Alternatywna rzeczywistość jest wielkim znakiem zapytania, tak jak i równoległe światy. W poniższym opowiadaniu biomechaniczna wyspa Eden próbuje dać bohaterowi inny obraz rzeczywistości tego, co mogło się zdarzyć w taki sposób, a nie w ten opisany w powieści Gdzie jest twój dom, Podróżniku?

Data dodania: 2020-04-06

Wyświetleń: 192

Przedrukowań: 0

Głosy dodatnie: 0

Głosy ujemne: 0

OPOWIADANIE

0 Ocena

Licencja: Creative Commons

Krzysztof Dmowski - Alternatywna rzeczywistość: Elena, cz.1

1.  Tajemnicza postać.

Rozumiem, że choć przypadek nie istnieje, to czasem jakieś zdarzenia przypadkiem nazwać można. Raz przeżyłem alternatywną rzeczywistość z Edytą, okej. Drugi raz z Ewą, okej. Ale trzeci raz wychodzi poza pewne granice. Wielu moich przyjaciół zastanawiało się nad tym dlaczego przytrafiła mi się ta nietypowa nierzeczywistość, a ja znałem tę odpowiedź. Czegoś pragnąłem przez wiele lat, a Eden ofiarował to, co mógł, choć przeżywanie alternatywnych rzeczywistości nie dawało tego efektu[1].

Niestety… czy ta opcja była podarunkiem od Edenu? Nie potrafiłem odpowiedzieć.

☆☆☆

Wracałem do domu ze spotkania z Kasią i wyciskałem z mojego FSO 1500[2] całą jego moc, bo rozpierała mnie radość z powodu licznych zmian w moim życiu, jakie rodziły się nieustannie, kiedy zaczęły realizować się marzenia.

Miałem włączone drogowe światła i w ich zasięgu na czas, zobaczyłem leżącą na drodze przede mną przeszkodę. Gwałtownie nacisnąłem hamulec, a tarczowe hamulce zadziałały natychmiast i właściwie, choć gdybym nie odbił kierownicą w bok, a samochodem nie zarzuciłoby, najechałbym na przeszkodę.

Z początku wydawało mi się, że na ulicy leży worek, ale kiedy z latarką w dłoni zbliżyłem się, dostrzegłem skuloną ludzką postać. Podskoczyłem bliżej, a leżąca osoba okazała się młodą kobietą. Leżała w pozycji, która wskazywała, że ktoś ją tak specjalnie położył, licząc iż przejeżdżający pierwszy samochód przejedzie ją. Gdybym nie miał włączonych długich świateł, byłbym to ja.

Dziewczyna była zimna, oddychała z trudem. Wyglądała jakby wyszła z ekskluzywnego przyjęcia. Miała na sobie czarną sukienkę i bolerko, czarne rajstopy porwane na prawym kolanie i pantofelki na wysokim obcasie.

Nie mogłem jej tutaj pozostawić. Poruszyłem ją za ramię, ale nie zareagowała. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem w stronę samochodu. Z trudem otworzyłem tylne drzwiczki i delikatnie ułożyłem nieprzytomną na siedzeniu. Zamknąłem drzwi i wtedy usłyszałem dźwięk pracującego silnika spalinowego. Na wygaszonych światłach, w zupełnych ciemnościach, wprost z pola na drogę, gramolił się jakiś samochód. Nie czekałem na rozwój sytuacji, bo ktoś jadący nocą i po ciemku, nie miał raczej dobrych zamiarów. Silnik mojego samochodu wciąż pracował, więc tylko usiadłem za kierownicą i gwałtownie ruszyłem z miejsca. W swoim samochodzie wygasiłem także światła, aby tylnymi światłami nie zdradzać swojej pozycji, a do oświetlania drogi przed sobą używałem sygnału świetlnego. Znałem okolice na tyle dobrze, żeby uciec w ten sposób, ale drugi kierowca też mógł ją znać. Jechałem zatem przed siebie, świadom tego, że za chwilę znajdę się w oświetlonym mieście.

W pewnym momencie poczułem chłód stali na szyi, a kątem oka w lusterku wstecznym dostrzegłem postać siedzącą na tylnym siedzeniu, celującą do mnie z pistoletu.

— Natychmiast się zatrzymaj! — zażądała nieznajoma przemawiając słodkim głosem.

— Nie mogę — odrzekłem podenerwowany. — Leżałaś nieprzytomna na szosie i o mało cię nie przejechałem. Zabrałem cię do samochodu, a po chwili ktoś zaczął nas ścigać.

— Niczego nie pamiętam…

Usłyszałem głuche uderzenie zapewne upadającego pistoletu na podłogę, a dziewczyna osunęła się na siedzenia przednie i tkwiła tak z głową pomiędzy dwoma oparciami.

Pistolet na pewno miała w torebce — wnioskowałem. — W co ja się znowu wpakowałem?

Za mną jechał samochód z wygaszonymi światłami, przede mną rozpościerała się jasna łuna miasta. Tu niedaleko powinien być zjazd w boczną drogę do lasu, a dalej na małą polankę, którą dobrze znałem z nocnych podróży. Jeżeli uda mi się tam zajechać po ciemku, bez używania nożnego hamulca, zyskam trochę czasu.

Pociągnąłem dźwignię ręcznego hamulca, ale droga hamowania w ten sposób bardzo się wydłużyła. Zatem nie mając wyjścia jeszcze przy znacznej prędkości, skręciłem kołami maksymalnie w prawo, mając przed sobą zupełną ciemność. Inaczej minąłbym zjazd, a przyciskając nożny hamulec, zaalarmowałbym jadącego za mną światłami stopu. Samochód podskoczył kilka razy na nierównościach drogi, tak, że oboje podskakiwaliśmy do góry.

— Stevie Wonder uczył cię jeździć? — zapytała nieznajoma, ale słowa jej przyszły z wysiłkiem.

Nie odezwałem się skupiając na manewrowaniu pomiędzy drzewami. Księżyc nie świeci tej nocy zbyt jasno, a drzewa zauważałem na kilka metrów przed samochodem. Ale znałem wybornie to miejsce. Jednak inaczej jest oświetlać znajomy teren światłami, niż prowadzić po ciemku.

Samochód zatrzymał się i zgasiłem silnik. Jeżeli ścigający mnie przyjadą tutaj za mną, wtedy zostanie mi ucieczka pieszo pomiędzy drzewami. Nie mogłem tu jednak zostawić dziewczyny, bo takie zachowanie odbiegało od zasad dżentelmena. Otworzyłem tylne drzwi. Ona chyba rozumiała, co się dzieje. Najpierw wymacałem pistolet, który znalazłszy włożyłem za pasek spodni, a następnie usiłowałem przerzucić dziewczynę przez ramię, co ona mi ułatwiała.

Mogła liczyć sobie najwyżej dwadzieścia lat, wysoka na sto siedemdziesiąt centymetrów, szczupła, zgrabna i śliczna. Ciemne kręcone włosy spadały jej na plecy.

Udało się ją podnieść i stanąłem przy samochodzie nasłuchując, gotowy pobiec pomiędzy drzewami, na pierwszy niepokojący dźwięk.

Kierowca drugiego samochodu, musiał także skręcić, ale aby jechać przez las powinien włączyć światła.

Cisza. Tylko szumiał las.

Odczekałem kilka minut. Nic się nie działo. Zatem cicho otworzyłem przednie drzwi od strony pasażera i posadziłem dziewczynę na siedzeniu, a następnie przypiąłem pasem. Bezgłośnie zamknąłem drzwi i dalej nasłuchiwałem. Ale jadący jakby rozpłynął się w powietrzu. Raczej nie zaryzykowałby jazdy przez las na wygaszonych światłach. Ja miałem przewagę, bo znałem to miejsce, niemalże każde drzewo. Jednak wiedziałem, że drugi kierowca nie zrezygnuje, skoro zamierzał dokonać morderstwa na dziewczynie cudzymi rękoma.

Ostrożnie postąpiłem kilka kroków do przodu. I tak ośmielony dotarłem do rozwidlenia drogi. Do ulicy dzieliło mnie ze dwieście metrów. Tam w świetle księżyca dostrzegłem samochód zawieszony na zjeździe, bo kierowca za późno skręcił. Trzech ludzi kręciło się wokół samochodu.

Zawróciłem.

Jeżeli uruchomię silnik, oni usłyszą i zdążą dobiec, zanim wymanewruję ponownie na drogę. Musiałem rękoma przepchnąć samochód jakieś dziesięć metrów po leśnym poszyciu. Niby podłoże wyschło z braku deszczu, ale samochód swoje ważył. Otworzyłem okno od strony kierowcy i przy zamkniętych drzwiach pchałem za słupek, a kiedy zachodziła potrzeba obracałem kierownicą. Nie wiem ile czasu i wysiłku mnie kosztowało przepchnięcie samochodu te kilka metrów. Wreszcie samochód znalazł się na drodze, a ja skręciłem kołami maksymalnie i ustawiłem auto we właściwym kierunku. Od strony ulicy błysnęło niebieskie światło. Samochód miałem ustawiony właściwie do kierunku jazdy w głąb lasu. Mogłem już odjechać, ale zainteresowały mnie te kolejne błyski niebieskiego światła. Znowu podszedłem do krawędzi lasu i stanąłem jak wryty. Niebieskie światło okazało się kogutem milicyjnego radiowozu, który zawisł na drodze goniąc mnie.

Kim była zatem elegancko ubrana dziewczyna? Wróciłem biegiem do samochodu i teraz z większym zapałem począłem go pchać na przód. Nie umiem stwierdzić, ile przebrnąłem w ten sposób, czy dwadzieścia, czy więcej metrów, ale znajdowałem się pomiędzy gęstymi drzewami. Zalewał mnie pot. Nie miałem suchego skrawka ubrania. Odwróciłem się i spojrzałem w kierunku niebieskiego światełka, które tylko ledwo dostrzegałem. Postanowiłem, że będę jechał bez świateł, a jedynie z latarką w dłoni.

W teorii sprawa wydawała się prosta, ale w praktyce już nie tak bardzo. Jazda w ten sposób do niczego nie prowadziła. Miałem do przebycia kilka kilometrów lasem, a przy tej prędkości biegnący człowiek z łatwością mógł mnie dogonić. I nawet jeden celny strzał w oponę zatrzymałby mnie na dobre. Milicja posiadała radio i może obstawić każdy wyjazd z lasu, natomiast droga ta została przeznaczona dla traktorów, a nie dla samochodów osobowych. Łatwo mogłem zawiesić samochód na koleinie, a podwoziem już wiele razy przytarłem. Nie myślałem, co dalej? A przecież wiozłem dziewczynę poszukiwaną przez milicję. Każdy patrol mógł mnie zatrzymać i… No tak. Mogłem zostać w lesie, ale ta dziewczyna potrzebowała pomocy medycznej jak najszybciej.

Zapaliłem zatem światła i wtedy mogłem znacznie przyspieszyć, choć nieustannie spoglądałem w lusterko wsteczne z obawą, że za chwilę za moim samochodem pojawią się światła goniącego mnie samochodu.

Ale, co dalej?  — zastanawiałem się. — Do szpitala nie pojadę. Nie wiem nic o tej dziewczynie, a kiedy opowiem o okolicznościach, nawet jeżeli ktokolwiek mi uwierzy, na miejsce zostanie wezwana milicja!

Miałem wujka ginekologa, a ginekolog to przede wszystkim doktor medycyny. Zatem należało do niego pojechać!

Las się skończył, ale dalej wszystko wyglądało spokojnie. Nie dostrzegłem zagrożenia, więc wyjechałem znowu na asfaltową drogę. W pewnym sensie poczułem się bezpieczny. Do wujka miałem ze dwadzieścia kilometrów, zatem tam się skierowałem. Z każdym kilometrem oddychałem spokojniej.

Wujek zaspany otworzył drzwi. Oprzytomniał na mój widok i natychmiast gwałtownymi ruchami dłoni chwytał mnie za różne części ciała dokładnie oglądając. Dopiero teraz dostrzegłem dwie plamy krwi na mojej koszulce.

W kilku słowach opowiedziałem swoją przygodę.

— Tu nie możemy jej zostawić, bo z powodu zakazu aborcji wciąż mam kontrolę — zamyślił się wujek. — Twój brat też nie może o niczym wiedzieć.

— Są dwa miejsca — sugerowałem. — Nasz klub i leśniczówka. Mój brat Paweł zaś wczoraj wyjechał na urlop…

— Zabierz ją do klubu, a ja pozbieram narzędzia i niedługo przyjadę. Przygotuj ciepłą wodę w dużej ilości.

Na jednej nodze wróciłem do samochodu. Prawie trzydzieści kilometrów od miejsca zdarzenia czułem się o wiele bezpieczniej.  Ale w pełni bezpieczny się nie czułem, bo mogło wydarzyć się wszystko.

Dwa kwadranse później zaparkowałem przed naszym klubem na podwórku i otworzyłem drzwi, a potem przeniosłem dziewczynę. Ułożyłem ją na wersalce, a dopiero wtedy odetchnąłem. Poszedłem do samochodu i obejrzałem wnętrze w świetle latarki, ale nie dostrzegłem żadnych śladów, nawet kropli krwi. Z bagażnika zabrałem czystą koszulkę i przebrałem się. Wróciłem do klubu, dziewczyna wyglądała jakby spała. Taka śliczna… dopiero teraz dostrzegłem jej krew w okolicach podbrzusza.

Odwróciłem się na odgłos kroków, spodziewając się zobaczyć wujka. Akurat, jakby na mnie czekali, przyszli moi przyjaciele Paweł i Darek. Zaskoczeni widokiem dziewczyny zaniemówili.

— Czekaliśmy na twój powrót — rzekł Paweł. — Ale tego się nie spodziewaliśmy.

— Dziewczyna jest ranna… — wyjaśniłem. — Zaraz przyjedzie wujek… Paweł zostań tu z nią, Darek niech wyjdzie na drogę, a ja przygotuję wodę…

Przyjaciele zgodzili się.

W domu przejrzałem ubrania i znalazłem dla dziewczyny bluzę i spodnie dresowe, zaczerpnąłem wiadro gorącej wody i wróciłem do klubu.

Właśnie przyjechał wujek. W czasie operacji nakazał nam pozostać na zewnątrz. Czekaliśmy zatem.

— Miałeś fart! — zauważył Darek.

— Ciekawe kim jest ta dziewczyna i w co się wplątała? — zainteresował się Paweł. — Wygląda jakby uczestniczyła w jakimś balu. Może będzie trzeba ją ukryć…

— Mam trochę ubrań po mojej siostrze, która już dawno ich nie założy, bo przytyła, a trzeba stwarzać pozory — dodał Darek. — Zaraz przyniosę dla niej ubrania.

I natychmiast zniknął.

— A co z Kasią? — zagadnął Paweł.

— Zapomniałem o niej zupełnie — przyznałem szczerze.

— I właśnie tutaj leży sprawa, bo gdyby była dla ciebie ważna, nie zapomniałbyś o niej na chwilę.

Miał rację, ale ja nie chciałem tego przyznać.

Wyszedł wujek.

— Dziewczyna została postrzelona i straciła dużo krwi — oświadczył. — Nie mamy krwi. Za kilka dni jej stan wróci do normy. Postaram się raz dziennie ją odwiedzać. Gdyby coś się działo zadzwonisz do mnie i powiesz: wielka ryba, nic więcej. A wtedy postaram się przyjechać. Na stole zostawiłem tabletki i opis jak je dawkować, a także zalecaną dietę.

Wujek wsiadł do samochodu i odjechał. Weszliśmy do klubu. Dziewczyna leżała przebrana w ubrania, które wygrzebałem, a jej suknia spoczywała obok łóżka.

Wszedł Darek z dwoma reklamówkami w dłoniach.

— I tak siostra miała je wyrzucić — rzekł.

Postawił torby obok łóżka.

W tym czasie Paweł wyciągnął flaszkę i kieliszki.

☆☆☆

Spałem na rozkładanym fotelu w klubie. I obudziłem się kiedy słońce stało wysoko na błękitnym niebie. Dziewczyna jeszcze pozostawała w stanie nieprzytomnym od wczoraj, choć oddychała spokojnie.

Wyszedłem na zewnątrz i oglądałem samochód w świetle dnia. Poza kurzem niczego nie dostrzegłem, aż dziwne, że po ciemku nie porysowałem lakieru. Spokojniejszy wróciłem do środka.

Zatrzymałem się w progu. Nieznajoma celowała do mnie z pistoletu. Nadal jej twarzyczkę pokrywała biel…

— Drugi raz już do mnie celujesz… — zauważyłem.

— Gdzie jesteśmy?

— Jesteś bezpieczna. Mój wujek jest lekarzem i wyjął wczoraj kulę z twojego brzucha. A koledzy przynieśli ubrania…

— Kim jesteś i dlaczego mi pomagasz?

— Wczoraj leżałaś na ulicy i o mało cię nie przejechałem.

Opowiedziałem o wszystkim.

— Wydaje mi się, że to ja powinienem zadawać pytania — stwierdziłem. — Nie wiem komu pomogłem. W tej chwili znajduję się w tak samo dużym niebezpieczeństwie jak ty.

Odłożyła pistolet.

— Nie spałam wczoraj i słuchałam bzdur, jakie sobie opowiadaliście… Nie mogę powiedzieć niczego o okolicznościach, ale działam w słusznej sprawie. A sprawy tej nie rozumie milicja. Muszę kogoś odnaleźć.

— Mogę pomóc tobie szukać — zaoferowałem się.

— Dlaczego chcesz mi pomóc? Nie wiesz kim jestem…

— Akurat mam wolny czas, a ty przez kilka dni zostaniesz tutaj. Wujek zostawił lekarstwa i zamierza cię doglądać. Straciłaś dużo krwi, a my nie mieliśmy jej skąd wziąć.

Zmarszczyła brwi.

— W jakiś sposób, którego nie rozumiem, ufam tobie — stwierdziła. — Nie dlatego, że mi pomogłeś. Czy jesteśmy tutaj bezpieczni?

— Jesteśmy bezpieczni.

Zastanowiła się chwilę.

— Mam na imię Elena — odezwała się. — Pracuję dla kogoś, kto dba o porządek na świecie. Milicjanci wpadli na bal, gdzie świętowaliśmy kolejny sukces. Nasi przeciwnicy mają długie ręce i mogą wszystko. Mają na usługach nawet milicję.

— Nazywam się Piotr Tymowski — przedstawiłem się.

Gdy wymawiałem personalia jakiś nieokreślony grymas przemknął przez jej twarzyczkę.

— Mieszkam tu chwilowo sam, bo mój brat-milicjant wyjechał na urlop. Do jego powrotu jesteś tu bezpieczna.

— Szczęściara ze mnie — rzekła cynicznie i delikatnie usiadła na posłaniu, a potem położyła się.

Nie wiedziałem jak mam odebrać jej słowa.

— W tej sytuacji powinnam przefarbować włosy, aby mieć element zaskoczenia — znowu zabrała głos. — Oni poszukują szatynki. Potrzebuję też kilku rzeczy. Pieniądze mam w torebce… Czy twoim kolegom można zaufać?

— Powierzyłbym im życie.

— Daj mi coś do pisania, a potem wyślij któregoś po zakupy — poprosiła. — Sam jednak zostań.

☆☆☆

W kilka godzin później przyjechał wujek i obejrzał pacjentkę.

— Szybko wracasz do zdrowia — rzekł zadowolony. — Jest lepiej niż myślałem, a zatem moje wizyty nie będą potrzebne. Jedynie gdyby się coś pogorszyło.

Wujek odszedł, a w tym czasie wrócił Paweł z zakupami.

— Jestem osłabiona dlatego musicie mi pomóc przefarbować włosy — powiedziała Elena. — Nie ma się czego bać.

Pierwszy raz robiłem tego rodzaju zabieg i chyba wyszło dobrze. Elena potem wysuszyła głowę, żeby mogła się przebrać wyprosiła nas na kwadrans. A wróciwszy do wnętrza klubu, zobaczyliśmy blondynkę z włosami kręconymi i rozpuszczonymi wokół głowy, ubraną w bluzkę na styl staropolski i dżinsową spódniczkę mini. Na nogach miała białe czeszki. Ta metamorfoza wywołała w nas niesamowite uczucie.

Paweł poszedł do domu, a ja siedziałem w fotelu. Elena usiadła na łóżku, bo nie czuła się całkiem pewnie na nogach. Bladość jej twarzy jeszcze nie ustąpiła.

Raptem z hukiem otwarły się drzwi, a na progu stał mój największy wróg, a przyjaciel mojego brata: Wązowski. Przyszedł w ubraniu milicjanta.

— A co tu się wyprawia? — zapytał.

Za pozwoleniem mojego brata czuł się tutaj jak u siebie. I bez tego w tym czasie milicjanci mogli naprawdę wiele. Byłbym gotów zastrzelić go, ale nie miałem pistoletu.

Wszedł do środka, obrócił się, bacznie przyglądając się Elenie, ale ona zupełnie go lekceważyła przeglądając gazetę.

Wązowski popatrzył na mnie złowrogo.

— Paweł prosił, żebym pilnował cię przed kłopotami. Fajnie, że sobie dupę znalazłeś! Niezła jest.

— Wypieprzaj stąd! — wstałem na nogi. — Co ty sobie myślisz buraku, że będziesz zawsze tu wchodził jak do własnego chlewu?

— Nie pyskuj szczeniaku, bo cię momentalnie usadzę!

— Ciekawe, czy wtedy wytłumaczysz się przed szefem z kradzieży dowodów?

Zaskoczenie wymalowane na jego twarzy powiedziało mi wszystko.

— Kto ci o tym powiedział? Nawet Paweł nic nie wie! — zawołał poruszony.

— Wypieprzaj! — powtórzyłem.

— Spokojnie — rzekł pojednawczo. — Wczoraj wymknęła się nam groźna ku…wa, a i samochód może stać się podobny do twojego.

— Jaki był numer do twojego szefa? — zapytałem.

— Tylko wyjawiłem ci cel mojej wizyty — tłumaczył spokojnie. — Nasza uciekinierka powinna być ranna, bo zostały ślady krwi… Nie widzę tu nic podejrzanego. Masz szczęście.

Wązowski wyszedł.

Elena przez chwilę na mnie patrzyła w milczeniu.

— Zwyczajny przygłup! — wyjaśniłem.

— Skąd wiedziałeś o jego kradzieży?

— Nie wiedziałem. Improwizowałem. On ma bardzo lepkie ręce i niczego się nie obawia.

— Zaimponowałeś mi.

Teraz ja na nią spojrzałem.

— Tutaj nie jest tak bezpiecznie jak zakładałeś — odezwała się Elena. — Byle menda może wywołać awanturę, która przyniesie nieoczekiwane konsekwencje. Powinniśmy się stąd wynosić.

— Powiedziałaś, że powinniśmy się wynosić?

— Tak Piotrze Tymowski, przyjechałam tu po ciebie, ale nie dotarłam na czas. A jednak mimo wszystko spotkaliśmy się. Jesteś celem wielu osób, gdyż jak pamiętasz, co podchwyciłam z rozmowy, twój pradziadek pochodził z Edenu. Syndykat Skrybów podesłał ci Kasię. Założył też Sekcję XXL, żeby cię wypróbować. Sekcja XXL została stworzona do odnalezienia Edenu, a ja współpracuję z Tessą, poznasz ją kiedyś, Tessa i jej brat Hanz, wspólnie chronią potomków dawnych mieszkańców Edenu. Ale nie mogli do ciebie się zbliżyć. Impreza, o której ci mówiłam, była tylko przykrywką. Odbyło się spotkanie wielu ludzi, którzy chcą udaremnić Syndykatowi podróż do Edenu. Miałam po tej imprezie odnaleźć ciebie. Ale jak wiesz złapali mnie. Musimy ruszać. Reszta ludzi czeka w umówionym miejscu.

To dlatego przez jej twarz przebiegł ten grymas, kiedy się przedstawiłem… Swoje pochodzenie znałem, ale nie bardzo wiedziałem, gdzie mam stawiać pierwsze kroki, a teraz wszystko się ułożyło samo.

— Milicja jest na usługach Syndykatu — zabrała głos Elena. — Oni też dobrze wiedzą kim jesteś. Dlatego musisz zniknąć niepostrzeżenie i nie kontaktuj się z Kasią, bo ona też ma swoje zadanie.

— Zbierz wszystko czego potrzebujesz — zdecydowałem. — Ja wezmę swoje ubrania. Paweł i Darek czekają na mój sygnał. Domyśliłem się, że ktoś cię przysłał. Nawet zastanawiałem się, czy na drodze nie odegraliście inscenizacji. Z tymi włosami jesteś bardzo podobna do siostry Darka, Agnieszki. Dlatego Darek buchnął jej dowód osobisty. Jest ona od ciebie starsza o cztery lata, ale może się udać. Lekarz jest moim przybranym wujkiem, nazywa się Mariusz Borek i jest ode mnie starszy zaledwie dziesięć lat, ale jest dla mojej ochrony.

Teraz Elena spoglądała z wybałuszonymi oczyma. Miała mnie za jakiegoś ograniczonego prostaka, który nie rozumie swojej pozycji.

— Od wielu lat próbowałem znaleźć sposób, żeby wyrwać się z tego gnoju — kontynuowałem. — Jedna porażka może być przypadkiem, ale seria porażek, coś już znaczy. Od lat szukałem odpowiedzi dlaczego tak się dzieje? Oni się mnie obawiają. Pradziadek nauczył mnie wszystkiego, czego potrzebuję. Jestem doskonałym żeglarzem, mam wiele innych talentów. Płynnie mówię po hiszpańsku i francusku, słabiej po angielsku. A Paweł i Darek zawsze mnie we wszystkim wspierali. Zatem dziś ruszamy we czworo do Gdyni.

— Skąd wiesz, że do Gdyni?

— Bo tam jest pozostawiony nam statek. Poza tym w chwili, kiedy Sekcja XXL wedle swojego mniemania mnie zwerbowała, zrozumiałem, że nadszedł czas na działanie. Przejrzałem ich z góry.

Godzinę później mknęliśmy na północ. Wyglądaliśmy jak zwyczajna grupa znajomych, którzy jadą na wakacje pod namiotem, a namiot dla pozoru spoczywał na dachowym bagażniku mojego Fiata.

Kłopoty zaczęły się nieco później, gdy przejechaliśmy połowę drogi. Przed nami wyrosła kontrola wszystkich pojazdów. Sprawdzano dokumenty wszystkich podróżnych, a dziewczyny brano do przydrożnego namiotu, aby obejrzeć, czy żadna nie ma śladów postrzału, jeżeli tylko przypominała szczupłą brunetkę.

Staliśmy w długim sznurku samochodów, a zawrócenie w tym momencie, mogło jedynie wzbudzić czyjeś zainteresowanie. Obserwowaliśmy już takie sytuacje, kiedy zniecierpliwiony kierowca próbował zawrócić i odjechać. Wtedy podjeżdżał radiowóz, tak że rzadko któremu kierowcy udało się odjechać.

— No to mamy problem — stwierdziłem. — Jak tylko wezmą Elenę do namiotu, z miejsca rozpoznają.

— Co możemy zrobić w tej sytuacji? — zapytała Elena. — Mam pomysł!

Elena nie przedstawiając nam swojego planu, wyszła z samochodu i podbiegła do najbliższego milicjanta. Pokazała mu dowód osobisty siostry Darka, i coś z ożywieniem mówiła wskazując zarośla. Po chwili pośród milicjantów zawrzało. Rozbiegli się po lesie, a samochody bez kontroli pojechały dalej.

Elena najspokojniej w świecie, nie tylko nie spiesząc się, ale nawet z ociąganiem, wróciła do samochodu i uśmiechnięta zajęła swoje poprzednie miejsce z przodu obok mnie.

— Co ty wymyśliłaś? — zapytałem zżerany niecierpliwością.

— Przedstawiłam się jako siostra Darka, a milicjantom powiedziałam, że dwoje ludzi wysiadło z samochodu i uciekli przez las. Chłopak podobny był do ciebie, no może nie miał skrzywionego nosa i niesymetrycznej twarzy, i prowadził on dziewczynę, która wyglądała tak, jak ja kiedyś. Milicja nie podała żadnej informacji w radiu i TV, więc nie mogłam wiedzieć, że kogoś szukają. Nie wyczuli kłamstwa, bo wszystko im dokładnie pasowało. I jeszcze dodałam, że milicjant, który wygląda jak Wązowski, ma ten sam stopień na mundurze, ich prowadził. Dobrze zrobiłam?

— Zaimponowałaś mi — stwierdziłem.

— Imponuję tobie od początku naszej znajomości, tylko nie potrafiłeś tego przyznać! — stwierdziła z uśmiechem.

Kilka kilometrów dalej zajechałem na parking, gdzie oczekiwał nas wujek Borek.

— Obawiałem się o was z powodu tej kontroli — rzekł na przywitanie.

— Szukają mnie i Eleny — odrzekłem. — Dlatego Elena pojedzie w twoim samochodzie, a my będziemy trzymać się blisko. Jeżeli w dwie godziny nie dotrzemy na miejsce, zrobi się gorąco.

— Zrobimy inaczej — odezwała się Elena. — Kilka kilometrów stąd czeka śmigłowiec.

— Piotr Tymowski nie podróżuje śmigłowcem, a także niczym innym, co bez przyczyny unosi się w powietrzu — powiedziałem z naciskiem.

Nie zdążyłem dokończyć, gdy świat zawirował mi przed oczyma. Ocknąłem się na pokładzie helikoptera, który pilotował rosły murzyn. Elena przytuliła mnie do siebie.

— Przepraszam, ale zawsze stawiam na swoim — powiedziała uśmiechnięta. — Mógłbyś się nie zgodzić na lot. Po tym jak Borek mnie operował, porozmawiałam z nim na twój temat. On od lat pracował dla nas i wiedziałam, że cię pilnował nie budząc podejrzeń. On zaserwował ci środek nasenny.

— Ktoś chyba powinien nauczyć cię roli kobiety w życiu — stwierdziłem.

— Może sam spróbujesz? — zagadnęła.

I pocałowaliśmy się.

— Fuj! Jakie to obrzydliwe! — skrzywił się Paweł, mając na myśli nasz pocałunek.

— Nasz pilot Joe, jest w rzeczywistości wyśmienitym kucharzem — zmieniła temat Elena. — Niby wszystko gra… poza jednym. Nie ma statku tam, gdzie powinien się znajdować. Został wykradziony przez służby, ale nikt nie potrafi dostać się do środka. Statek trzymają w tajnej bazie na Tajemniczej Wyspie[4]. Bez statku trudno nam będzie odnaleźć Eden.

Tajemnicza Wyspa jest silnie strzeżonym ośrodkiem — zauważyłem. — Dostanie się tam jest niemożliwe.

— Jarek Bednarski i Artur Nowak już pracują nad sposobem dostania się do bazy — rzekł pilot. — A za kilka godzin wylądujemy na Tajemniczej Wyspie.

Były to moje ostatnie radosne chwile.

 

[1] Wyjaśnienie tematu czytelnik znajdzie w jednym z ostatnich tomów głównych powieści z cyklu o Edenie.

[2] Po utracie licencji Fiata, FSO zmieniła nazwę pojazdu na FSO 1500.

[3] Stevie Wonder — niewidomy amerykański piosenkarz.

[4] Fikcyjne miejsce stworzone na potrzeby powieści.

Licencja: Creative Commons