"Nigdy nie kop kangura" - tytuł trzeciego tomu powieści o mieszkańcach wyspy Eden. Kangur jest mistrzem kopania. Poniżej umieszczam część prologu.

Licencja: Creative Commons

Data dodania: 2020-04-21

Wyświetleń: 145

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

LITERATURA - KOMEDIA - DRAMAT

0 Ocena
Nigdy nie kop kangura - fragment

Prolog I. Tajemnicze miejsce.

Ocknąwszy się uczułem silny ból w okolicach potylicy, dotknąłem bolącego miejsca i odnalazłem solidnego guza, a po krótkiej chwili stwierdziłem, że miałem przerwę w życiorysie. Rozejrzałem się wokół. Świat skrywał się w gęstej mgle, której wzrok nie potrafił przebyć, wszędzie panowała cisza i nie występowała żadna woń, a ja siedziałem oparty plecami o swój samochód. Stanąłem na nogach. W samochodzie dojrzałem przez zaparowane szyby zarysy ludzkiego ciała. Rozpoznałem w niej swoją żonę. Otworzyłem drzwi i usiadłem za kierownicą obok niej. Kasia pogrążała się w błogim śnie i ten niesamowicie słodki widok odsunął ode mnie wszelkie wątpliwości i pytania. Spoglądałem na żonę w milczeniu. Po chwili otworzyła oczy i spojrzała na mnie. Instynktownie przytuliłem ją do siebie. Oprzytomniała i mocno przytuliła mnie, aż wreszcie uniosła głowę i rozejrzała się przytomnie.

— Gdzie jesteśmy? — zapytała Kasia ziewając.

Nagle uprzytomniłem sobie, że ja śpię. Wokół otaczała nas gęsta mgła. Przebywaliśmy w nieznanej okolicy i nie pamiętałem, w jaki sposób tutaj się znalazłem.

— Nie wiem, może odbywa się dalsza część gry, w której oboje bierzemy udział. Skąd się tu wziąłem? — odpowiedziałem mimowolnie. — Ktoś mnie zaatakował i zamroczył? Gdzie jest Ula?

— Od chwili porwania trzymano nas w jakiejś melinie — powiedziała Kasia. — Nie potrafię powiedzieć gdzie jest obecnie Ula, ale dalej bierzemy udział wydarzeniach bez własnej zgody. Ula przebywała ze mną do ostatniej chwili, lecz teraz nie potrafię powiedzieć, co tu robię.

Jakiego porwania? O czym ona mówi? — pytałem w myślach.

— Spadajmy stąd — zdecydowałem.

Przekręciłem kluczyk w stacyjce, co okazało się bezowocnie, spróbowałem jeszcze dwa razy, bez skutku. Wyszedłem z samochodu i otworzyłem maskę, lecz na pierwszy rzut oka nie znalazłem żadnego defektu. Choć nie zaliczałem się nigdy do ciemniaków z dziedziny mechaniki samochodowej, jednak zabudowany plastikowymi elementami silnik niewiele mi powiedział. I tak naprawdę widziałem go po raz pierwszy. Różne wiązki kolorowych przewodów elektrycznych biegły we wszystkie strony pod mniejsze lub większe pokrywy wykonane z tworzyw sztucznych i tyle mogłem zobaczyć.

Kasia wyszła z samochodu.

— O co chodzi? — zapytała w sumie bez żadnego zainteresowania.

— Nie wiem — odrzekłem szczerze.

— Może drugi samochód? — zasugerowała.

Spojrzałem na drugie auto. Kasia podeszła do niego pierwsza.

— Drzwiczki są zamknięte — stwierdziła.

W tym czasie powiodłem wzrokiem po śladach na piasku prowadzących od samochodów gdzieś we mgłę. Zapewne nasi przyjaciele poszli poszukać jakiejś pomocy, tylko dlaczego nas tu zostawili?

— Co jeśli ktoś wróci? — spytałem.

— Zostawimy wiadomość — odrzekła z uśmiechem.

Czerwoną szminką napisała na przedniej szybie:

Poszliśmy po śladach

Po chwili trzymając się za ręce ruszyliśmy przez mgłę. Świat wokół mienił się jakiś szary, pozbawiony wszelkich barw, a wokół wszystko otaczała gęsta mgła. Po kilku krokach odwróciłem się za siebie. Mgła skryła samochody. Ślady naszych przyjaciół prowadziły dalej we mgłę. Ponure otoczenie wprowadzało atmosferę podenerwowania. Wokół panowała idealna cisza. Szliśmy przez las, a nie słyszeliśmy głosów leśnego ptactwa. Do naszych uszu nie dochodził nawet szum gałęzi. Jedynie przed nami na małej przestrzeni otwierała się piaskowa droga. Kasia zamyślona szła trzymając mnie pod rękę, a mnie zdawała się dziwnie apatyczna. Uwagę moją przykuł dziwny dźwięk, jakby ciche skradanie się obok mnie. W pierwszej chwili pomyślałem, że nadchodzi ktoś z moich przyjaciół, lecz nagle rozległo się wycie wilka.

Wilk w Australii? — pojawiło się pytanie w moich myślach. — Dlaczego właśnie w Australii? Skąd wiem, że jestem w Australii?

Zaskoczyła mnie reakcja Kasi, która nagle podskoczyła do góry i zawisła na mojej szyi. Odruch ten nie należał do zwyczajnych zachowań mojej żony, a jednocześnie blokował mi możliwość obrony, bo oboma rękoma trzymałem Kasię. Opuściłem ją na dół, a następnie odsunąłem dłonią na bok i spróbowałem chwycić w dłoń rękojeść mojego pistoletu, ale nie posiadałem go! Nerwowo oboma dłońmi spróbowałem odnaleźć pistolet. Niepokój ogarnął mój umysł. Nie byłem gotowy nawet do samoobrony, a nawet obrony! Nigdy nie mogłem pokazać własnej bezsilności przy żonie, bo wtedy mogłyby zrodzić się w jej głowie myśli o rozwodzie.

Wycie ucichło nagle tak jak się zaczęło i znowu naszej wędrówce towarzyszyła cisza.

— Ta sytuacja mi się nie podoba — zagadnęła Kasia. — Pierwszy raz w życiu widzę tak ponure otoczenie.

Gwałtownie się zatrzymała. Spojrzała pod swoje stopy, a potem zrobiła krok do przodu.

— Nasze kroki są niesłyszalne! — stwierdziła. — Gdzie my jesteśmy?

Zadałem sobie podobne pytanie.

Czułem drżenie Kasi. Czyżby się czegoś obawiała? A może nie poznałem jej do końca? Jednak pomimo tego wszystkiego, co tu się zdarzyło i co się jeszcze zdarzy, powinienem okazywać zdecydowanie na każdym kroku, bowiem kobiety takie jak Kasia, pociągają mężczyźni, którzy wiedzą, czego chcą od życia, umiejący się odnaleźć niezależnie od sytuacji.

— Ludzie… — szepnęła ledwie dosłyszalnie moja żona.

Właśnie wtedy dostrzegłem przed nami zarysy jakiejś starej chaty. Wraz z kolejnymi krokami mgła rzedła, a przed nami ukazały się kontury osady, o ile można ją tak nazwać. Dachy nędznych, drewnianych zabudowań pokrywała słomiana strzecha. Wszystko pozostawało szare i bez wyrazu, ten przykry kolor miało nawet niebo. Szczególną uwagę zwracały czarne wnętrza okien.

Co za dziwne miejsce i gdzie my jesteśmy? — pytałem w myślach.

Na werandzie którejś kolejnej chaty dostrzegłem jakiegoś mężczyznę rozpostartego na bujanym fotelu. Zdecydowanie poszliśmy w jego kierunku, lecz nasze nadejście zupełnie nie przyciągnęło uwagi tubylca nawet wtedy, gdy zatrzymaliśmy się na dwa kroki przed nim. Bujał się na fotelu, co raz puszczając dym z fajeczki.

— Przepraszam, czy pan może mi powiedzieć, gdzie jesteśmy? — zapytałem.

— Tak — odrzekł ujmując na chwilę fajkę w dwa palce.

Następnie wrócił do palenia spoglądając w jakiś punkt.

Odwróciliśmy się i poszliśmy przed siebie. Przez chwilę nie rozumiałem krótkiej rozmowy z apatycznym tubylcem, aż wreszcie zdałem sobie sprawę, że on wyczerpująco odpowiedział na moje pytanie. Może niezwykle bezpośrednio, bowiem poprawna odpowiedź powinna brzmieć: tak albo nie.

Nagle wszystko się rozmyło i przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.

Licencja: Creative Commons