilotował w taki sposób, jakby nie siedział za sterami pasażerskiego odrzutowca, a jakby prowadził myśliwiec. Następnie poderwał dziób do góry, a potem skręcił w prawo. Dostrzegł rakietę wystrzeloną w ich kierunku, a wtedy zanurkował ponownie. Rakieta namierzała wylot gazów silnikowych i leciała ich śladem. John spocił się z emocji, ale Thomas znajdował się w swoim żywiole. Odnalazł wzrokiem wrogie samoloty i ustawił dziób w kierunku jednego z nich.

— Posmakujcie tego! — zawołał.

Leciał kursem kolizyjnym i dopiero w ostatniej chwili zniżył dziób, aby przejść poniżej samolotu wroga. I tak jak przypuszczał Thomas, rakieta lecąca za nimi trafiła w samolot wroga. Nastąpił gwałtowny wybuch, a powietrze wypełnił huk eksplozji. Gdy tylko rozwiał się dym, z drugiej maszyny padły pierwsze strzały.

John i Thomas zostali wyznaczeni do lotu według ustalonej trasy, natomiast ich niesamowicie cenny ładunek nie mógł trafić w niepowołane ręce. Zapewne w efekcie próby nawiązania rozmowy, zjawiła się tajna eskorta lotu i nadlatujący samolot natychmiast otworzył ogień do przybysza. Jednak i z tej maszyny odpowiedziano ogniem z karabinów. Wiele kul trafiło w maszynę, którą prowadzili Thomas i John. W pewnym momencie kiedy piloci usiłowali zejść z linii ognia, zauważyli, że moc silników spadła. Odrzutowiec przestał reagować na wszelkie działania pilotów poruszającymi manetkami sterowania silnikami. Z podziurawionych skrzydeł paliwo lało się strugami. Piloci wyłączyli silniki, aby te nie zapaliły się od paliwa, które leciało wprost na nie. Bezpieczne wylądowanie stało się trudne do wykonania, ale tak John jak i Thomas posiadali odpowiednie doświadczenie i po wielu godzinach spędzonych w symulatorach posiadali teoretyczną wiedzę na temat lądowania w najtrudniejszych warunkach.

Obce samoloty zrobiwszy swoje odleciały.

Thomas postanowił wytracić wysokość i prędkość poprzez skrzyżowanie sterów wprowadzając tym samolot w lot boczny. Jego działanie przynosiło efekt, jakiego oczekiwał. Maszyna sunęła bokiem wolno tracąc wysokość i prędkość. Jednak nawet solidne przygotowanie na każdą sytuację nie pozbawiało emocji i obaj piloci spodziewali się tego, co może ich spotkać w czasie lądowania. Człowiek nie jest nigdy przygotowany na śmierć i walczy do ostatniej chwili, pomimo strachu i niesamowitego napięcia.

Ster nadal słuchał pilotów. Ziemia zbliżała się z każdą chwilą, ale piloci nie widzieli nawet kawałka wolnej przestrzeni do lądowania i dopiero widok niewielkiego terenu pozbawionego drzew pozwolił im spokojniej odetchnąć. Dotychczas słyszeli o jednym przypadku wylądowania w takich warunkach, kiedy nie wystąpiły ofiary. A ich działanie polegało na wyrównaniu lotu we właściwym momencie.

Czas jakby stanął w miejscu. Tym razem pot obficie skropił czoło Thomasa. Piloci zachowując opanowanie do ostatniej chwili precyzyjnie sadzali maszynę na skrawku wolnej przestrzeni, choć doskonale wiedzieli, że miejsca im zabraknie, bo rozpędzonych kilkanaście ton stali nie zatrzyma się na kilkuset metrach. Rozbrzmiały alarmy w kokpicie, a wiele lampek rozbłysło na kolorowo.

Jeszcze sto metrów, pięćdziesiąt, dziesięć i rozległ się ogromny huk gniecionej blachy, a wiele szczątków poleciało w różne strony, jednak kadłub pozostawał w całości, choć pogięty w różne strony, sunął z prędkością stu kilometrów na godzinę ku zwartej ścianie lasu. Teraz już nic nie zależało od ich działania.

 

[1] Powieść Aleksandra Dumasa.

[2] Wygrzebane w sieci.

Licencja: Creative Commons