0
głosów
- +

Krzysztof Dmowski - Alternatywna rzeczywistość: Elena, cz.2

Autor:

Aktualizacja: 06.04.2020


Kategoria: Twórczość / Książki i powieści


Opowiadanie
  • 0 głosów dodatnich
  • 0 głosów ujemnych
  • 49 razy czytane
  • 0 przedrukowany
  • 0 Polemik/Poparć <span class="normal">Odpowiadanie na artykuł</span>
  • Licencja: CC <span class="normal">Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie dzieła i wszelkich jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o tw&oacute;rcy.</span>
Dostęp bezpłatny <span class="normal">Dostęp do treści jest bezpłatny.<br/> Inne pola eksploatacji mogą być zastrzeżone sprawdź <b>licencję</b>, żeby dowiedzieć się więcej</span>
Krzysztof Dmowski - Alternatywna rzeczywistość: Elena, cz.2

Alternatywna rzeczywistość jest wielkim znakiem zapytania, tak jak i równoległe światy. W poniższym opowiadaniu biomechaniczna wyspa Eden próbuje dać bohaterowi inny obraz rzeczywistości tego, co mogło się zdarzyć w taki sposób, a nie w ten opisany w powieści Gdzie jest twój dom, Podróżniku?


2. Tragedia w obozie.

Łuny pożaru zobaczyliśmy w miejscu planowanego lądowania. Pilot próbował zmienić kurs, gdy zostaliśmy ostrzelani. Joe stracił kontrolę nad maszyną i lecieliśmy wprost na konary drzew. Czarny dym wypełnił wnętrze, a potem słyszeliśmy dźwięki wyginanego metalu, aż nastąpiło uderzenie w ziemię, któremu towarzyszył głuchy huk. Od siły uderzenia helikopterze wypadły drzwi.

Poobijani i zakrwawieni wyczołgiwaliśmy się z wraku. Życie stracił jedynie drugi pilot, a my musieliśmy się oddalić z tego miejsca. I dopiero, gdy znaleźliśmy się w wystarczająco bezpiecznej odległości, Borek przystąpił do opatrywania rannych. W godzinę później Joe wprowadził nas do obozu.

— Nie takiego przyjęcia się spodziewałam — powiedziała Elena, idąc trzymała mnie za rękę.

Joe lekko kulejąc prowadził nasz oddział.

— Nie bez przyczyny nie lubię latania — stwierdziłem.

Zapach spalenizny powiał od strony obozu. A kiedy tam dotarliśmy przywitały nas gołe szkielety spalonych namiotów i kilka ciał zastrzelonych ludzi.

Joe i Borek rzucili się ku leżącym, ale już nie potrafili pomóc żadnemu z nich.

— Zawsze wszystko może nas zaskoczyć — rzekł Joe. — Zbieramy karabiny, bo może być gorąco.

Tak też zrobiliśmy. I zamierzaliśmy już iść dalej, kiedy z zarośli wyłonili się jacyś ludzie prowadzeni przez wysoką, szczupłą kobietę, która mogła liczyć sobie lat dwadzieścia dwa. Miała długie brązowe włosy sięgające poniżej ramion, niebieskie oczy, owalną twarz i wysokie czoło.

Zatrzymali się krok przed nami.

— Zaskoczyli nas — oświadczyła dziewczyna.

— To jest Tessa — zaprezentowała Elena.

Nie zdążyłem się przywitać, gdy huknął strzał, Tessa wyprężyła się i upadła martwa na ziemię. W odległości kilku metrów za nią stała Kasia. Tak! Ta Kasia! Trzymała w dłoniach pistolet, z którego przed chwilą oddała strzał.

Kasia nie miała więcej niż dwadzieścia lat, Smukła jak strzała, idealna figura modelki, idealnie zgrabna, blondynka o karmelowych oczach. Ubrana w obcisły strój, nie kobiecy, przy Elenie nie wyglądała tak idealnie i na pewno w tej chwili, gdy odebrała komuś życie, i to jeszcze strzałem w plecy dla przyjemności, nie umiałbym w żaden sposób jej pragnąć. Obrzydła mi.

— Nie znoszę konkurencji! — zawołała Kasia.

I wzięła na cel Elenę, ale nie zdążyła dobrze przycerować, gdy rozległy się strzały z zarośli. Pozostali też ochłonęli i zaczęli strzelać na ślepo. Nie potrafiłem uwierzyć, ani odpowiedzieć na pytanie, czy Kasia miała jakiś niesamowity fart, czy strzelcy nie potrafili oddać celnego strzału, bo kule jakby się Kasi nie imały. Oczywiście zaczęła uciekać przez zarośla, ale żadna kula jej nie tknęła. W przeciwieństwie do trzech towarzyszących jej mężczyzn, którzy leżeli martwi.

Tak ja, Darek i Paweł od pewnego czasu ćwiczyliśmy strzelanie z różnych narzędzi strzeleckich[1]. Czymś innym jest strzelanie do tarczy, a czymś innym do człowieka. Dlatego zapewne każdy z nas chybił, choć na strzelnicy mieliśmy wiele trafień. Ale nasi towarzysze także nie potrafili trafić, co nie umniejszało naszych umiejętności.

Przed nami leżała martwa kobieta, bardzo oddana sprawie i która wniosła wielki wkład w walkę z Syndykatem Skrybów. Elena kucnęła przy zamordowanej kobiecie, Borek nie miał tu nic do roboty.

— Suka! Używała pewniaka! — zawołał Joe. — Pewniak, to taka potoczna nazwa naboju, który ma spiłowany czubek. Nabój z czubkiem potrafi przelecieć przez ciało, zmienić trajektorię, bywa mało skuteczny. Pewniak nie daje szans nikomu.

Ku nam podeszło kilku mężczyzn: wysoki brunet Jarek Bednarski, szatyn; średniej budowy ciała Krzysztof Mularczyk; wysoki blondyn, który, jak wynikało z jego sylwetki, długie godziny spędzał w siłowni i przedstawiony nam został jako Artur Nowak; Maciek Chudzik, średniego wzrostu, średniej budowy ciała brunet; ciemnowłosy wysoki, nieco przy kości Mirosław Dybicz.

— Znają nasz każdy ruch! — rzekł Jarek. — Edyta Dębicka i Robert Pawłowski ruszyli na zwiad. Spotkamy się z nimi w ustalonym miejscu. Musimy stąd odejść.

— Co z zabitymi? — zapytała Elena.

— Niech umarli grzebią swoich umarłych[2], wy zajmijcie się żywymi! — rzekł Jarek. — Pogrzebanie tych ludzi zajmie nam kilka godzin, co nas znowu opóźni. Idziemy dalej.

I ruszył pierwszy.

Poszliśmy za nim. Cały czas szedłem obok Eleny, a ona trzymała mnie za rękę. Pochód zamykał Artur Nowak.

— Mówiłam, że Kasia to wredna suka! — wspomniała Elena.

— Nie wspominałaś słowem! — odrzekłem.

— Tessa była bardzo oddana sprawie…

— Pomścimy ją.

Ogarniała mnie wściekłość. Kasia z pozoru zdawała się być miłą i życzliwą osobą… Ale przecież sposób, w jaki planowano zamordować Elenę, ukazywał brutalną rzeczywistość.

Szliśmy i szliśmy do wieczora. Zmęczenie, pragnienie i głód dawały się we znaki każdemu z nas. Tuż przed zmierzchem ku nam wyszli zwiadowcy, Edyta Dębicka, szczupła śliczna brunetka i Robert Pawłowski wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o łagodnym spojrzeniu niebieskich oczu.

— W kolejnym obozie wszyscy zostali powiadomieni, Aneta Kwarc poprowadzi dalej — oświadczyła Edyta. — Pilnujcie Piotrka, bo bez niego cały plan weźmie w łeb.

— Sam potrafię o siebie zadbać — stwierdziłem. — I wydaje mi się, że przeciwnicy z wami jedynie pogrywają, gdyż beze mnie na Eden mogą popatrzeć jedynie przez lunetę.

— Dla ciebie ta walka jest jak zabawa, ale dla nas jest rzeczywistością — odrzekła Edyta. — A nawet nie wiesz ilu ludzi poniosło śmierć w tej walce. Twoje życie dla nich nic nie znaczy i nie ma znaczenia jak wiele wiesz, czy jak wiele możesz osiągnąć.

— Jestem innego zdania — sprzeciwiłem się. — Nawet najgłupszy człowiek posiada odrobinę rozumu.

— Nie znasz mentalności tych ludzi — tłumaczyła Edyta. — Dla ciebie Eden jest wspaniałym miastem, miejscem zamieszkania wolnych ludzi. Dla naszych przeciwników jest jedynie skarbonką. Zabiorą skarby i zniszczą resztę. Takie są ich sposoby działania.

— Jak niby się do tych skarbów dostaną? — zapytałem. — Podejmą się łamania zabezpieczeń?

— O jakich zabezpieczeniach mówisz?! — uniosła się Edyta. — Jak nie złamią szyfru to wyburzą przejście.

— Ty wiesz swoje, ja wiem swoje! — odrzekłem.

Odszedłem na bok. Elena zaraz zjawiła się przy mnie.

— Nie kłóć się z nią — poprosiła. — Syndykat zamordował jej wszystkich bliskich. Ona zna ich brutalność.

— Nie wydaje mi się, żeby oni byli tacy głupi — wyjaśniłem.

— Wiele rzeczy ukradłeś w życiu?

— Niczego nie ukradłem.

— No widzisz. Nie potrafisz myśleć jak złodziej. Złodziej kradnie i jeszcze się zabezpiecza, bo skoro on ukradł sam może zostać okradnięty. Kiedy ty nie masz chleba, albo głodujesz albo idziesz zarabiać na chleb. Złodziej nie będzie głodował, on ukradnie. Sprzeciwianie się wszystkiemu prowadzi do niczego, bo wtedy wszystko, czego chcę staje się poza zasięgiem. Marzenia, pragnienia, oczekiwania odsuwają się. Brakuje spełnienia. Jak scalić i zacząć osiągać czego chcę? Sprzeciwiam się i zamiast korzystać z życia, ja jestem tylko niewolnikiem swoich sprzeciwów. Marzenia, oczekiwania, zamiast mieć, brakuje mi tego. Ale mimo wszystko, nie ukradnę komuś kto ma, bo stanę się wówczas nikim.

Przekonania tej dziewczyny robiły na mnie ogromne wrażenie.

Czy właśnie dlatego wchodziłem wciąż w takie sytuacje? Spotkałem Elenę w takich okolicznościach, ale mogłem jej nie spotkać. Czy moją decyzją było, aby ją zabrać, czy nasza przyszłość jest z góry opisana, jak niektórzy twierdzą w Kronikach Akaszy[3]? Ale przecież decyduję. Jeżeli sprzeciwy mają moc sprawczą, dlaczego pragnienia mają tę moc wolniej działającą? Czy możemy kreować swoją rzeczywistość i wybierać to czego chcemy? Jeżeli zatem przekora nie prowadzi do spełnienia oczekiwań, efektów, należy usunąć tę przekorę. Jak to zrobić? Znowu przykład ze słoniem, który jako dorosły nie próbuje oderwać się od sznurka, którego jako słonik zerwać nie mógł, a sznurek jest taki sam, tylko ten duży słoń jednym ruchem zerwałby go, gdyby spróbował.

Domniemania moje przerwał huk wystrzału, a potem kolejny i kolejny. Za Eleną pobiegłem w miejsce strzelaniny. Zobaczyłem Jarka klęczącego nad umierającą Edytą. Dziewczyna miała dwie rany na piersi. Elena mocno się do mnie przytuliła.

— Znowu Kasia! — zawołał Jarek. — Ona jest jakąś psychopatką. Podkrada się i zabija dziewczyny!

Edyta wydała ostatnie tchnienie. Wokół zaległa cisza. Atmosferę wypełniał smutek.

— Dość tego! — wzburzyłem się. — Rozprawię się z nią, bo chyba właśnie ona mnie prowokuje.

— Jak się rozprawisz? — zapytał Jarek odwracając głowę w moim kierunku. — Jesteśmy w ogromnym lesie, a ona mogła skryć się w byle norze. Jak chcesz ją odnaleźć? Ona ma przewagę w znajomości terenu, brak skrupułów i wsparcie władz.

Nie zwracając na nocne ciemności, ruszyliśmy dalej. Nie odstępowałem Eleny na krok, bo Kasia mogła w każdej chwili wyłonić się z lasu i zakraść pomiędzy nas. Paweł i Darek czuwali także nad jej bezpieczeństwem.

— Do kolejnego obozu został nam dzień drogi — oświadczył Jarek.

Nie skończył mówić, gdy wokół nas spadły syczące przedmioty.

— Granaty z gazem! — zawołał Artur.

Za późno. Wystarczyła chwila, abyśmy kolejno padali sparaliżowani na ziemię. Nie umiem powiedzieć po jakim czasie ocknąłem się, ale inni też właśnie dochodzili do siebie. Nigdzie nie dostrzegłem Eleny.

Zaskoczyli nas! Elena zaczęła wiele dla mnie znaczyć i nie zamierzałem jej stracić.

— Na pewno zostawili jakieś ślady! — stwierdziłem.

— Spokojnie — rzekł Artur położywszy mi dłoń na ramieniu. — Carpanter poszedł ich śladem, a Pawłowski udał się skrótem do trzeciego obozu. Od tej pory zmienimy sposób działania. Teraz będziemy szli podzieleni na grupy.

— Teraz…? — zdziwiłem się. — Teraz, kiedy nie mają kogo porwać?

— Obyśmy znaleźli ją całą — westchnął Paweł.

— Wraca Carpanter — zauważył Jarek. — Piotrek musi zostać pod ochroną…

— Piotrek sam o sobie decyduje, a wasza ochrona jest godna pożałowania! — odrzekłem. — Idę i możecie iść ze mną. Od tej pory ja podejmuję decyzje, a wy możecie słuchać, albo robić, co chcecie, ale beze mnie.

Pośród ludzi powstało poruszenie. Odniosłem wrażenie, że ci ludzie mieli inne plany wobec Edenu, niż ja i ich role już dawno zostały podzielone.

— Przed miesiącem pochowaliśmy Ewę Tymowską — rzekł Jarek. — Ona miała podobnie znaczenie dla Edenu jak ty. Nie możemy pozwolić…

— Nie słuchałeś?! — przerwałem mu. — Ja wydaję polecenia, kto słucha, idzie za mną.

Odszedłem w kierunku, skąd nadchodził Carpanter. W chwilę później podbiegli do mnie Paweł, Darek i Borek, a po nich dołączył Joe.

Ruszyliśmy po śladach. Szedłem na przedzie, a pozostali podążali za mną, zachowując ostrożność. Jak bardzo Elena stała się dla mnie ważna, wiedziałem tylko ja.

Uszliśmy dwa, może cztery kilometry. Zatrzymałem się i odwróciłem, aby zatrzymać pozostałych.

— Przed nami rozciągnięto drut nisko nad ziemią — poinformowałem. — Jeden zostanie, a kiedy się ukryjemy, zerwie drut.

Wykonania zadania podjął się Joe. Imponowała mi jego odwaga.

Ukryliśmy się w krzakach gotując karabinki. Na mój znak Joe przerwał drut i ukrył się w krzakach. Nie czekaliśmy długo, bo już za dwie minuty pojawił się dziesięcioosobowy oddział. Tylko zasadzka dawała nam przewagę, a jeżeli nie zabilibyśmy ich, oni mogli pozabijać nas. Jednak ci ludzie nie zachowywali najmniejszej ostrożności, jakby specjalnie narażali się na śmierć. Grupa żołnierzy podeszła do zerwanego drutu i czując się pewnie, przez chwilę rozmawiali.

Zaraz też z leśnych zarośli wyszła kolejna dziesięcioosobowa grupa. Czyli teraz mieliśmy do pokonania dwudziestu. Nagle na przeciwników spadły granaty z gazem, a przeciwnicy padali jeden po drugim. W minutę później wyłonił się Jarek z resztą oddziału. Związaliśmy nieprzytomnych i zanieśliśmy w krzaki. Każdy z nich został pozbawiony wszystkiego. Ich ubrania założyliśmy na swoje i w dwóch grupach zbliżyliśmy się do fortecy. Niesymetryczny kształt, otoczona płotem z drutu kolczastego, z wieżyczkami strażniczymi na narożnikach, wokół ogrodzenia stały nieregularne baraki wykonane z nieobrobionych bali.

Baza okazała się pilnie strzeżona, jak na nasze możliwości.

— Musimy wywołać zamieszanie — zaproponował Jarek.

Wyjął z kieszeni radio i nadał jakiś komunikat. Może pięć minut później dostrzegliśmy świetlistą smugę mknącą po niebie, a po chwili nastąpiła detonacja w centrum placu. Żołnierze to zbiegali się to rozbiegali po placu. Kilku pobiegło w las, aby wrócić po chwili. W ten sposób dostaliśmy się do bazy, bo żaden z tych, co przyszli nie wrócił.

Płonące szczątki baraku-stołówki zalegały na całym placu.

Gdzie trzymają Elenę? — zastanawiałem się oglądając obóz.

Za chwilę też skierowałem się do kwater dowódców. Znajdowałem się przy drzwiach, kiedy usłyszałem nadlatujące śmigłowce, które zaczęły strzelać do żołnierzy. Jak na komendę zrzuciliśmy wojskowe ubrania, aby nas odróżniono od pozostałych.

Chwyciłem za klamkę, ale Jarek odsunął mnie na kilka metrów.

— Zamek jest zaminowany — rzekł. — Klamka ma oszukać nieświadomych. Te drzwi otwierają się specjalną kartą, a takiej nie mamy.

Swanson podbiegł  i założył ładunek wybuchowy na drzwi. Odbiegliśmy na bezpieczną odległość i legliśmy na ziemi. Swanson odpalił zdalnie ładunek i zahuczało, a wejście stanęło otworem.

W tym czasie żołnierze poddali się. W drzwiach zobaczyłem Elenę, która natychmiast podskoczyła do mnie.

— Co z dowódcą? — zapytał Jarek.

— Możesz z nim pogadać, bo ja skończyłam — odrzekła Elena.

Wskoczyłem do baraku, gdzie w pokoju wysokiej rangi oficer siedział pasami od spodni przywiązany do krzesła. Wyglądał jakby przeszedł trudną rozmowę, a twarz jego dopiero puchła. Co Elena ukrywała przede mną? Z wyglądu śliczna, delikatna, niewinna…

Wróciłem do Eleny.

Sekcja XXL przyszła nam z pomocą — wyjaśniła. — Kasia nie pracuje dla nich, ale dla kogoś innego. Sekcja próbuje pojąć Kasię, bo wymknęła się spod kontroli. Ci, którzy tutaj przebywali należą do regularnego wojska, ale też i do karnej kompanii. Kasia oszukała także i ich.

— Wygrała po raz kolejny — stwierdziłem. — Zwabiła nas tutaj, a sama udała się do trzeciego obozu lub na statek.

— Statek stoi w doku na wybrzeżu — wspomniała Elena.

Lądowały kolejne śmigłowce, a którymś z nich przyleciał gospodarz z Leśniczówki.

— Nie tak planowaliśmy rozwój tej sytuacji — oświadczył.

Nie miałem ochoty z nim rozmawiać. Podszedłem do terenowego samochodu i sprawdziłem zapas paliwa i stan techniczny. Wyglądał na sprawny, a paliwa powinno wystarczyć. Uruchomiłem silnik, Elena wskoczyła na siedzenie obok, a po chwili Darek i Paweł zajęli miejsca. Joe uruchomił drugi pojazd, ale nie czekałem na niego, tylko ruszyłem z impetem. Trzeci obóz znajdował się kilka godzin jazdy stąd. Tam zamierzałem spotkać Kasię.

Pęd powietrza pozwolił mi ochłonąć z pierwszych emocji. Ale też zacząłem pojmować brutalną rzeczywistość, którą sam przeżywałem.

Przykro było widzieć czyjąś śmierć, bo ci ludzie mieli swoje cele i marzenia, ale nie znałem ich, nie zaprzyjaźniłem się z nimi. Tak jak ludzie przychodzą i odchodzą, tak odchodzili. Ci walczyli o wspólne cele, ale z kim i o co walczyli? O samym Edenie wiedziałem tyle, że istniał, że żyli tam ludzie o innej mentalności. A tu… kilka grup ludzi chciało zająć Eden i wyprzedzali się w tym, kto z nich będzie pierwszy, bo nagroda jest tylko dla jednego. W Edenie nikt nie mieszkał od siedemdziesięciu lat i kto wie, co tam zastanę? Może miasto dawno już padło ofiarą szabrowników i zostało doszczętnie zdemolowane?

— O co ci ludzie walczą? — zapytała Elena. — Może Eden ograbiono i zrujnowano już dawno temu? Nic tu nie rozumiem. Jestem naprawdę ci wdzięczna za pomoc, bo nikt jeszcze nie zrobił dla mnie tyle, co ty, ale nie potrafię w żaden sposób się odpłacić. Teraz znowu przybyłeś mi z pomocą. A ja…

— Nie zadręczaj się — przerwałem jej. — Zostaniesz moją żoną i się wtedy zrewanżujesz. Powiedziałem!

— Ale… — usiłował coś powiedzieć Elena.

— Bez ale! — znowu jej przerwałem. — Tak postanowiła najwyższa rada Edenu!

— A my jesteśmy świadkami — wtrącił Paweł.

— Dziękuję wam wszystkim — odrzekła Elena. — Nigdy nie miałam prawdziwych przyjaciół.

Za nami pojawiły się dwa inne samochody terenowe i ciężarówka.

— Sępy także nas nie opuszczą — dodał Darek.

— Nie każdy z nich jest zły — zabrała głos Elena. — Joe jest prawdziwym towarzyszem podróży, może byłby przyjacielem, ale zawsze trafiał na interesownych zwierzchników. Ci ludzie w większości są bardzo zagubieni i potrzebują silnego dowódcy. Możesz sobie ich podporządkować, a tak im, jak i mi, imponuje działanie. Jesteś zdecydowany i bezinteresowny.

Wyprzedził nas samochód prowadzony przez Jarka. Ja nawet nie znałem drogi.

Wreszcie dotarliśmy do obozu. Tu można rzecz panował idealny ład. Tak idealny, że nikogo nie zobaczyliśmy, ale wszystko inne znajdowało się w najlepszym porządku.

Wysiedliśmy z samochodów.

Gdzieś niedaleko dało się słyszeć głosy rozmowy, choć szczątkowe i niewyraźne. Podszedłem w tę stronę zachowując ostrożność. Za mną szła Elena, potem przyjaciele i cała reszta.

Skryłem się za krzakami na skraju polany, wyjąłem pistolet i wymierzyłem. Na polanie stała Kasia z pistoletem w dłoni w otoczeniu swoich towarzyszy, a przed nimi klęczało kilka osób w cywilnych ubraniach.

— Głupi jesteście — mówiła Kasia. — Gonicie za cieniem, jakimś nierealnym wyobrażeniem, które jak wiele nie musi okazać się prawdziwe. Stanęłam na czele Atahualpy i ja rozdaję karty.

Długo celowałem, aby jednym strzałem załatwić sprawę, ale chybiłem. Huknął strzał, a kula zamiast trafić Kasię w środek czoła, zaledwie przeszyła jej prawe ramię. W tym czasie pistolet Kasi plunął ogniem trafiając w głowę czarnowłosą kobietę. Towarzysze Kasi odwrócili się i otworzyli do nas ciągły ogień, Kasia zasłonięta w ten sposób uciekła poza pole ostrzału. Każdy z nas padł na ziemię i strzelał do napastników, którzy zachowywali się niczym samobójcy.

Minuta lub dwie minuty przewagi nie pozwoliły Kasi się zbytnio oddalić. Biegłem po wydeptanych śladach, aż wreszcie dotarłem na polanę przy drodze, gdzie stał elegancki czerwony jeep, a Kasia zbliżała się do niego.

— Stój psychopatko! — zawołałem i wystrzeliłem na ślepo.

Kula trafiła w samochód i wybiła szybę w drzwiach pasażera. Kasia zatrzymała się i odwróciła. Uśmiech nie zniknął z jej twarzy ani na chwilę. Oparła się lewą ręką o błotnik samochodu.

— Przeraziła cię brutalna rzeczywistość? — zapytała. — Świat nie jest ani piękny, ani dobry. Tylko albo sobie radzisz, albo sobie nie radzisz. Ale ty dziś nie zginiesz, jeszcze nie!

Za mną pojawili się Elena, Paweł i Darek.

— Na mnie tak ci nie zależało — stwierdziła Kasia. — Elena zaczyna mnie irytować! Ale teraz was pożegnam, bo jestem lekko niedysponowana.

Kasia postąpiła kilka kroków. Uniosłem pistolet, ale nie miałem nabojów. Pistolet zatrzymał się w pozycji do przeładowania.

Kasia głośno się roześmiała.

— Kamrat! — zawołała. — Broń pani!

Na tę komendę przez wybitą szybę wyskoczył z samochodu ogromny dog błękitny i ruszył w naszą stronę. Kasia podbiegła do samochodu, zajęła miejsce kierowcy, uruchomiła silnik i wzbudzając kołami tumany kurzu, odjechała.

Obok mnie huknęły strzały, każdy mierzył do rozwścieczonego psa. A pies szedł na przód, jakby kule mu nie przeszkadzały, aż dopiero po kilku trafieniach padł na ziemię tuż pod naszymi stopami. Następnie wszyscy, którzy mieli naboje strzelali do oddalającego się samochodu.

— Znowu uciekła! — zawołałem wkurzony.

— Dlaczego chybiłeś za pierwszym razem? — zapytała Elena.

— Bo nigdy wcześniej nie strzelałem do człowieka, żeby zabić — odrzekłem.

Wróciliśmy do obozu.

Borek opatrywał rannych, a Joe przynosił kolejnych. Artur Nowak siedział nad zastrzeloną ciemnowłosą dziewczyną. Podbiegł do mnie Jarek Bednarski i bez zapowiedzi uderzył z całej siły w twarz, a ja upadłem na plecy. Elena, Paweł i Darek wycelowali do niego z pistoletów.

Podniosłem się.

— Odłóżcie pukawki — zwróciłem się do przyjaciół.

— Twoje głupie działanie… — odezwał się Jarek.

Tym razem ja mu przyłożyłem w twarz, raz, drugi i trzeci.

— Kim jesteś, że podnosisz na mnie rękę? — zapytałem. — Toczycie ze sobą głupią wojnę. Raz walczysz z Syndykatem Skrybów, a kiedy potrzeba korzystasz z ich usług. Twój fałsz doprowadził do śmierci tych wszystkich ludzi! Kontaktujesz się z wrogiem, a potem jesteś zdziwiony, że ciebie zaskakują i zawsze wiedzą, gdzie jesteś. Zamiast podjąć zorganizowane działania, naraziłeś wielu ludzi, żeby zaspokoić swoje ambicje. Jednak, jeżeli odnajdziemy Eden, ja zostanę jego prezydentem, a ty, zwyczajnym mieszkańcem, o ile będę chciał ciebie tam wpuścić. Znowu mógłbyś poprosić o pomoc Syndykat do osiągnięcia własnego celu.

Czarnowłosa, szczupła dziewczyna, jedna z tych, którzy klęczeli wcześniej, podeszła do Artura, podała mu rękę, żeby wstał, a następnie podeszli do nas.

— Tessa, która przewodniczyła naszej organizacji, nie żyje — zabrał głos Artur. — Zginęła teraz Aneta Kwarc… Ja i Natasza  popieramy Piotrka.

I stanęli po mojej stronie. Jeden po drugim, kto tylko mógł się podnieść, wstawał i podszedł do nas, stając za moimi plecami.

Jarek Bednarski został sam.

— Drogo mi zapłacicie za brak lojalności! — zawołał Jarek i odszedł w las.

A my zajęliśmy się porządkowaniem obozowiska. Każdy z nas miał dosyć wrażeń i wszyscy potrzebowali odpoczynku. Joe i kobiety w tym czasie przygotowali posiłek. A ja zastanawiałem się, co robić dalej?

 

[1] Nie używam określenia: broń palna. Broń, jak nazwa (słowo) wskazuje, jest defensywą, służy do obrony, nie do ataku.

[2] Ewangelia Mateusza 8:22 Pismo Święte w Przekładzie Nowego Świata.

[3] Według pewnych przekonań, w Kronikach Akaszy ma być z najdrobniejszymi szczegółami opisane życie każdego z nas.

Krzysztof Dmowski


Podobał Ci się artykuł?
0
głosów
- +

Brak polemik/poparć



Podobne artykuły:


KOMENTARZE


Używając tej strony zgadzasz się na wykorzystywanie plików Cookie.
Dowiedz się więcej.

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Z dniem 25.05.2018 wprowadziliśmy też w życie rozporządzenia dotyczące ochrony danych osobowych. Więcej informacji w naszej Polityce Prywatności i Regulaminie.

Zamknij