Rozdział pierwszy powieści "Nic do stracenia", specjalny zespół policji ma wyjaśnić serię zbrodni dokonanych na ludziach, którzy mieli szansę ujść wymiarowi sprawiedliwości ludzkiej.

Licencja: Creative Commons

Data dodania: 2020-04-14

Wyświetleń: 144

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

LITERATURA - KOMEDIA - DRAMAT

0 Ocena

Rozdział I. Nowy komisarz.

Zbrodnia powstaje, gdy nie ma kary.

 

Centrum miasta od rana otaczał kordon policjantów. Mrugały na niebiesko sygnały świetlne radiowozów otaczających ulicę, która prowadziła do miejsca zbrodni, zbrodni, którą wielu obserwatorów chętnie nazwałoby: wymiarem sprawiedliwości, bo kiedy wymiar sprawiedliwości zawodzi…

Zrobiono przejazd dla czerwonego, średnich rozmiarów samochodu, którym jak się domyślano na miejsce zdarzenia przybył nowy komisarz. Kierowca nadjeżdżającego samochodu przez otwarte okno wystawił jedynie dłoń zaciśniętą na policyjnej legitymacji. Czerwone autko zatrzymało się przed rozciągniętą wokół miejsca zdarzenia taśmą z napisem: Policja.

Policjanci z Komendy miejskiej w Starych Dębach z zaintrygowaniem spoglądali na przybyły pojazd, ciekawi osoby nowego komisarza, którego przysłał tu generalny inspektor. Wreszcie otworzyły się drzwi i oczom obserwujących ukazały się stopy obciągnięte beżowymi rajstopami wciśnięte w czarne buty na wysokim obcasie. Wielu skrzywiło się na myśl, że będzie nimi dowodziła kobieta.

Tymczasem dziewczyna wysiadła z samochodu, a wszyscy obserwatorzy jakby zapomnieli gdzie się znajdują i bezwiednie spoglądali na smukłą niczym trzcina, wysoką o idealnej figurze klepsydry, brunetkę, której włosy luźno opadały na ramiona. Nie mogła mieć więcej niż trzydzieści lat. Czarna, krótka, żeby nie powiedzieć: króciutka spódnica i obcisły czarny żakiet okrywały jej idealne ciało. Powiesiła na ramieniu małą torebkę i zdecydowanie ruszyła ku miejscu zdarzenia. Na szyi błyszczała zawieszona na łańcuszku jej odznaka. Każdy jej krok przypominał chód modelki, wyprostowana stawiała nogę za nogą.

Na dziewczynę oczekiwał szczególnie zespół brygady specjalnej, który ona wybrała nie znając tych ludzi. Mieli przed sobą do rozwiązania poważną sprawę, o czym powiemy później.

— Gdybym nie widział, nigdy nie uwierzyłbym, że takie ciało może skrywać nieobliczoną inteligencję — rzekł aspirant Marek Torbacz.

— Jeżeli moja stara miałaby takie ciało nie wychodziłbym z domu — dodał kolejny z grupy Sławomir Mysicki.

Dziewczyna zbliżyła się do miejsca zbrodni. W centrum placu stała karetka pogotowia, zaś kierowca, lekarz i sanitariusz tkwili martwi na swoich siedzeniach, a ich ciała zamarły wygięte w nienaturalny sposób w różnych pozycjach. Nawet ci, którzy przywykli do takich widoków z przestrachem spoglądali na powykrzywiane twarze ofiar, a ich zamarły na zawsze przeraźliwy wzrok przyprawiał o gęsią skórkę.

Do nadchodzącej dziewczyny podszedł umundurowany policjant w stopniu przodownika. Choć mierzył sobie dobre sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, niewiele przewyższał dziewczynę, która stała na dziesięciocentymetrowym obcasie. Spojrzała na niego swoimi niebieskimi oczyma.

— Przodownik Janusz Kowalski — zasalutował.

— Natalia Dąbrowska, komisarz — odrzekła miękkim głosem, skinąwszy głową w odpowiedzi na salutowanie. Nie mogła zasalutować, gdyż nie salutuje się do pustej głowy, znaczy bez nakrycia, tak jak nie salutuje się w pomieszczeniach. — Co tu mamy?

— Zagadkę — odrzekł Kowalski. — Kiedy tylko się rozwidniło otrzymaliśmy anonimowe zgłoszenie.

Natalia spojrzała na karetkę, która stała na środku trawnika. Wokół wygnieciona trawa ukazywała, że przechadzało tędy wiele osób.

— Zdążyliście zadeptać już wszystkie ślady? — zapytała Natalia.

— Nasze badanie do niczego nie doprowadziło — wyjaśnił Kowalski. — Karetka stała tutaj z wygaszonym silnikiem.

Natalia popatrzyła na swojego rozmówcę nie kryjąc wyrazu politowania.

— Gdyby śmierć dopadła ich podczas jazdy zapewne samochód uderzyłby w jakąś przeszkodę, jakąkolwiek — wnioskowała. — Gdyby sami tu dotarli wówczas zapewne wyszliby z samochodu. Miejsce, w którym stoi samochód ma jakieś znaczenie. Może jest coś w dziejach tego miejsca.

— Nie za wcześnie na takie wnioski? — zdziwił się Kowalski. — Dziwnie wyglądają twarze denatów.

— NH2OH — odrzekła.

— Nie rozumiem…

— Wodorotlenek sodu… — wyjaśniła Natalia spoglądając na martwe twarze. — Bardzo bolesna śmierć! Oni nie tylko umarli, ale przed śmiercią cierpieli okrutnie.

Wyjęła z torebki lateksowe rękawiczki i nałożyła je podchodząc do karetki. Zatrzymała się na wyciągnięcie ręki od kierowcy i zbadała palcami jego zwisającą dłoń.

— Stężenie pośmiertne wskazuje, że zmarli najdalej sześć godzin temu — oceniła.

Cofnęła się o kilka kroków, kucnęła i oglądała trawę wokół samochodu, a potem spojrzała w kierunku ulicy.

— Ktoś zgasił silnik…, a potem pobiegł…

— Wielu naszych się tutaj kręciło — rzekł Kowalski nie kryjąc powątpiewania w ocenę dziewczyny.

— Tak — przyznała. — Ale sam powiedziałeś, że się kręciło, a ten biegł, potem wsiadł do samochodu i odjechał.

Wstała i podążyła śladami. Kowalski szedł o dwa kroki za nią.

— Utykał na lewą nogę, bo prawa stopa jest odbita na podłożu w całości, a lewa tylko po części — wnioskowała Natalia. — Poszukajcie śladów krwi na trawie. Być może uderzył się o samochód, a w ten sposób zostawiłby ślady materiału na karoserii.

— Przez kilka godzin padał deszcz…

— Nie posiadacie ultrafioletu? — spytała zdziwiona.

— Zaraz wszystko sprawdzimy — powiedział Kowalski. — Czy można zabrać ciała do laboratorium?

— Jeszcze nie… — nie dokończyła mówić, kiedy nastąpiła głucha detonacja. Karetka podskoczyła do góry uniesiona podmuchem wybuchu, a jej części w postaci kawałków blachy i szkła po chwili poleciały we wszystkie strony, przelatując ze świstem, poraniły wielu funkcjonariuszy.

Natalia podniosła się z ziemi po upadku, który spowodował silny podmuch. Szumiało jej w uszach, a z czoła płynęła stróżka krwi. Wyjęła z torebki chusteczkę i przyłożyła do czoła. Dopiero wtedy rozejrzała się wokół. Wszędzie walały się szczątki karetki i ludzi, leżące w mniejszych lub większych kawałkach. Teren wyglądał jak pobojowisko. Kilku policjantów, którzy stali najbliżej, leżało nieruchomo w nienaturalnych pozycjach. Inni podnosili się po upadku, a stojący w pewnym oddaleniu biegli na pomoc swoim kolegom. Niczym makabryczne trofeum po środku stał wrak karetki pozbawionej dachu i górnych części ścian.

— Teraz możecie zabrać ciała — oświadczyła Natalia, kiedy minął szum w uszach wywołany eksplozją.

— Skąd pani wiedziała o bombie? — zapytał Kowalski.

— Bo pośród was znajdują się tacy, którzy biorą łapówki — odrzekła. — Załogę tej karetki podejrzewano o zabijanie pacjentów na zlecenie zakładu pogrzebowego. Policji nie udało się jeszcze niczego ustalić, a byliśmy na etapie zbierania dowodów. Jakiś samowolny mściciel nas uprzedził i wymierzył sprawiedliwość na własną rękę. Mściciel lub grupa mścicieli, grasuje po kraju od kilku lat i za każdym razem ofiarami padają przestępcy, nawet ci, na wysokich stanowiskach. Mściciel nie ma skrupułów przed zabiciem policjanta, który łamie prawo.

— Ale wielu z nas uchodzi za wzór uczciwości! — wtrącił Kowalski.

— Gdzie drzewo rąbią tam wióry lecą… — odrzekła sentencjonalnie Natalia.

— Będzie masa pisania — westchnął Kowalski.

— Jutro zdacie mi raport.

— A dziś?

— Ja zaczynam od jutra…

Natalia odwróciła się i odeszła, a Kowalski pozostał sam na placu boju czując się jak odpalony konkurent. Mając wyrobione zdanie na temat nowej przełożonej określił ją jako: duma i próżność.

Licencja: Creative Commons