"Intryga człowieka z blizną" jest kolejnym tomem opowiadającym o losach Alana w Świecie Haratii. Przedstawiam niepublikowany fragment.

Data dodania: 2020-04-22

Wyświetleń: 156

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

LITERATURA - KOMEDIA - DRAMAT

0 Ocena
Pobierz artykul

Licencja: Creative Commons

Intryga człowieka z blizną - fragment

Magnaci zbliżywszy się do króla, stanęli półkolem przed tronem. Dłuższą chwilę trwała niezręczna cisza. Atmosfera po obu stronach powodowała napięcie. Wreszcie wyznaczony do rozmowy Tęgomir zabrał głos:

— Panie, nasze finanse są na wykończeniu. Twe podboje nie przynoszą nam żadnych zysków, a interesy idą coraz gorzej.

Król skrzywił się i głośno chrząknął.

Następnie wystąpił Jelan, wysoki, słusznej postawy, mógł liczyć sobie czterdzieści pięć lat.

— Sprzeciwiamy się rządom opartym na podbojach…

— Dość! — zawołał król wstając ze swego miejsca. — Waszego króla macie szanować i słuchać w pokorze! Jeżeli więc usłyszę skargę, wówczas mówca straci język, a odcięty organ każę przybić do tablicy przed zamkiem!

Przestraszeni magnaci cofnęli się o krok. Oni stanowili podporę krainy i główne źródło dochodów królestwa, i liczyli na godniejsze traktowanie.

— Ktoś zamierza złożyć skargę? — zapytał mag Biezprym.

W sali panowała cisza.

— Skoro macie jakieś powody do narzekania — zabrał głos król i ponownie usiadł na tronie — podnoszę wasze podatki dwukrotnie! Z każdej osady przyślecie na szkolenie wojskowe wszystkich, którzy ukończyli piętnaście lat, a nie przekroczyli wieku lat pięćdziesięciu. Królestwo przejmuje na własność wszystkie statki kupieckie. Mamy jeszcze kilka ludów do podbicia.

— Co na takie stanowisko powiedziałby twój ojciec…? — spytał Tęgomir.

Król uśmiechnął się drwiąco. Nikt nie powinien zarzucać mu błędów.

— Czyżbyś mój drogi chciał wyrazić skargę? — spytał monarcha.

Kiedy kończył swoją wypowiedź, otworzyły się drzwi i wszedł Kryska. Mag mógł liczyć sobie lat sześćdziesiąt lub sześćdziesiąt pięć, mimo wieku zachował czarne włosy; postawny mężczyzna ubrany w czerwony strój z czarnymi wstawkami i wzorami. Długi płaszcz z kołnierzem stojącym na wysokość uszu sięgał do ziemi.

Kryska zbliżył się do tronu.

— Dobrze, że są magnaci — rzekł. — Musicie opanować bunt na północy kraju. Jakaś grupa rebeliantów skrywa się w tych terenach. A Gildia Łowczyń też winna zostać zniszczona!

— Od naszej ochrony oraz rozwiązywania takich spraw jest wojsko, na które płacimy podatki — odrzekł Tęgomir. — Podatki rozwiązują sprawę ochrony naszych dóbr!

Kryska obrócił się gwałtownie w stronę magnatów, jakby otrzymał siarczysty policzek.

— A w celach naszych lochów jest wiele pustych miejsc! — zawołał do magnatów. — Albo rebelianci w nich osiądą albo wy! Macie równy miesiąc, a teraz wynocha! Podejmijcie także kroki związane z eliminacją Gildii…

Magnaci ukłonili się i wyszli. W milczeniu zagniewani opuścili zamek. Zostali obrażeni ponad miarę, rozumieli wiele, ale nie potrafili zostać niewolnikami szalonego monarchy. Skoro nie zamierzał ich słuchać mieli inny plan. Udali się do podziemnych kwater, gdzie od dawna rezydowali przeciwnicy władzy obecnego króla. W owych podziemiach za sprawą magów nie istniała magia.

— Co poczniemy? — spytał Tęgomir. — Szwontus zrujnował już niemalże całe królestwo!

— I co nam czynić! — zawołał Wrosław. — Interesy nie funkcjonują, a w ten sposób szybko przejemy swoje majątki przy tak wysokich podatkach!

Ich sytuacja nie wyglądała ani najlepiej, ani dobrze. Wydatki na zabawy i zamierzenia monarchy rujnowały ich od lat. Teraz jeszcze nawet nie mieli się komu poskarżyć, a dodatkowo król zamierzał się nimi wysługiwać.

— Uciekajmy zatem! — zabrał głos magnat Przybor. — Są inne królestwa w naszym świecie, gdzie można żyć spokojnie i prowadzić uczciwie interesy! Każdy zabierze swoje pieniądze i klejnoty…

Słowa te wprowadziły ogromne poruszenie. Rozpoczęły się przekrzykiwania i kłótnie. Wreszcie jeden drugiego zaczął uciszać, bo taki sposób prowadzenia rozmów do niczego nie prowadził. Dopiero wejście na salę dwóch magów, którzy szkołę magiczną ukończyli niedawno, zaprowadziło zupełną ciszę. Nosili niebieskie szaty magów-nowicjuszy, czyli proste suknie sięgające do ziemi. W dłoniach ściskali laski maga. Pierwszy Suligost wysoki szczupły blondyn dzierżył laskę, której kula miała kolor zielony. Drugi Wysław o głowę niższy od kolegi, równie szczupły blondyn, posiadał laskę z kulą w kolorze turkusowym.

— Dokąd się udamy? — zainteresował się Tęgomir.

— Najbliższym rozwiniętym lądem jest Królestwo D’Ariji — oświadczył Suligost. — Zabierzemy na statki rzemieślników, drobnomieszczaństwo i chłopów, ilu tylko się da. Dysponujemy flotą handlową w postaci dwustu pięćdziesięciu statków. Będzie ciasno i żegluga upłynie w trudnych warunkach, bo statki załadujemy do granic możliwości. Zabierzemy ludzi i żywność.

— Statki zabezpieczymy magiczną ochroną — dodał Wysław. — Jeżeli Yoanaos nam sprzyja… dotrzemy cali.

Po ich wypowiedziach zapadła dłuższa chwila milczenia. Urodzili się w Blodoryndii i tutaj mieli swoje domy. Tworzyli tradycję i styl życia. Należeli do ludzi uczciwych i pragnęli jedynie wykonywać wszystko, co robili do tej pory, czyli handlować, prowadzić swoje interesy.

— Czyj to plan? — zapytał Tęgomir.

— Plan ten ujawnił się naszemu przełożonemu, szanownemu magowi Bolemyslowi — odrzekł Wysław. — Bolemysl jest oddanym sługą Yoanaosa, co można zauważyć po kolorze jego laski!

— Zatem nie traćmy czasu… — rzucił Tęgomir.

☆☆☆

  Kryska właśnie zebrał magów z królewskiej szkoły magii Blodoryndii. Wszyscy magowie i uczniowie usiedli na ławach w sali tronowej. Zamierzał do nich przemawiać, ale nie zdążył otworzyć ust, bo właśnie błysnęło białe światło i na środku sali stanęła Divala. Jej oblicze ukazywało gniew, a oczy ciskały błyskawice przy każdym spojrzeniu.

— Kim chcecie rządzić głupcy?! — zawołała nie kryjąc oburzenia.

— O czym mówisz? — zainteresował się Kryska.

— Próbowaliście wycisnąć z poddanych więcej niż mogli dać, a ci porzucili swe majątki, zabrali dużą część poddanych, aż wreszcie wyruszyli na statkach szukać schronienia w królestwie D’Ariji — zawołała Divala.

— Bajki opowiadasz! — żachnął się Szwontus. — Żaden poddany nigdy nie miał żalu za odpowiednią liczbę batów!

Divala podeszła, zatrzymała się na kilka centymetrów przed nim i pochyliła się nad siedzącym.

— Co z ciebie za król? — zapytała Divala. — Czyżbyś zmysły postradał do końca?

Szwontus poczuł się urażony.

— Ciekawym, kto z nas postradał zmysły? — odrzekł buńczucznie Szwontus.

Divala cofnęła się o kilka kroków, pstryknęła palcami, a król jak rażony gromem wyskoczył ze swego tronu i poleciał do góry, a następnie zataczając łuk spadł na posadzkę, boleśnie się obijając.

— Masz jeszcze jakieś uwagi błaźnie?! — zapytała Divala. — Chyba zapomniałeś, że nie rozmawiasz ze swoim przygłupim kuzynem Kryską, a z przedstawicielką D’Evidiara! Wasi uciekinierzy otrzymali ochronę Yoanaosa! Nikt z nas nie odnajdzie ich lokalizacji. Omijając w jakiś sposób naszych piratów niedługo zacumują u celu. Straciliście nie tylko podatników, ale i statki, jakże cenne w naszej sytuacji!

Kryska okazywał opanowanie. Nie upokarzały go słowa dziewczyny.

— Potrzeba nam dwóch lub trzech lat na ukończenie dzieła — rzekł. — Jednocześnie musimy bronić naszych pozycji na zajętych lądach. Jeżeli żołnierze dowiedzą się o ucieczce ich rodzin z Blodoryndii i że znajdują się oni pod opieką naszych wrogów, przestaną nam służyć, i opuszczą nas w najmniej oczekiwanej chwili. Radźmy, więc jak ratować, co nam zostało!

— Radzenie nie wiele korzyści wam przyniesie — stwierdziła Divala. — Weźcie się do działania głupcy!

— Jest nas za mało na wykonanie wszystkiego samodzielnie — odrzekł Kryska. — Czy więc w tej sytuacji nasz pan, D’Evidiar nie mógłby, okazując swoją nieskończoną potęgę, przywrócić moich utraconych mocy magicznych?

— W tej sytuacji może i mógłby, pomówię z nim — powiedziała Divala. — Sprawdźcie jak miewa się nasz więzień, niedoszły następca tronu Blodoryndii, książę Rasław. Oby rebelianci nie dowiedzieli się o nim, gdyż wtedy znajdą sposób, aby go wydostać.

Błysnęło białe światło i Divala znikła.

☆☆☆

Magnaci wraz z inną szlachtą i wieśniakami płynęli na dwustu pięćdziesięciu statkach ku Krainie D’Ariji. Jakby z pomocą nadprzyrodzonych mocy mieli wciąż wiatr skośnie od rufy. Podróż całej flotylli zajęła trzy tygodnie i statki bezpiecznie zawinęły do nowego portu przy stolicy w królestwie D’Ariji.

Zjawienie się w porcie tak dużej ilości statków wzbudziło ogromne zaciekawienie ludności, wojska, magów i króla. Największe zainteresowanie sprawił brak bander na statkach. Bernard więc, na królewski rozkaz, zebrał osiem tysięcy Rycerzy Niebieskiej Gwardii Yoanaosa i przybył do portu.

Magnaci poprosili Bernarda o możliwość widzenia się z królem Loganem. Bernard dostrzegłszy w tym jakieś niesamowite zdarzenie, odprowadził delegatów do króla. Jelan, Tęgomir i mag Bolemysl, mężczyzna siedemdziesięcioletni, odziany w żółto białą szatę sięgającą do ziemi, spiętą czarnym skórzanym pasem na biodrach, dzierżący w dłoniach laskę, której kula miała kolor różowy, zostali zabrani powozem przysłanym przez króla Logana. Wraz z gośćmi w karecie miejsce zajął mag Hektor. Nikt nie rozmawiał, nie zadawano żadnych pytań.

W kwadrans stanęli przed obliczem króla w sali tronowej, gdzie na czas rozmowy zostało tu wezwanych dziesięciu Rycerzy Niebieskiej Gwardii, Ravena zjawiła się również w stroju rycerskim, oraz dziesięciu najwybitniejszych uczniów szkoły magicznej słuchało rozmowy.

Król z ciekawością przyglądał się orszakowi. Goście ukłonili się królowi.

— Panie — przemówił Bolemysl. — Wszyscy jesteśmy uchodźcami z Blodoryndii. Za poprzedniego władcy Edmunda Twardorękiego nikt, żaden mieszkaniec Blodoryndii, na nic nie mógł narzekać. Ostatnie jednak lata skłoniły nas do postawienia się królowi, który odebrał ludziom niemalże wszystko. Dlatego uradziliśmy z magnatami, że uciekniemy i poprosimy ciebie Loganie o azyl.

Hektor podszedł do maga i wyciągnąwszy ręce nad głowę Bolemysla stał tak przez chwilę. Potem uczynił to samo z pozostałymi. Wreszcie się cofnął i podszedł do króla wymieniając z nim spojrzenie.

— Jest nas wszystkich łącznie sześćdziesiąt tysięcy — kontynuował Bolemysl. — Mężczyźni, kobiety, dzieci, magnaci, szlachcice, drobnomieszczaństwo, rzemieślnicy i chłopi. Przybyliśmy tu służyć tobie panie, magnaci i szlachta chcą prowadzić interesy, i płacić podatki. Rzemieślnicy także, chłopi chcą pracować. A nieliczni magowie w służbie u Yoanaosa zostaną pod twymi rozkazami.

— Ojcze — zabrała głos Ravena. — Rejs za nimi długi, a na statkach są kobiety i dzieci…

Król powiódł wzrokiem po twarzach gości. Współczuł im w pełni, ale decyzja na tak poważnym szczeblu nie należała do niego.

— W pierwszej kolejności dostaniecie świeże owoce i cydr — zdecydował król. — Do wieczora poinformujemy was o decyzji.

Goście ukłonili się monarsze.

— Dziękujemy Loganie — rzekł Bolemysl.

— Bolemysle — zagadnął Hektor. — Przed wielu laty razem kończyliśmy szkołę magii. Zawsze stałeś po stronie Yoanaosa, dlatego pozwól, aby decyzja pochodziła od niego, a nie od nas.

— Tym bardziej się zgadzam! — przyznał Bolemysl.

Goście odwrócili się i zamierzali odejść, uczyniwszy już po kilka kroków, gdy do sali tronowej wszedł uczeń szkoły magicznej, podszedł do króla i wręczył mu zrolowane pismo.

Król zerknął na rulon i pieczęć przedstawiającą profil twarzy żebraka w kapturze.

— Zaczekajcie! — zawołał. — Zdaje się, otrzymaliśmy odpowiedź wcześniej niż na nią liczyliśmy.

Goście znów podeszli bliżej.

— Raveno odczytaj proszę pismo — zwrócił się do niej ojciec.

Licencja: Creative Commons