0
głosów
- +

Krzysztof Dmowski - Alternatywna rzeczywistość: Elena, cz.3

Autor:

Aktualizacja: 06.04.2020


Kategoria: Twórczość / Książki i powieści


Opowiadanie
  • 0 głosów dodatnich
  • 0 głosów ujemnych
  • 38 razy czytane
  • 0 przedrukowany
  • 0 Polemik/Poparć <span class="normal">Odpowiadanie na artykuł</span>
  • Licencja: CC <span class="normal">Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie dzieła i wszelkich jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o tw&oacute;rcy.</span>
Dostęp bezpłatny <span class="normal">Dostęp do treści jest bezpłatny.<br/> Inne pola eksploatacji mogą być zastrzeżone sprawdź <b>licencję</b>, żeby dowiedzieć się więcej</span>
Krzysztof Dmowski - Alternatywna rzeczywistość: Elena, cz.3

Alternatywna rzeczywistość jest wielkim znakiem zapytania, tak jak i równoległe światy. W poniższym opowiadaniu biomechaniczna wyspa Eden próbuje dać bohaterowi inny obraz rzeczywistości tego, co mogło się zdarzyć w taki sposób, a nie w ten opisany w powieści Gdzie jest twój dom, Podróżniku?


3. Przejęcie statku.

 

Kolacje zjedliśmy w największym namiocie-stołówce.

— Do bazy, gdzie przetrzymują statek mamy ze sto kilometrów — rzekł Artur. — Kwestia dostania się do bazy jest prosta. Popłyniemy łodzią pod osłoną nocy. Ale jak dostaniemy się do wnętrza statku? Statek jest zamknięty. Pokład zakrywa przeźroczysta pokrywa.

— Znam sposób wejścia na statek — odpowiedziałem. — Ale zdradzę go w ostatniej chwili.

Pradziadek opowiadał, że na statek można dostać się pod wodą przez kanały techniczne służące do czyszczenia turbinowego napędu. Statek bowiem posiadał jako pomocniczy, napęd turbinowy, a ten działał w ten sposób, że dwie rury szły przez dno, od dziobu po rufę i napędzana tam woda dawała napęd statkowi.

— Opowiedzcie mi o Ewie Tymowskiej, bo coś o niej wspomniano — poprosiłem.

— Ewa Tymowska została odnaleziona przez Jarka — podjął wyjaśnienie Artur. — We troje dostaliśmy się do statku, gdzie na dziobie jest szablon na przyłożenie dłoni, ale nie zadziałał. Żadnej reakcji, jakby był niesprawny.

— Dybicz, przestań się tak na mnie gapić, bo dostaniesz w pysk! — przerwała mi Elena.

— O samej dziewczynie wiem niewiele — kontynuował Artur. — Ludzi wyszukiwał Jarek. Statek zaś znaleźli dwadzieścia lat temu i szukali sposobu na wejście do środka. Kadług nie daje się naciąć, przewiercić, czy przepalić, a pokrywa… Cały statek jest z dziwnej substancji… Wyobraźcie sobie, że przez dwadzieścia lat nie mogą znaleźć sposobu na dostanie się do środka.

— Znam ten statek z opowieści — odezwałem się. — Nic go nie ruszy… Ale dlaczego tak jest, nie powiem wam.

Według opowieści pradziadka kadłub wykonano z substancji, która stawała się plastyczna (możliwa do obróbki) jedynie w warunkach próżni kosmicznej w temperaturze zera bezwzględnego[1].

Elena poderwała się nagle i strzeliła w twarz Chudzika.

— Każdego z kolei nie będę ostrzegała! — wyjaśniła.

Chudzik przyłożył dłoń do piekącego policzka.

— Ja zgadzam się spróbować według planu Piotrka — rzekł Joe. — Chociaż zastanawia mnie, dlaczego Ewa nie potrafiła otworzyć statku, choć podobno była spokrewniona z Tadeuszem Tymowskim.

— Pierwszy raz słyszę o kimś, kto również nosi moje… nazwisko — wtrąciłem. — Dybicz i Chudzik! Ja żadnego z was ostrzegał nie będę. Elena, jako moja partnerka, jest dla was obu nieosiągalna! Pradziadek wiele razy opowiadał mi o dwóch przygłupach. Jeden nazywał się Dybicz, a drugi Lucky…

— Mojego pradziadka zwano: Lucky[2]! — rzekł Chudzik.

— Czy to nie dziwne? — zapytała Elena. — Jak obok Tadeusza kiedyś, tak i teraz obok Piotrka Tymowskiego są potomkowie, jego przyjaciół.

— Pradziadkowie i nam przekazywali wiedzę — wyjaśnił Dybicz. — Szukaliśmy Piotrka Tymowskiego. A Ewa była fajna dupa, tylko jakaś zamknięta w sobie.

— Może została podstawiona? — wnioskowałem. — Bo krew to krew. Powinna otworzyć zabezpieczenia.

— Odpowiedź może być inna — wtrąciła Natasza. — Ewa nie miała czystych intencji.

— Nie rozumiem? — zapytał Artur.

— Dziewczyny, które tutaj kolejno się znalazły… — zabrała głos Natasza — po kolei: Aneta Kwarc była potomkiem nawigatora ze statku Tymowskiego. Wspólnie z nami walczyła, ale pragnęła czegoś dla siebie. Edyta Dębicka także miała pradziadka, który pływał na statku Tymowskiego, jednak nie radziła sobie sama ze sobą, czuła się ważniejsza niż pozostali. Ewa Tymowska pragnęła majątku. Tessa nie miała powiązania z Edenem, ale posiadała żądzę władzy. Jak wynika z opowieści, Eden sam w sobie jest wielką zagadką dla wszystkich. Nie jest jedynie miastem, ale ma pewną formę jestestwa. Wybiera sam, daje i zabiera. Możecie mi nie wierzyć… Nie znam Piotrka Tymowskiego, ale jeżeli nie jest honorowy i skromny, Eden go również nie wpuści. Z innej beczki, zastanawia mnie, co mówiliście o Elenie, ktoś położył ją nocą na drodze, licząc, że nikt inny, a właśnie Piotr Tymowski ją przejedzie. Piotr wracał od Kasi, czyli od ich szpiega. Wiedzieli zatem kiedy nadjedzie Piotr. Postrzelili Elenę, więc równie dobrze mogli ją zastrzelić… Dlaczego uszła z życiem? Bo dla Edenu jest ważna. A z Edenem nie można negocjować.

— A ty Nataszo kim jesteś? — zapytała Elena.

Natasza wzruszyła ramionami.

— Co tu mówić? — westchnęła. — Jestem tu z wami z pasji do wędrówek i pragnienia przeżycia fajnej przygody. Nie mam korzeni w Edenie, pochodzę z dobrego domu. Odkąd związałam się z Arturem bywam tu i tam. Czasem odkrywaliśmy wspólnie zagadki, czasem wspieraliśmy czyjeś działania. Nic ciekawego, choć życie które wiodę bardzo mnie satysfakcjonuje i daje wiele radości.

— Dlaczego ja miałabym być ważna dla Edenu? — zapytała Elena. — Dla Edenu są ważni potomkowie dawnych mieszkańców.

— Jesteś w błędzie — stwierdził Dybicz. — Nie znamy tej siły Edenu, a posiada on pewną siłę sprawczą. Według mnie nie jesteś przypadkowa i wybrano cię z ważnego powodu, aby Piotrek cię przejechał, bo liczono, że wtedy Eden oceni go źle. Od pięciu lat współpracowałaś z Tessą i jej bratem, który zaginął obecnie. Eden cię ocenił, skoro Piotrek nie tylko cię nie przejechał, ale uratował.

— Wiele spraw wyjaśni się w przyszłości — dodał Chudzik. — Poznamy wszystkie tajemnice Edenu. Jednak nie dzielmy skóry na niedźwiedziu, którego jeszcze nie upolowaliśmy. Odnajdźmy Eden!

— A jeżeli Eden został odnaleziony i zniszczony? — spytała Elena.

— Wątpliwe — zaprzeczył Dybicz. — Aby tego dokonać, do Edenu trzeba się dostać. Pokonać liczne zabezpieczenia i ludzi, którzy tam mieszkają. W Edenie pozostawiono grupę ludzi, aby tam mieszkali, ale nie korzystają oni z domów, tylko żyją na farmie. Żyje tam też grupa Indian uratowanych niegdyś przez Tadeusza Tymowskiego[3]. Po czymś takim Eden pozostałby otwarty… byle poszukiwacz dostałby się do niego, a media trąbiłyby o tym fakcie.

Po posiłku wszyscy zaczęli przygotowania do drogi. Nie mogliśmy zabrać ani sprzętu, ani zaopatrzenia, bo nie znałem sposobu, żeby te rzeczy załadować na statek, dostając się do niego w sposób, jaki planowałem.

Stałem przy samochodzie, gdy podeszła Elena.

— Jeżeli czujesz się zmęczony, ja poprowadzę — zaproponowała. — W dwie godziny dotrzemy.

— Dam radę — odrzekłem.

Przytuliłem ją mocno, a ona oparła głowę na moim ramieniu.

— Dlaczego mi tak bardzo zaufałeś? — spytała.

— Jeszcze nie potrafię odpowiedzieć…

☆☆☆

 Statek Biały Szkwał stał przycumowany do nadbrzeża Długi kadłub z dziobnicą w kształcie litery S, kołysał się na fali, a nad pokładem zalegała przezroczysta pokrywa.

Patrzyłem na niego z oddali w świetle latarni. Nagle zdałem sobie sprawę z rzeczywistości.

— Ktoś nas oszukał! — oświadczyłem. — Ten statek jest atrapą. Postanowiono w jedno miejsce zwabić wszystkich poszukiwaczy Edenu, którzy wiedzą, że statek jest jedynym sposobem na dostanie się do niego! Dlatego właśnie, kiedy Ewa dotykała szablonu, nic się nie wydarzyło.

— Możliwe — zgodziła się Elena. — Gdzie więc jest prawdziwy statek?

— Posłuchajcie… — zamyśliłem się. — Dwadzieścia lat próbowano wejść do statku… Niemożliwe. Przez tyle lat z pewnością znaleziono by drogę do środka. Powiem wam, gdzie statku nie ma. Nie ma go na Tajemniczej Wyspie. Pradziadek zapewne nakazał zrobić atrapę statku, żeby wrogowie ją odnaleźli lub aby zwiódł przypadkowych odkrywców. Ale atrapa, żeby stała się wiarygodna, musiała także mieć swoje zabezpieczenia. Przeciwnicy już dawno dostali się do środka i przekonali o tym, że statek nie jest prawdziwy. Wiedzieli, że jeżeli ten temat dotrze do spadkobierców Edenu, oni uwierzą w jego autentyczność i tutaj przybędą. Dlatego eliminowano dawnych mieszkańców, którzy nic nie wnosili. A nas obserwują…

Elena z radości pocałowała mnie w policzek.

— Gdzie zatem jest prawdziwy statek? — spytał Dybicz.

— Dybicz, Chudzik i ja… — rozważałem. — Każdy z nas nosi część wskazówki…

— Twoim zdaniem prawdziwy statek jest w Polsce? — zainteresowała się Natasza.

— Kiedy pradziadek przypłynął do Polski, tej jeszcze nie było na mapach — rozmyślałem na głos. — My skupiliśmy się na Gdyni, bo przed II Wojną Światową ten teren należał do Polski. Ale pradziadek już po wojnie odbył ostatnią podróż do Edenu. Więc statek schować mógł w każdym miejscu. Statek w ten sposób przygotowany, może popłynąć rzeką pod każdym mostem. Dlatego miejscem jego ukrycia nie musi być żadna miejscowość związana z morzem. Wracamy do Polski!

— Jak zamierzasz wrócić do Polski, skoro Piotr Tymowski nie lata maszynami, które bez przyczyny unoszą się w powietrzu? — zapytała Elena.

— Zdam się na waszą kreatywność… — odrzekłem.

☆☆☆

Rano obudziłem się w obozie, skąd wylecieliśmy na Tajemniczą Wyspę. Obok mnie spała Elena. Wyszedłem z namiotu. Joe krzątał się w kuchni, Dybicz stał na warcie. Z wolna budzili się pozostali i wychodzili z namiotów. Wróciłem do Eleny i obudziłem ją pocałunkiem, a ona otworzyła oczy uśmiechnięta.

W drodze na śniadanie zabrałem z samochodu pakunek. I przez cały czas dużą kopertę trzymałem przy sobie. Po śniadaniu Joe zebrał naczynia i podał kawę. Nie rozumiałem jego zachowania, bo gotował, podawał posiłki i zmywał naczynia. Nikt inny nie pomagał mu, samoczynnie.

— Nie powiedziałem wam wszystkiego na Tajemniczej Wyspie — zabrałem głos. — Byliście przekonani, że nasze rzeczy zniszczyły się w wypadku. Nie zabrałem ze sobą dziennika okrętowego, bo samowolnie nie opuściłem tego miejsca. Dziennik mam tutaj.

— Ja od kilku dni noszę te same ubrania, a ty… Dlaczego nie schowałeś ubrań? — zapytała Elena z udawanym wyrzutem.

Wszyscy parsknęli śmiechem.

— Dziennik jednak sam w sobie nie zawiera wskazówki — kontynuowałem, gdy pozostali przestali się śmiać. — Musimy ją znaleźć! Co łączy mnie, Dybicza i Chudzika?

— Pociąg do ładnych dziewczyn? — zadrwił Joe.

— Pochodzimy z Edenu i nasi pradziadkowie się przyjaźnili — sugerował Dybicz.

— Trzy! — stwierdziła Elena. — Trzy części.

— Ja mam dziennik — odezwałem się. — Może i wy coś macie?

— Ja posiadam zegarek po pradziadku — rzekł Dybicz.

— A ja dostałem słowiański symbol kołowrotu — powiedział Chudzik i pokazał wisiorek.

— Co te rzeczy mają ze sobą wspólnego? — zastanawiała się Natasza. — Dziennik jest zapisem, zegarek odzwierciedla czas, a słowiański kołowrót jest symbolem odrodzenia. Trzy różne rzeczy, których nic pozornie nie wiąże.

— Czy pradziadek Dybicza uważał, że jego prawnuk otrzyma ten zegarek? — spytała Elena. — Zegarek może się popsuć, ktoś może go ukraść…

— Rozbierzmy zegarek na części — zaproponowałem.

Dybicz bez słowa zdjął zegarek i mi go podał. Zegarek na skórzanym pasku, markowy i pochodzący z początku stulecia, nic wyjątkowego. W chwilę potem zdjąłem kopertę od zegarka, która niczego nie zdradzała, aż do szkła, które zwróciło moją uwagę. Chudzik podał mi wisiorek. Jakoś dokładnie szkło zegarka pasowało do wisiorka. Otworzyłem ostatnie strony dziennika. Na papierze położyłem wisiorek i szkło. Teraz ukazał się szablon pozwalający czytać wybrane litery, które widziane przez szkło zegarka w oznaczonych punktach, tworzyły wybraną selekcję. Z ostatnich stron dyktowałem znaki, które zapisywała Elena długopisem na papierze.

Wyszły współrzędne geograficzne.

— Powiedzcie, że mam rację! — odezwałem się. — Że właściwie zrozumiałem wszystko.

— Tak — potwierdził Dybicz. — Co wyszło?

— No właśnie głupio wyszło — odpowiedziała Elena. — Statek nie może cumować w Iławie, chyba, że do obliczeń użyjemy krzywej nosa Piotrka…

— Bo te dane są jedynie współrzędnymi kolejnej wskazówki — zasugerowała Natasza. — Zakładam, że takich skrytek też będzie trzy. Zatem trzeba ustalić na wcześniejszych stronach pozostałe współrzędne. Wtedy odnajdziemy pozostałe wskazówki.

Natasza miała rację. Informacje z wcześniejszych stron ukazały kolejne punkty w Krakowie i Szczecinie. Tam mogły znajdować się wskazówki, ale po połączeniu wszystkich punktów wyszedł trójkąt. Jeżeli w niego wpisaliśmy mniejszy trójkąt, wyszły trzy trójkąty po rogach, a ten podzielony na trzy, wskazał centralny punkt.

Obecnie znajdowaliśmy się dwie godziny jazdy od miejsca środkowego. Z ogromną precyzją Elena namalowała właściwe miejsce.

— Tu jest wskazówka — pokazałem na mapie. — Wskazówka jest tylko jedna. Zauważcie, że pradziadkowie nasi, przygotowali statek-atrapę aby wyprowadzić w pole naszych przeciwników. Przygotowali zatem zagadkę, gdyby oni w jakiś sposób przejęli nasze pamiątki i ustalili to samo, co nam udało się ustalić. Jednak nasi pradziadkowie, nie byli ostatnimi głupkami i mogli założyć, że będziemy mieli nóż na gardle, zatem odnalezienie statku nie może być z drugiej strony, aż tak skomplikowane, bo ktoś, kto ma czas, może szukać, a kto nie ma czasu, szukał nie będzie. Nie wyobrażam sobie zatem, aby chcieli nas wysłać w trzy tak odległe od siebie miejsca. Ale ktoś przypadkowy tak właśnie powinien pomyśleć i zniechęcić się, jeżeli poszukiwania zakończą się fiaskiem.

— Poza tym, jeżeli niczego nie znajdziemy w miejscu wskazanym przez Piotrka, wtedy możemy poszukać w pozostałych miejscach — poparła mnie Elena.

— Od czegoś musimy zacząć — powiedziała Natasza.

Na powrót złożyłem zegarek Dybicza i oddałem obu ich własności.

Kto pilnuje tego obozu? — zastanowiłem się nagle. — Wylecieliśmy stąd śmigłowcem i zapewne przylecieliśmy innym. Nikt nie zauważył tych ruchów, a wszyscy uznali za normalne. Ktoś mi o czymś zapomniał powiedzieć.

Czy mogłem ufać Elenie? Ona okazywała mi wdzięczność i życzliwość, ale czy faktycznie stała po mojej stronie? Miała przede mną pewne tajemnice. Jednak wszyscy tutaj czuli się bezpieczni.

— A jeżeli milicja nadal szuka mnie i Eleny? — zagadnąłem. — Nie słuchamy radia, nie oglądamy TV. Może nawet ścigają nas wszystkich? Czy możemy swobodnie podróżować?

— Słuszna uwaga! — poparł mnie Borek. — Uciekła nam również Kasia, która może szykować kolejną niespodziankę.

— Wróciła szara rzeczywistość — westchnęła Elena.

— Czyli na poszukiwania powinien udać się ktoś inny… — zasugerowała Natasza. — Z tego, co mówiliście szukali dziewczyny z raną po postrzale. Blizna u Eleny zostanie na zawsze.

— Wobec tego ja i Elena jesteśmy wyłączeni z poszukiwań — stwierdziłem. — Brat może również mnie szukać, więc samochód także jest spalony.

— Dysponujemy kilkoma samochodami — rzekł Artur. — Proponuję pojechać grupami i przyjrzeć się punktowi wskazanemu przez Piotrka. Gospodarz tu, zapewni ochronę wszystkim, więc tutaj jesteśmy bezpieczni.

Następnie Artur podzielił ludzi na grupy i kolejno odjechali. Zostałem sam z Eleną i poszliśmy na spacer po posiadłości. Szliśmy trzymając się za ręce.

— Dlaczego wpisałaś fałszywe współrzędne? — zapytałem.

Elena zachowywała się tak, jakby czekała na moje pytanie.

— A dlaczego sypiamy ze sobą, a ty ani razu mnie nie dotknąłeś? — odpowiedziała pytaniem. — Nie ufasz mi i dlatego sam podałeś fałszywe odczyty.

— Bystra jesteś! Tak masz rację. Wyprowadziłem ich w pole, bo coś mi tutaj nie pasuje. Udaliśmy się na Tajemniczą Wyspę, tylko nie wiem w jakim celu? Oglądaliśmy wojny gangów…

— Pomyliłam się — przyznała Elena. — Byłam przekonana, że… Tessa była moją serdeczną przyjaciółką. Pozostałych ledwie znałam. Jarek Bednarski podsunął mi te informacje.

— I on chciał wysłać Kasię naszym śladem — wnioskowałem. — On chciał tu rozdawać karty. Zadzwonię do brata z budki telefonicznej, aby namierzono mnie skąd wykonałem połączenie, bo zapewne telefon w domu jest podsłuchiwany. Zobaczymy, co powie.

Wsiedliśmy do mojego samochodu i pojechaliśmy do miasta. W kiosku kupiłem żetony do telefonu i z pierwszej napotkanej budki zadzwoniłem do domu. Brat wrócił już z urlopu.

— Wyjechałem z dziewczyną nad morze… — wyjaśniłem. — Po drodze mieliśmy dziwną kontrolę… Szukają jakiejś postrzelonej dziewczyny…

Ten temat jest zamknięty — odrzekł brat. — Ktoś próbował załatwiać swoje prywatne interesy rękoma milicji. Posiedź z tydzień nad morzem… też kogoś poznałem i potrzebuję nieco intymności.

W ten sposób zakończyłem rozmowę i wiedziałem, czego mi potrzeba. Powtórzyłem Elenie treść rozmowy, a ona mocno mnie przytuliła.

— Jedziemy we właściwe miejsce? — zapytała.

— Wiadomość z ostatniej strony brzmiała: Na słowiańskiej góry szczycie…

— Święta Góra w Gdyni! — rzekła uśmiechnięta Elena.

Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do Gdyni. Skierowałem samochód w wybrane miejsce i niedługo potem spacerowaliśmy po Świętej Górze. Nie spieszyliśmy się, i wolno spacerując dotarliśmy na szczyt.

Co ja tutaj miałem znaleźć? Rozglądałem się wokół, ale odpowiedzi nie znajdywałem.

— Ten cytat jest jedynie przenośnią — stwierdziła Elena.

Ale nie podzielałem jej zdania. Święta Góra od dawna nie uchodziła za słowiańską. I nie tutaj wskazówka miała znaczenie.

Na słowiańskiej góry szczycie

pod jasną nadziei gwiazdą

zapisuje wróżby słowa:

Wróci, wróci w stare gniazdo

stare prawo, stara mowa

i natchnione Słowian życie. [4]

— Wracamy — zdecydowałem.

— Twoja tajemniczość mnie irytuje. Nie miałam okazji dać ci dowodu lojalności, trudno, nie ufaj mi!

— Tu nie chodzi o kwestię zaufania, ale o percepcję. Już znam odpowiedź. Gdzie stała atrapa statku?

— W grocie…

— Właśnie. Gdybyś szukała statku i znalazła, co dużo mówić, statek… nawet jeżeli jest on atrapą, nie próbowałabyś szukać drugiego statku, prawdziwego, prawda?

— Wkurzasz mnie! Zawsze wszystko wiesz!

— Teraz wracamy do obozu i nikomu ani słowa.

Elena lekko się na mnie obraziła i przez drogę do samochodu zachowywała pewien dystans.

Z naprzeciwka wyszła grupa ludzi w pewnym stanie upojenia alkoholowego. Pięciu trzydziestolatków otoczyło mnie kołem.

— Jesteś cwaniak? — zapytał jeden z nich. — Szukamy cwaniaka.

Elena zbliżyła się do nas i nic nie mówiąc zaczęła raz po razie okładać tych ludzi ciosami kung-fu. W minutę później wszyscy leżeli na ziemi jęcząc z bólu. Zaniemówiłem na chwilę.

— Zawsze bijesz innych, jak jesteś wkurzona? — spytałem odzyskawszy mowę.

— Tylko dzisiaj.

Wsiadła do samochodu, zamknęła drzwi i nie odezwała się ani słowem w drodze powrotnej. Nasi przyjaciele jeszcze nie wrócili. Wysiadłem i wziąłem Elenę na ręce.

— Wiesz, że potrafię się bronić i szybko sobie z tobą poradzę?! — zapytała.

— Wiem…

Zaniosłem ją do namiotu, a potem… długo nie wychodziliśmy.

Może godzinę później zaczęli zjeżdżać się nasi towarzysze. Teraz Elena nie odklejała się ode mnie wcale. Chociaż wolałbym z nią do namiotu wrócić, byłem ciekaw relacji. Wszyscy zajmowali miejsca w dużym namiocie.

— Ktoś nas zrobił w balona! — oświadczył Chudzik.

— Jak wy mi, tak ja wam! — odpowiedziałem. — Z miejsca pobiegliście szukać informacji, tylko w oparciu o domniemania. A ja w tym czasie znalazłem odpowiedź. Po obiedzie zrobimy zapasy, aby pod osłoną nocy, odnaleźć mój statek!

— Zwykliśmy określać go, jako nasz statek! — podrapał się w głowę Chudzik.

— Zatem musicie zmienić terminologię, bo tak statek, jak i Eden, są moje — zasugerowałem. — Mogę was zaprosić do Edenu i zabrać tam moim statkiem, i na moich zasadach. Jeżeli komuś coś nie pasuje, nie musi płynąć!

Nikt nie zaprotestował. Po obiedzie niektórzy udali się na zakupy. Między innymi ja towarzyszyłem Elenie w zakupach kobiecej garderoby i innych rzeczy. Elena zadbała także o to, abym i ja miał się w co ubrać. Tak też o zmroku robiliśmy ostatnie przygotowania do opuszczenia tego miejsca na zawsze. Wszystko załadowaliśmy na trzy samochody, tak, że nic więcej nie dałoby się upchnąć. Przed odjazdem Elena przebrała się w obcisłą różową sukienkę.

Jechałem z Eleną w samochodzie, a tylne siedzenie załadowaliśmy zakupami, bagażami i prowiantem. Za nami podążał też osobowy samochód, a pozostali jechali w furgonetce. zatrzymaliśmy się przed tajemniczym kopcem. Niegdyś ukryte wejście w wysokim kopcu pozostawało odkryte. Wszyscy wyszli z samochodów.

— Tutaj stała atrapa! — zauważył Dybicz.

— Dybicz, prosiłem cię, żebyś nie myślał? — spytałem. — Furgonetka nie wjedzie do środka! Spróbujcie jak najwięcej rzeczy upchać do samochodów osobowych, gdzie się da, resztę musicie zabrać w rękach i pójdziecie pieszo do groty.

Wróciłem do samochodu, a Elena zajęła miejsce obok. I ruszyłem do wnętrza przez otwartą bramę. Zapaliłem światła drogowe, co przy czterech halogenowych żarówkach po sto watów każda pozwalało zobaczyć wszystko[5]. Powoli ruszyłem. Dalej korytarz rozszerzał się w górę i na boki. Znajdowaliśmy się w naturalnej grocie, a kamienne podłoże zostało skute na gładko. Droga prowadziła łagodnie w dół. Wykucie takiego przejazdu zapewne zabrało komuś kilka lat. Przejechaliśmy ponad kilometr krętą i zniżającą się w dół drogą. Zatrzymałem przed urywającą się krawędzią nad lustrem wody, gdzie niegdyś cumowała atrapa statku. Drugi samochód zatrzymał się również, po kilku minutach dołączyli do nas pozostali.

— Gdzieś tutaj musi znajdować się włącznik uruchamiający ukryte przejście — rzekłem. — Niech każdy rozgląda się dokładnie dookoła, bo liczy się każdy szczegół.

— Szukaliśmy wszystkiego, co może otworzyć czytnik z szablonem — dodała Elena.

Nie bardzo wiedziałem skąd ona wie, czego szukać.

Świecąc latarkami oglądaliśmy ściany centymetr po centymetrze. Włącznik musiał być tak zrobiony, żeby przypadkiem ktoś go nie użył, ale też tak, żeby ktoś, kto wie czego szuka, nie mógł go pominąć.

Elena trzymając mnie za rękę podeszła do ściany przy krawędzi wody. Ze swojej torebki wyjęła dobrze mi znany przedmiot, bo pochodził on z mojej piwnicy. Pokazała mi go uśmiechając się. A następnie wepchnęła go w niepozorny otwór w ścianie. Następnie przekręciła go o cały obrót. Tuż obok odsłonił się kawałek ściany ukazując szablon na dłoń. Przyłożyłem dłoń, a po chwili rozbłysło zielone światło. Przed nami bezszelestnie otworzyło się tajemnicze przejście w ścianie. Zaświeciłem latarką do wnętrza i w oddali dojrzałem biały kontur statku.

Towarzyszyły nam niesamowite i trudne do opisania emocje radości z odkrywania wielkiej zagadki.

Wróciłem do samochodu i wjechałem nim do drugiej groty. Drugi kierowca zrobił podobnie ze swoim samochodem. Pozostali wnieśli swoje pakunki. Wtedy Elena wyciągnęła przedmiot ze ściany, czym po wejściu do groty, zamknęła przejście, wtykając go z drugiej strony. Teraz dopiero moi towarzysze zaczęli okazywać radość.

Przed naszymi oczyma zamajaczyła biel burty statku. Każdemu z nas chyba serce mocniej zabiło na jego widok. Z wrażenia dostałem gęsiej skórki. Nie posiadał masztów, a nad pokładem zalegała przezroczysta półokrągła pokrywa, jakby nie był żaglowcem, a łodzią podwodną. Przejeżdżając obok dziobu, dostrzegłem zzieleniały mosiężny napis: Biały Szkwał. Gęsia skórka stężała mi z wrażenia.

Zatrzymałem samochód w połowie długości jednostki. Statek liczył sobie przeszło sto metrów długości.

Zastanawiałem się, czy na wszystkich mogę jednakowo polegać, ale nie miałem wyjścia i musiałem im zaufać.

Wyjąłem z samochodowego schowka latarkę i szybkim krokiem poszedłem w stronę dziobu okrętu. Każdy krok głośno odbijał się od kamiennej posadzki. Wiedziałem, co mam robić. Dopiero po chwili dostrzegłem na rdzawym kadłubie wystające szczeble. Przeszył mnie dreszcz, gdy dotknąłem zimnego metalu. Ująłem latarkę w zęby i odnalazłem klapkę, a potem drżącą dłoń przyłożyłem do szablonu. Zielone światło błysnęło na chwilę. Mogłem domyślać się, że właśnie wyłączam jakieś zabezpieczenie. Otworzyła się część burty w śródokręciu. W ten sposób wprowadziliśmy samochody do środka, aby ich tutaj nie rozpakowywać.

Jak bardzo jedno zdarzenie może zmienić całe życie? Spotkałem Elenę w dziwnych okolicznościach, a stała się dla mnie bardzo bliska. Chociaż nie miała okazji dać mi powodu do zaufania, ufałem jej ponad wszystko. Skąd ona wiedziała o kluczu, który wisiał w klubie, jako zwyczajna ozdoba? Bardzo chciałem się tego dowiedzieć. Tak samo intrygowało mnie wiele innych spraw.

Niby wszystko już zostało zrobione, odnaleźliśmy statek, który miał płynąć do Edenu, ale nie wszystkie sprawy zostały wyjaśnione.

 

[1] Zero bezwzględne = −273,15 °C.

[2] Postać opisana w powieści: Taniec z ogniem na beczce prochu.

[3] Wydarzenia opisane w powieści: Taniec z ogniem na beczce prochu.

[4] Roman Zmorski (1822-1887)

[5] Do Fiata 125p sam niegdyś zamontowałem halogenowe żarówki 100/100.

Krzysztof Dmowski


Podobał Ci się artykuł?
0
głosów
- +

Brak polemik/poparć



Podobne artykuły:


KOMENTARZE


Używając tej strony zgadzasz się na wykorzystywanie plików Cookie.
Dowiedz się więcej.

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Z dniem 25.05.2018 wprowadziliśmy też w życie rozporządzenia dotyczące ochrony danych osobowych. Więcej informacji w naszej Polityce Prywatności i Regulaminie.

Zamknij