Fragment drugiego rozdziału powieści "Alan w cieniu bohatera". Mapa ukazuje królestwo D'Aria w Świecie Haratii, którego dotyczy cały cykl powieści. Ukazuje godność i honor rycerzy, którzy służą dobremu bogu Yoanaosowi, walcząc z pozbawionymi skrupułów sługami złego boga D'Evidiara.

Data dodania: 2020-04-19

Wyświetleń: 147

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

LITERATURA - KOMEDIA - DRAMAT

0 Ocena
Pobierz artykul

Licencja: Creative Commons

Krzysztof Dmowski - Alan w cieniu bohatera - fragment.

Z daleka dostrzegli wioskę położoną w otoczeniu zieleni lasów. Obok rozciągały się pola uprawne, gdzie dojrzewało falujące na wietrze zboże. Po długiej wędrówce dobrnęli do piaskowej żółtej drogi, aż wreszcie skierowali się do zabudowań nędznej osady. Brzydkie, walące się chaty wyglądały jak rozwalające się szałasy. Niegdyś ściany zostały zbudowane z solidnych drewnianych bali, dziś spoczywały powykręcane w różne strony od słońca i wilgoci. Wokół domostw widniały ślady zaniedbanych ogródków. Zagony pokrywały chwasty i szczątki dawnych roślin. Wyraźnie dało się zauważyć, że mieszkańcy osady klepią biedę lub są bardzo leniwi. Chłopi, przeważnie starsi mężczyźni daleko po czterdziestce, o bosych stopach, z włosami w nieładzie, ubrani w znoszone, często łatane, różnorodne stroje, zebrani gromadnie stali w centrum osady przy studni i złowrogim spojrzeniem witali nadchodzących. Nieco dalej wokół domów Alan i Karia widzieli młodych chłopców poniżej piętnastego roku życia. Dzieci zachowywały się jak drętwe, nieruchome, w czym również tkwiło coś dziwnego. Alan przywykł do widoku rozkrzyczanej dzieciarni, szczególnie do tego, że dzieci są żywe jak płynne srebro, nie jak zastygły posąg. Czuł się tu bardzo nieswojo. Także nie znał się na rolnictwie, lecz zdawał sobie sprawę z tego, jak ciężką jest praca na roli. Rozmyślał nad zachowaniem mieszkańców, dlaczego w ciepły słoneczny dzień, zamiast zajmować się pracami gospodarskimi, stali zebrani przy studni? Gdy tylko podeszli bliżej, natychmiast zostali otoczeni przez tubylców.

— Karia, kim on jest? — spytał naczelnik wioski, drewnianą łyżką wymachując niczym buławą. Jego pospolita twarz wyrażała niechęć. Zapewne wybiegając z domu, oderwany od posiłku, zaintrygowany przybyszem zapowiedzianym przez pierwszego wieśniaka, który zauważył nadchodzących, zapomniał ją odłożyć.

Karia nie ukrywała zaskoczenia chłodnym powitaniem. Chłopi po raz pierwszy tak zareagowali na jej wizytę. Zazwyczaj przyjmowano ją gościnnie i często zapraszano na skromny posiłek, a raczej bardzo skromny posiłek, choć dawali co tylko mieli.

— Uratował mi życie i potrzebuje pomocy — odrzekła, nie okazując cienia rozczarowania.

Słowa dziewczyny poruszyły zebranych.

— Tylko sługa króla albo szpieg ma odwagę odwiązać ofiarę Czarnych Fraków! — zauważył naczelnik.

Czyżby górę brała obawa przed Uzurpatusem za udzielenie azylu osobie poszukiwanej? — rozważała Karia i kierując wzrok w kierunku naczelnika osady, głośno wyraziła swe przekonanie:

— Każdy z was mógłby wykonać taki czyn, gdybyście przez chwilę przypomnieli sobie, że jesteście mężczyznami! Widzieliście mnie w pułapce i zostawiliście! On jest prawdziwym mężczyzną — wskazała na swojego towarzysza.

Alan poczuł się dowartościowany, usłyszawszy pochwałę z ust tak pięknej istoty. Wiele rzeczy w życiu wychodziło mu niezbyt doskonale i lubił, gdy ktoś od czasu do czasu pochlebnie o nim coś powiedział.

Zabrakło słów wygadanej Karii. Niespokojnym wzrokiem ogarnęła grupę wieśniaków. Oczekiwała większych wyrazów sympatii. Chociaż tak liczne powitanie mogło dać dziewczynie do myślenia już wcześniej. Dopiero teraz zaczęła się zastanawiać. Czyżby chłopi mieli coś wspólnego z pułapką?

— Każdy z nas jest mężczyzną — odrzekł niepewnie naczelnik. — Cóż możemy zrobić? Jesteśmy gnębieni, a król nie zapewnia ochrony. Zabrał nam prawie wszystkie zwierzęta pociągowe. Coraz trudniej obrabiać nasze pola. Natomiast ludzie tacy jak twój ojciec marzą o powrocie do czasów króla Logana!

Rozpacz wieśniaka nie zrobiła na Karii wrażenia. Miała rolników za tchórzy i zauważała słuszność w słowach ojca: o wolność należy walczyć! Wychowana w takim przekonaniu, uznawała honor, słuszne działanie i poświęcenie dla dobra sprawy.

— Czekajcie, aż ktoś odwali za was całą robotę! — orzekła podniesionym głosem.

Wypowiedź wywołała lawinę gorzkich westchnień.

— Nie mieszkasz w wiosce. Nie masz dzieci. Nie wiesz, co mówisz! — tłumaczył naczelnik.

W mniemaniu Karii naczelnik także niewiele wiedział o tym, o czym mówi. Troska o rodzinę przez akceptację biedy i ciągłego poniżania nie stanowiła żadnego rozwiązania tej sytuacji.

— Tylko sługa króla ubrałby się jak ten błazen. Na stos z nim! — zawołał któryś z chłopów.

Podłą atmosferę odczuwali wszyscy. Uparci wieśniacy zamierzali rozwiązać problem po swojemu:

— Zabić szpiega! — padło z tłumu.

Kobiety także zaintrygowane kolegą Karii stały na uboczu, dopingując mężczyzn.

— Na stos, przypiec go! — wołali inni.

Karii opadły ręce, słuchała i patrzyła z niedowierzaniem. Oczy dziewczyny ukazywały rozpacz i rozczarowanie. Jeszcze wczoraj miała tych ludzi za przyjaciół, dziś wyjawili swe prawdziwe oblicze nędznych panikarzy.

— W odwecie za zabicie posłańca swojego człowieka, Uzurpatus wymordowałby kilka wiosek! — zawołała Karia, jednocześnie zasłoniła sobą Alana, ale nie uchroniła tym jego głowy przed kurzym jajkiem ciśniętym dłonią jednej z gospodyń stojących w gromadzie na uboczu.

— O kurde! — jęknął, dotykając dłonią miejsca, gdzie spływała gęsta maź.

Drugi raz został uderzony w ciągu jednego dnia. Czy może być gorzej? Nie docenił wyniosłości gestu, gdyż w tym miejscu jajko należało do rzeczy drogich i luksusowych. Miał dużo szczęścia, że chłopka nie trzymała w ręku akurat kamienia.

— Karia odejdź, obcy zginie! — zdecydował naczelnik.

Dlaczego chciano go zabić? Zabić? — zdębiał, rozumiejąc intencję. Strach na dłuższą chwilę sparaliżował ruchy młodzieńca. Zadrżał, nogi ugięły się pod nim. Zbladł i stracił mizerną resztę pewności siebie. Los Alana zależał obecnie od kilku nieobliczalnych wieśniaków oraz poznanej przed chwilą zuchwałej dziewczyny. Alan stał niezdecydowany, odzyskując panowanie nad swoim ciałem, niespokojny, przejęty niesmakiem i wielce skłonny do ucieczki. Przecież wieśniacy nie wyrządzą krzywdy Karii. Pocieszał się tą myślą, że niewiele mógł zdziałać.

— Nie! — sprzeciwiła się dziewczyna. — Nie zginie i odejdzie, jak przyszedł. Co powoduje wasze zachowanie? — pytała zrozpaczona.

— Obcy wygląda podejrzanie — oznajmił groźnie naczelnik. — Nasze postępowanie jest słuszne.

Naczelnik należał do ludzi niezbyt charyzmatycznych i jego wypowiedziom brakowało pewności siebie, ale królewski posłaniec, wedle swego uznania wybierał przedstawicieli osad.

— On przyniesie nam kłopoty. Zobacz, jak wygląda — dorzucił inny.

Karia, posiadając swą przewagę nad grupą chłopów, odzyskała pewność siebie i zdecydowanym głosem kontynuowała:

— Dlaczego się go boicie? Czy kiedykolwiek któryś z was przestanie swą postawą obrażać mężczyzn?

Wieśniacy zacieśnili krąg. Ich złowrogie spojrzenia przejawiały złą wróżbę. Alan odwrócił się gwałtownie szturchnięty w plecy trzonkiem wideł. Napotkał gniewne spojrzenie wątłego chłopa, który miną nadrabiał wszelkie swoje niedoskonałości, jednak milczał. W tej niecodziennej sytuacji rozsądek podpowiadał, aby nie stwarzał nowych konfliktów, a w przyszłości, kiedy niektóre rzeczy zrozumie, wtedy będzie mógł tu wrócić i podjąć działanie.

— Każdy z nas odsłużył swoje u króla — uzasadniał wzburzony naczelnik. — Ta służba zmienia ludzi. Niektórzy czuli radość z mordowania rolników, aby po latach zostać rolnikami. Dziś mamy swoje rodziny i boimy się o własne bezpieczeństwo. Nigdy nie widziałaś małego dziecka, płaczącego przy zabitej matce!

Karia nie rozumiała chłopów, bo inaczej wiele słuszności dostrzegłaby w słowach naczelnika. Nigdy nie widziała dziecka płaczącego przy zabitej matce, nigdy nie była świadkiem zbrodni dokonywanych przez Czarne Fraki na mieszkańcach wiosek. Nie głodowała, po tym, jak Czarne Fraki odbierały wieśniakom całą żywność i nie musiała się obawiać, że za krzywe spojrzenie na rycerza spłonie jej dom.

— Żałosne tłumaczenie! — zawołała Karia. — Ukazujesz swoje prawdziwe oblicze tchórza.

— Tylko sługa króla może chodzić bezkarnie i robić wszystko wedle własnego upodobania — wtrącił inny wieśniak. — Widziałem jak na drodze Rycerz smagnął go batem. Bo również służy królowi i dlatego urządzili pokaz!

Obecny król Żegota, zwany: Uzurpatusem, nieufny wobec poddanych albo też zwiedziony sprzecznymi relacjami szpiegów, wielokrotnie wystawiał jakiegoś człowieka, żeby został pobity na oczach wieśniaków, którzy solidarnie nim się zaopiekowali, a ten dla króla szpiegował. Tym właśnie chłopi motywowali swoje postępowanie, aczkolwiek nie musiało być wcale uzasadnione wymienionym faktem. Alan, człowiek zupełnie obcy, mógł stworzyć problemy, a chłopi obawiali się popsuć stosunki z władzą i tylko szukali pretekstu na usunięcie intruza. Co w oczach władz mogło ukazać ich za bohaterów.

Karia podeszła i stanęła przed wieśniakiem.

— Stałeś i patrzyłeś? — zapytała zadziornie. — Nigdy nie poszedłeś na służbę do króla!

Wieśniak odwrócił wzrok. W tym świecie bycie mężczyzną mogło wiele kosztować każdego mieszkańca.

— Wolałbym codziennie dostawać batem po głowie, niż być okradanym przez sługi króla ze wszystkiego, co zdołam uzbierać!

Ze słów, które usłyszała Karia, wnioskowała, że rozmawiano o Alanie. Musiało nastąpić jakieś niesamowite zdarzenie, bowiem chłopi, czasem gościnni, nagle zmienili swe podejście. Któryś z wieśniaków musiał widzieć, jak Alan uwolnił Karię i spodziewając się, że dziewczyna przyprowadzi go do wioski, natychmiast poruszył ten temat w gronie pobratymców. Wioska Nawoj leżała najbliżej miejsca zdarzenia, oddzielona ogromnym lasem od posterunku Czarnych Fraków na cyplu najbardziej wysuniętym na północ. Ta osada znajdowała się najbliżej jej domu.

— W Dolinie Czarnego Kamienia nauczono mnie pokory — odpowiedział wieśniak po dłuższej chwili milczenia. — Zabijmy obcego!

Karia zmarszczyła brwi. Wyszedł za życia z kopalni? Ktoś sprzedany do kopalni nigdy nie wracał żywy. Nikt z obecnych nie zareagował na słowa tego wieśniaka. Wypuszczono go z kopalni za cenę szpiegowania dla króla. Królewski sługus mieszkał w wiosce, rzekomo przeciwstawionej królowi i właśnie podburzał mieszkańców, ale w jakim celu tak czynił? Dziewczyna powiodła wzrokiem po osadzie. Dostrzegła kilka nowych wideł, grabi, a także ujrzała pod stopami ślady wozu, które prowadziły do chaty naczelnika, przed którą leżało kilkanaście wypchanych worków. Wszystko zrozumiała i dostała gęsiej skórki. Wioska za pośrednictwem podżegacza, sprzedała się królowi za kilka worków zboża oraz kilkanaście nowych sprzętów! Dla biednych wieśniaków królewski dar stanowił ogromną odmianę. Oboje powinni szybko stąd uchodzić, bowiem znajdowali się w poważnym niebezpieczeństwie. Karia przyprowadziła tutaj Alana, mniemając, że znajdzie schronienie dla niego, a może nawet ubranie, które nie będzie wyróżniało go od innych. Teraz musi szybko porozmawiać z ojcem, o zmianach w wiosce, położonej najbliżej ich domostwa.

— Nie poddam się dobrowolnie królowi! — rzuciła. — Od dawna usiłuje mnie zniewolić i zabrać na zamek. Sprzeciwiam się jego nakazom czy zakazom. Jestem wolna!

Zmieszany naczelnik, utkwił wzrok w ziemi i ledwie wybełkotał:

— Mieszkasz w lesie! Z dala od świata. Nie widujesz na co dzień Czarnych Fraków!

Przecież wieśniacy mogli porzucić wioskę i zamieszkać w lesie. Tam nikt by ich nie znalazł, mogliby śmiało szlifować sztukę fechtunku, żeby w odpowiedniej chwili postawić się władcy.

— Przyprowadziłam go tutaj, jestem winna mu życie — oświadczyła zdecydowanie Karia. — Odejdzie stąd! Czy mnie też zabijecie, bo mam odwagę i tym się od was różnię?!

Wieśniacy żywiej spojrzeli na córkę znachora. Zuchwałe słowa podgrzewały atmosferę, dopiekając chłopom do żywego. Po raz kolejny zostali obrażeni przez byle dziewkę! Miała szczęście, że jej ojciec leczy chorych, inaczej obojga pochowaliby obok siebie w lesie, nieopodal wioski.

Licencja: Creative Commons