0
głosów
- +

Tajemnica starego kominka - fragment

Autor:

Aktualizacja: 01.04.2020


Kategoria: Twórczość / Książki i powieści


Opowiadanie
  • 0 głosów dodatnich
  • 0 głosów ujemnych
  • 77 razy czytane
  • 0 przedrukowany
  • 0 Polemik/Poparć <span class="normal">Odpowiadanie na artykuł</span>
  • Licencja: CC <span class="normal">Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie dzieła i wszelkich jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o tw&oacute;rcy.</span>
Dostęp bezpłatny <span class="normal">Dostęp do treści jest bezpłatny.<br/> Inne pola eksploatacji mogą być zastrzeżone sprawdź <b>licencję</b>, żeby dowiedzieć się więcej</span>
Tajemnica starego kominka - fragment

Fragment nowelki uzupełniającą powieść: "Gdzie jest twój dom, Podróżniku?" Opisane tu zostały losy dziewczyny, która w powieści pojawia się w rozdziale: "Królowa Edenu". 


Mądrość to nie tylko umiejętność słuchania innych,
ale wiedza, którą zdobywa ten, kto jej szuka.

Rozdział pierwszy. Pożar, porwanie i cudowne wybawienie.

W małym sennym, francuskim miasteczku mieszkała pewna niespokojna istota o imieniu Edyta. Dziewczyna miała środkowoeuropejski typ urody: ciemne włosy, piwne oczy, nieco ciemniejszą karnację, była szczupła i mierzyła sobie sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu. Jej rodzina zamieszkała we Francji stosunkowo niedawno, bo dopiero po roku 1914. Ponieważ dziewczyna straciła rodziców dawno temu, wychowywali ją niemogący mieć dzieci krewni, którzy traktowali ją jak własne, upragnione dziecko, chociaż dziewczyna nieustannie ściągała na siebie przeróżne kłopoty, nie mogąc w ogóle usiedzieć na miejscu. Co najmniej raz w tygodniu do domu dziewczynę odwoziła policja. Oczywiście jej występki nie należały do karalnych i bardziej cechowało ją zachowanie polegające na posiadaniu innego zdania od innych, zawsze opartego na zachowaniu godności i honoru. Honor dziś nosi wiele wykładni, ale ten właściwy jest tylko jeden, kiedy zapraszamy przeciwnika do gry i upewniamy się, że on także zna zasady.

Życie Edyty uległo zmianie w chwili wycieczki wraz z opiekunami do Hiszpanii, a miała wówczas osiemnaście lat i nie mogła się spodziewać, że wszystko co ceni, straci w jednej chwili.

Siedziała właśnie z rodziną przy stoliku na hotelowym patio. Ciotka Adèle, średniego wzrostu długowłosa szatynka, ubrana w kolorową sukienkę popijała kawę z porcelanowej filiżanki. Wujek Simon, mimo wieku, był przystojnym mężczyzną. Miał na sobie koszulę w kolorowe wzory i dżinsy. Spoglądał na wychowankę zatroskanym wzrokiem, bowiem zdawał sobie sprawę, że wydarzenia w ich życiu zaczynają nabierać nieoczekiwanego zwrotu.

— Musimy porozmawiać — oświadczył wujek.

Edyta spojrzała na stryja z zainteresowaniem, bo nigdy nie przemawiał do niej w taki sposób.

— Czy po raz kolejny musimy się przeprowadzić? — bardziej stwierdziła, niż zapytała Edyta.

Ciotka dobrze zdawała sobie sprawę, że jeszcze nie nadszedł czas na to, aby dziewczyna poznała prawdę i jeszcze nie mogła zdradzić tajemnic, które dotyczyły ich rodziny. Wujek także zdawał sobie z tego sprawę, że Edyta nie jest gotowa na zaistniałą sytuację.

— Wszystko wynika z konieczności — odrzekła wymijająco ciotka.

— Inni ludzie mieszkają przez lata w jednym miejscu. Dlaczego my nieustannie zmieniamy miejsce zamieszkania? — indagowała dziewczyna.

— Wszystkiego dowiesz się w odpowiednim czasie… — obiecała ciotka.

Edyta zastanowiła się przez chwilę. Tak naprawdę niewiele wiedziała o swoich rodzicach i ich śmierci — zginęli w wypadku. Obecnie wraz z wujostwem nieustannie zmieniali miejsce zamieszkania, ale wcześniej uznawała, że te ciągłe przeprowadzki mają związek ze zmianą pracy wujka. Ciotka nigdy nie pracowała, a wujek zajmował się sprzedażą oprogramowania do komputerów. Teraz po raz pierwszy w życiu zastanowiła się nad tymi zmianami.

— Może więc zamieszkamy na jachcie? — zaproponowała Edyta, nie wiedząc czemu, w języku polskim.

— Nie po polsku! — syknął wujek.

Od zawsze w ich domu rozmawiali w trzech językach: francuskim, polskim i hiszpańskim, ale jednak wszędzie poza domem mówili wyłącznie po francusku. Edyta widziała w tym nawet jakąś tajemnicę, która ją pociągała, ale nigdy nikt z nią nie rozmawiał o przeszłości, ani o wielu okolicznościach rozgrywających się w rzeczywistości.

— Na jachcie? — oburzyła się ciotka.

Ciotka Adèle zawsze wokół siebie musiała zawsze mieć idealny porządek, wszystko zawsze leżało na właściwym miejscu, a dom zawsze miała idealnie wysprzątany i mimo tego, kiedy mieli zjawić się zapowiedziani goście, ciotka mogła nie spać w nocy, aby tylko dom przygotować w taki sposób, aby nikt nie mógł zarzucić jej czegokolwiek. Jej serdeczność i dobroduszność często oburzały Edytę, kiedy wychodzącym gościom oddawała plony swoich rąk pochodzące z przydomowego ogródka lub domowe wypieki. Wujek Simon należał do domatorów i zawsze kiedy tylko mógł, przesiadywał w przydomowym warsztacie klecąc różne urządzenia, tak jakby nie mógł ich kupić w sklepie, a w jego pracowni można było jeść z podłogi. Także ich wychowanka musiała zawsze być schludnie ubrana, niezależnie od tego w jakim celu wychodziła z domu. Z tych też powodu na samo wspomnienie mieszkania na jachcie, ukazało się oburzenie na twarzach obojga.

— A tak! — przyznała Edyta. — Dom byłby zawsze ten sam, a zmienialibyśmy tylko miejsca.

Ukrywanie tajemnicy przed osobą tak ciekawską jak Edyta, należało do niezwykle trudnych dziedzin. Może inne dzieci zaakceptowałyby wszystko, co dzieje się wokół, ale Edyta nieustannie zadawała pytania, za każdym razem zaskakując opiekunów. Często rozmawiali o prawdziwych dziejach, nie tych, pochodzących z książek. Dominował w tej dziedzinie wujek Simon, który gdyby tylko chciał z łatwością otrzymałby doktorat z wielu dziedzin.

— Jacht zupełnie odpada — odrzekł wujek. — Nie odpowiadają mi warunki, kiedy nieustannie kołysze.

Edyta zrozumiała, że tym razem także nie uzyska odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Decyzje w domu zawsze podejmowano wspólnie, zawsze wysuwając i analizując wszelkie za i przeciw.

— Idę na spacer! — oświadczyła Edyta.

Wujostwo w milczeniu obserwowało jej sylwetkę, aż zniknęła im z oczu. Dobrze wiedzieli, że tym razem nie mogą dyskutować o nadchodzących wydarzeniach. Nie powiedzieli Edycie o tym, że do Hiszpanii wyjechali z określonego powodu. Wujek wielokrotnie zauważył, że jest śledzony, a dom ich we Francji obserwowano od dawna. Nigdy wcześniej takiego zainteresowania swoim domostwem nie dostrzegł i tym razem dobrze wiedział, że się nie ukryje. Choć sam urodził się we Francji, tak jak jego wszyscy jego krewni, znał pochodzenie przodków Edyty. Ciotka nie posiadała tak jawnej linii genealogicznej, gdyż jej korzenie istniały zaledwie od dwóch pokoleń.

— Jest taka żywa, niespokojna — stwierdziła ciotka.

— Przede wszystkim nieświadoma — westchnął wujek. — Niech się cieszy póki może, nie odbierajmy jej najpiękniejszych lat!

— Tak niewiele czasu jej zostało…

Tymczasem Edyta spacerowała po zabytkowej części miasta, zachwycając się starożytną architekturą, która przetrwała do dziś w stanie nienaruszonym. Kamienna zabudowa domów robiła na niej ogromne wrażenie, ale tak naprawdę nurtowała ją tajemnica. Dobrze zdawała sobie sprawę z istniejących faktów. Nawet domniemała, iż wujek jest agentem tajnego wywiadu i kamufluje wiele zdarzeń. Jednak tworzyli na pozór idealną rodzinę.

☆☆☆

Edyta wracała właśnie z samotnego spaceru po mieście, gdy dostrzegła pożar hotelu, w którym aktualnie przebywała z rodziną. Wokół zgliszczy stało kilkanaście pojazdów z błyskającymi niebieskimi sygnałami na dachach: wozy strażackie, policyjne i karetki pogotowia. Policja zabezpieczyła teren taśmą, rozciągając ją między pachołkami, zaś cywile wokół stali wpatrzeni w zabiegi służb ratunkowych, a kilka osób nawoływało swoich bliskich.

Edyta rozglądała się niespokojnie, ale nigdzie nie dostrzegła wujostwa. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej, że na świecie została sama. Zaniepokojona podeszła do najbliższego policjanta.

— Mieszkałam w tym hotelu z rodziną — zagadnęła, pokazując dokumenty przed chwilą wyjęte z małej torebki.

Policjant skinął, aby poszła za nim i zaprowadził dziewczynę do policyjnej furgonetki, gdzie urządzono kryzysowy sztab zarządzania. Policjant zagadnął swojego zwierzchnika, by podszedł do Edyty, a sam wrócił na swoje miejsce.

— Proszę usiąść — odezwał się policjant łagodnym tonem głosu.

Edyta usiadła, spodziewając się usłyszeć najgorsze wieści. Przywykła do tego, że zawsze, kiedy tylko zaczynało się pozornie układać, wszystko ulegało natychmiastowej zmianie.

— Pani ciotka i wujek zostali odnalezieni martwi — oświadczył policjant nie widząc powodu, aby ukrywać fakty. — Spłonęli w swoim pokoju.

Dziewczyna pochyliła głowę, a z jej oczu popłynęły łzy. Jedna chwila odmieniła jej i tak skomplikowane życie. Jeszcze przed godziną rozmawiali, a teraz więcej już ich nie zobaczy. Wspomniała ciepło domowego ogniska, przytulne wigilie, radosne powitania wujka po kilkudniowej nieobecności. Rodzinne zjazdy, choć odbywały się one niezwykle rzadko. Przyjemne uczucie, kiedy otrzymywała oczekiwane prezenty i radość opiekunów, którzy je jej wręczali. Ale także i surowe kary za jej zachowania, które raniły wujostwo. Zawsze wtedy miała poczucie winy za to, jak bardzo zawiodła ciotkę i wujka.

— Służby przygotowały miejsca w innym hotelu dla ocalałych… — kontynuował stróż prawa.

Edyta nie słyszała słów, które do niej kierował policjant. Jej świat leżał w gruzach, a rzeczywistość przestała istnieć, a ona znalazła się w dolinie rozpaczy. Inaczej chciałaby doświadczać życia.

— Czy mogę zobaczyć ich ciała? — zapytała podnosząc głowę.

— Niestety — zaprzeczył policjant spoglądając w oczy rozmówczyni. — Widok nie jest przyjemny, bo ciała zostały zwęglone w pożarze, są nie do rozpoznania. Identyfikacji dokonano tylko na podstawie noszonej biżuterii…

Edyta odwróciła się i bez słowa odeszła. Została na świecie sama, samiuteńka. W pożarze straciła też cały swój dotychczasowy stan posiadania, przy sobie miała jedynie małą damską torebkę z dokumentami i niewielką sumą pieniędzy.

Usiadła na ławce i popadła w nieokreślony stan umysłu, w którym myśli zdominowała i wyparła totalna pustka. Czas przestał istnieć. Nie zauważyła, kiedy przyszedł wieczór i zapadła noc.

Siedziała tak do rana na ławce nieopodal spalonego budynku i obserwowała służby ratunkowe przeszukujące zgliszcza, ale nie widziała tego, co dzieje się wokół niej. Nie czuła wieczornego chłodu, ani nie dostrzegła nadejścia poranka. Wspominała opiekunów, jak wiele zrobili dla niej w życiu.

Tuż nad jej głową rozpościerało się błękitne niebo, którego nie przysłaniała najmniejsza chmurka. Wokół niej rozlegał się hałas tętniącego życiem miasta, co raz rozlegał się warkot silników samochodowych, klaksony, a co jakiś czas rozbrzmiewał sygnał karetki pogotowia lub policyjnego radiowozu. Ale Edyta tego nie dostrzegała.

Nie zauważyła zatrzymującej się za jej plecami karetki pogotowia. Ktoś w lekarskim fartuchu stanął za nią, a jakieś dwie inne osoby w tym czasie usiadły na ławce po obu stronach dziewczyny.

Nagle osobnik stojący za nią zrobił jej zastrzyk, podczas gdy ci po bokach przytrzymali, gdyby usiłowała stawiać nieznaczny opór. Następnie umieszczono ją na noszach i zaniesiono do karetki, która natychmiast odjechała. Dobrze zorganizowane zajście trwało niespełna pół minuty.

Ocknęła się w łóżku, do którego została przywiązana. Rozejrzała się nieco nieprzytomnie. Ściany pomieszczenia pomalowano na biało, a całe wyposażenie stanowił sprzęt medyczny. Gdzieś z korytarza rozlegały się kroki personelu i jakieś dźwięki upadających sprzętów, trzaśnięcia drzwiami. Poczuła zapach szpitala, co mogła wywołać kreolina lub lizol stosowane do dezynfekcji.

W chwilę po tym, jak otworzyła oczy, do pokoju wszedł zakapturzony mężczyzna ubrany w coś, co przypominało mnisi habit w kolorze brudnego brązu. Kaptur miał głęboko zaciągnięty na twarz i trudno byłoby dostrzec rysy jego twarzy. Osobnik usiadł na stołku przy łóżku.

— Co ja tu robię? — zapytała zdecydowanie.

Mężczyzna obrzucił ją chłodnym spojrzeniem.

— Zostałaś uprowadzona — odrzekł spokojnym tonem z nutką lekceważenia, bez obcego akcentu. — Zdaniem moich wspólników, twoi opiekunowie posiadali pewien przedmiot pochodzący z Edenu. Niestety, nawet będąc świadkiem tortur dokonywanych na jego żonie, twój wujek niczego nam nie powiedział. Musieliśmy ich zabić i zatrzeć ślady.

Oczy dziewczyny z przerażenia wyszły na wierzch, a ciało pokryła gęsia skórka. Rozmówca zabił jej wujostwo i opowiada o tym tak beztrosko, jakby wcale nie popełnił żadnej zbrodni! Edyta przestraszyła się naprawdę po raz pierwszy w życiu, choć w przeszłości bała się wielokrotnie, ale dopiero teraz poczuła prawdziwy strach. Była za młoda, by pojąć, co może być aż tak ważne dla kogoś, że dla tego czegoś ludzie gotowi są zabijać.

Strach sparaliżował jej ruchy, a serce podeszło do gardła. Zaciskając palce, nie zdawała sobie sprawy z tego, że paznokcie wbijają się w jej dłonie, ale nie czuła bólu.

Stojący przed nią mężczyzna zdawał się być człowiekiem zupełnie pozbawionym skrupułów, który morduje, a po chwili może przejść pozytywnie test na wykrywaczu kłamstw. Edyta po raz pierwszy w życiu miała przed sobą socjopatę.

— Jeżeli wiesz, gdzie znajduje się obiekt naszych poszukiwań i zdradzisz mi tę informację, będziesz miała szybką i bezbolesną śmierć — oświadczył nieznajomy. — Wstrzyknę ci truciznę i umrzesz natychmiast… Każdy kiedyś umrze, a celem życia każdego człowieka jest śmierć. Nie można od niej uciec, schować się przed nią, czy jej oszukać. Jedni umierają wcześniej, inni później, a i tak na jedno wychodzi.

Edyta gdyby tylko mogła, wystraszyłaby się jeszcze bardziej. Zabito jej rodzinę dla jakiegoś przedmiotu, a teraz chciano z tego samego powodu odebrać jej życie? Nawet nie pojmowała, o jaki przedmiot chodziło. Zapewne rozumowałaby zupełnie inaczej, gdyby obecnej sytuacji nie poprzedziły tragiczne wydarzenia. Edyta zawsze wyróżniała się błyskotliwością i pytanie, które powinno się pojawić, mogłoby dotyczyć tego, jak mało człowieczeństwa jest w osobie gotowej dla własnych zysków odbierać życie innym ludziom?

Teraz jednak zrezygnowana leżała związana i bezradna na szpitalnym łóżku, i jeżeli czegokolwiek obecnie pragnęła, to umrzeć, aby nie odczuwać strachu obecnej sytuacji, bezradności i pustki po stracie najbliższych. Wreszcie przyszło opamiętanie i zaczął nasuwać się właściwy obraz sytuacji w umyśle Edyty.

— Jaki przedmiot?! Jaki Eden?! Kim jesteś?! — pytała podenerwowana, prawie krzycząc.

Mężczyzna zachowywał się bardzo spokojnie, zdecydowanie, a jednocześnie w przemyślny sposób zdawał się oczekiwać tego pytania. Jednak wcale nie zależało mu na dialogu z przyszłą ofiarą.

Edyta niespokojnie wodziła oczyma po postaci nieznajomego, zaś mężczyzna okazywał zwyczajną obojętność. Spoglądał spod kaptura, bez żadnych emocji, na bladą twarz wystraszonej dziewczyny. Niby, co miała go obchodzić jakaś tam osoba, która ma prawo do życia? Dla niego i Syndykatu Skrybów, liczył się jedynie obrany cel, i jego właściwa realizacja.

— Jesteś podobno niezwykle utalentowana — rzekł po chwili. — Władasz doskonale polskim, hiszpańskim i francuskim. Masz bardzo bystry umysł i mogłabyś przydać się w naszej organizacji, ale niestety… nie przyjmujemy nikogo, kto ma korzenie w Edenie!

Na twarzy dziewczyny odmalował się wyraz największego zdziwienia. Mężczyzna po raz kolejny wymienił nazwę czegoś, czego nie znała, bo z pewnością nie miał na myśli biblijnego ogrodu Eden[1].

— W jakim Edenie? O co tu chodzi? — dopytywała się gorączkowo.

Nigdy nie słyszała o żadnym Edenie, a tym bardziej nie mogła się spodziewać tego, że coś ją łączy z czymkolwiek o takiej nazwie. Ten człowiek z pewnością się nie pomylił i wszystko, co dzieje się obecnie, może mieć związek z tajemnicą, którą ukrywali przed nią ciocia i wujek. Kto wie, czy z tego powodu nie obserwowano jej domu i czy nie z potrzeby ukrywania informacji nieustannie zmieniali miejsce zamieszkania? Zachowanie cioci i wujka wskazywałoby na racje po stronie tego tajemniczego mężczyzny.

Zakapturzony spojrzał na dziewczynę badawczo. Czyżby porwano niewłaściwą osobę? Nawet gdyby doszło do pomyłki, los dziewczyny został i tak przesądzony. Gdzie drzewo rąbią tam wióry lecą i przy tak masowym działaniu zdarzały się także pomyłki.

— Twoi pradziadkowie wywodzili się z Edenu[2] — odrzekł. — Po tym, jak w roku 1914 wygnaliśmy z niego ludzi, twoi krewni zamieszkali we Francji i… Nazywasz się Edyta Dębicka, prawda?

Przytaknęła skinieniem i zasłoniła oczy powiekami, aby powstrzymać płynące łzy. Nie mogła wiedzieć tego, że mężczyzna kłamie, bowiem mieszkańcy opuścili Eden zupełnie z innego powodu, którego nikt z Syndykatu Skrybów znać nie mógł[3].

— Twój pradziadek, Rafał Dębicki, pływał na statku z prezydentem Edenu[4]… — kontynuował oprawca. — I zaliczał się do grona najbliższych przyjaciół prezydenta, zaś po opuszczeniu Edenu nie zamieszkał przypadkiem we Francji i chronił pewien przedmiot, który ja zamierzam odzyskać!

Edyta pojęła nagle, że albo ten człowiek miał ją za kogoś innego, albo ona niczego nie wiedziała o swoim życiu. A tym bardziej niewiele słyszała o przeszłości rodziny. Nie poznała pradziadka, choć kilka razy odwiedziła jego grub. Nigdy nie wiązała przeszłości rodziny z jakimiś tajemniczymi wydarzeniami. Wszyscy członkowie rodziny nauczali ją dziejów i patriotyzmu, ale nigdy nie mówili o przeszłości, która mogła być związana z innym miejscem niż Francja. Wciąż jednak miała nadzieję, że wszystko, co tu się dzieje, jest zwyczajną pomyłką, wszystko się wyjaśni, a ona zostanie uwolniona.

Sytuację pozbawiającą ją możliwości jakiejkolwiek reakcji potęgowały strach, niewiedza i żal. Ten człowiek zabił jej rodzinę i nie mogła mu tego podarować, ale przecież leży związana, skazana na łaskę kata! Opamiętała się.

— Pierwszy raz słyszę tę historię! — odpowiedziała szczerze.

Mężczyzna najwyraźniej jej nie uwierzył, albo nie chciał uwierzyć. Spoglądał na Edytę z pogardą, bo kimże dla niego mogłaby się okazać? Cała jej wiedza i umiejętności psu na budę mogły się zdać, gdyż jej korzenie wywodziły się z Edenu, a nikt przy zdrowych zmysłach nie umieszcza lisa w kurniku.

— Trudno, skoro nie chcesz mówić… — podjął szybką decyzję. — Podam ci środek, po którym powiesz nam wszystko, co wiesz, a potem twój umysł zamieni się w warzywo… taki skutek uboczny ma nasza substancja. I tu już nie ma znaczenia, czy będziesz żyła, czy też nie… W żaden sposób nie zaszkodzisz naszej organizacji! Chcesz się zemścić? — spytał wzruszając ramionami. — Ktoś, kto stoi na czele tak potężnej organizacji jaką jest Syndykat Skrybów nie obawia się żadnych gróźb. Gdyby spojrzenie mogło zabić, leżałbym teraz martwy, ale nie posiadłaś takiej mocy. Uwolnisz się i zabijesz mnie — mówił dalej głaszcząc Edytę po włosach. — Jestem Cieniem, tylko Cieniem. Nigdy nikt nie zobaczył twarzy Cienia, nigdy nikt nie dowiedział się, gdzie mieści się nasza siedziba.

Zakapturzony zdawał się odgadywać każdą myśl swojej ofiary. Lekceważył ją tak samo jak wszystkich innych przed nią, których zabił osobiście lub wydając polecenie. Jednak zdradził dziewczynie istotną tajemnicę. Nazywany jest: Cieniem, a cienia nie można zabić. Edyta jeszcze wtedy nie mogła zdawać sobie sprawy z niesamowitego osiągnięcia Syndykatu Skrybów. Osiągnięcie tak wysokich umiejętności na poziomie mentalnym, które pozwoliły człowiekowi wznieść się tak wysoko w hierarchii ludzi o niesamowitych umiejętnościach, stwarzało ogromne zagrożenie.

Mężczyzna wstał i wyszedł z pokoju.

Edytę ogarnęły najgorsze obawy. Stała właśnie u progu swojego życia, które zamierzała przeżyć jak każda normalna dziewczyna, a tu… w jednej krótkiej chwili wszystko się odmieni. Ktoś odbierze jej świadomość… Szarpnęła się, ale pasy trzymały mocno. Nie chciała poddać się bez walki, ale była bezradna jak dziecko.

W chwilę potem wszedł inny osobnik, wysoki, trochę grubawy, w wieku mniej więcej pięćdziesięciu lat, ubrany w biały lekarski fartuch. Pchał przed sobą wózek z przedmiotami do zabiegów medycznych. Bez słowa wyciągnął strzykawkę i igłę. Nałożywszy igłę na strzykawkę, zaczerpnął jakiejś substancji z fiolki, a ze strzykawki wypuścił powietrze. Zbliżył się do Edyty i wbił igłę w jej ramię.

Przerażona Edyta zadrżała. Nie widziała żadnych szans na wyjście z tej sytuacji. Przywiązana do łóżka niewiele mogła zrobić. Mogła się szarpać, ale co by to zmieniło? Wspomniała słowa Napoleona Bonaparte[5]: Jeżeli cię gwałcą, nie opieraj się, tylko czerp z tego przyjemność. Poddała się. Już nawet nie próbowała powstrzymać łez.

Nagle z trzaskiem otworzyły się drzwi. Lekarz obejrzał się za siebie i, zdrętwiały, zbladł śmiertelnie. Przed sobą miał wysoką, szczupłą, czarnowłosą, młodą dziewczynę, ubraną w strój pielęgniarki. Nieznajoma osobniczka przyłożyła mu kopniakiem w twarz, a facet niczym gumowa lalka, poleciał na ścianę, odbił się od niej i upadł nieprzytomny na podłogę.

Dziewczyna podbiegła do Edyty, po czym delikatnie wyciągnęła igłę z jej ramienia, odwróciła się i zastrzyk zaaplikowała nieprzytomnemu mężczyźnie. Następnie szybkimi ruchami uwolniła Edytę, która oszołomiona rozmasowała nadgarstki. W normalnej sytuacji cieszyłaby się z tego zdarzenia, ale myśli jej dominowały: smutek, żal i tęsknota.

— Chodź ze mną, jeżeli zależy ci na życiu! — odezwała się. — Nazywam się Tessa i zamierzam ci pomóc. Kiedy będziemy bezpieczne, wszystko ci wyjaśnię.

Edyta błyskawicznie wstała z łóżka. Była ubrana tak jak w chwili uprowadzenia, czyli w różową sukienkę bez rękawów i sandały na obcasie z wciąż przewieszoną torebką przez ramię.

Nagle ogarnęła ją nieokreślona radość spowodowana nieoczekiwanym ratunkiem w ostatniej chwili. Jednak droga do wolności biegła przez wiele korytarzy i sal szpitalnych. Nie znała zamiarów nieznajomej. Radość szybko uleciała, a na twarz Edyty powrócił smutek.

Tessa wyjrzała na korytarz, a po chwili obie wybiegły i biegiem przemknęły do końca korytarza. W pokoju na niższym piętrze czekał na nich wysoki, czarnowłosy mężczyzna przebrany za pielęgniarza.

— Połóż się na łóżku — poleciła Tessa. — Trochę cię udekorujemy, żeby nie zwracać uwagi. Oni tu mają swoich ludzi!

Edyta posłusznie wykonywała wszystkie polecenia. Sceny rozgrywały się dla niej zbyt szybko, aby za nimi nadążyły jej myśli. Przed chwilą uwięziona, o mało nie straciła życia lub co najmniej swojej jaźni. Teraz nagle objawiła się szansa na odzyskanie swojego życia. Radość w pełni wypełniła jej serce. Znajdując się w skrajnym położeniu, potrafiła docenić teraz to, czego o mało nie straciła zaledwie przed chwilą. Zdecydowała się robić wszystko, by ocalić życie i wyjść cało z tej sytuacji, a dopiero potem poznać odpowiedzi. Obca osoba z jakiegoś powodu usiłowała jej pomóc i nawet jeżeli nie zdarzył się faktyczny cud, czy samo zdarzenie miało znamiona cudu? Jeszcze nie do końca niezależna, właśnie w niesamowity i nieoczekiwany sposób doznawała ratunku, zatem bezwolnie poddała się działaniom swojej wybawicielki. Jeżeli ta wobec niej ma swoje plany, to prawdopodobnie nie zamierza pozbawiać jej życia ani zmieniać w warzywo!

Tessa przykryła Edytę szczelnie kocem, a na głowę założyła szpitalny czepek, zaś do twarzy przyłożyła maskę tlenową. Mężczyzna popchnął łóżko, a Tessa kroczyła tuż przy jego boku. Jacyś ludzie biegali po korytarzach, ale nie zwracali na nich uwagi.

Edytę zastanowiła ta bezinteresowna i nieoczekiwana pomoc z nieba. Czuła wdzięczność do tych ludzi za uratowanie, ale rzeczywistość blokowana przez emocje jeszcze do niej nie docierała.

Zwieziono ją na parter. Pierwszy szok wreszcie minął i z wolna wracała do niej świadomość. Mimo wszystko nadal pozostawała biernym członkiem wydarzeń. W pierwszym pokoju zostawili łóżko, Edytę okryli szlafrokiem szpitalnym, sami zaś zrzucili swoje przebrania, po czym chwycili dziewczynę pod ręce i wyszli przez główne drzwi. Wyglądali jak zwyczajni ludzie odwiedzający chorego w szpitalu. On ubrany w dżinsy i wiśniową koszulę, Tessa w kolorową bluzkę i ciemną spódnicę. Wolno opuścili szpital, a następnie wsiedli do białej furgonetki. Samochód ruszył bez zwracania na siebie uwagi. Kilka kilometrów dalej wjechali do podziemnego garażu. Tu zmienili samochód na osobowy z przyciemnianymi szybami i w ten sposób opuścili miasto.

Edyta milczała przez całą drogę, zastanawiając się nad dziwnymi splotami wydarzeń. Nawet nie obserwowała mijanej okolicy, a samochód mknął drogą, mijając pojedyncze drzewa, za którymi rozciągały się pola uprawne. Wreszcie wszystko do niej zaczynało docierać. Wrócił ogromny smutek na wspomnienie śmierci swoich opiekunów, którzy zachowywali się wobec niej, jak prawdziwi rodzice. Zapewniali jej wszystko, co chciała, jakby była ich prawdziwym dzieckiem. A teraz odeszli na zawsze, zostawiając ją samiuteńką. Jak sobie poradzi z tym wszystkim w tak trudnej sytuacji? A jeżeli tajemniczy prześladowcy będą jej poszukiwali? Jeżeli schwytają ją ponownie i dokończą zaplanowane dzieło, pozbywając się kolejnego świadka?

 

[1] Biblijny ogród Eden leżał pomiędzy rzekami: Piszon, Gichon, Chiddekel — Księga Rodzaju 2:11-14.

[2] Wydarzenia opisane w powieści Taniec z ogniem na beczce prochu.

[3] Kwestia zostanie przedstawiona czytelnikowi w ostatnich tomach cyklu.

[4]  Wydarzenia opisane w powieści: Taniec z ogniem na beczce prochu.

[5] Napoléon Bonaparte (1769-1821).

Krzysztof Dmowski


Podobał Ci się artykuł?
0
głosów
- +

Brak polemik/poparć



Podobne artykuły:


KOMENTARZE


Używając tej strony zgadzasz się na wykorzystywanie plików Cookie.
Dowiedz się więcej.

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Z dniem 25.05.2018 wprowadziliśmy też w życie rozporządzenia dotyczące ochrony danych osobowych. Więcej informacji w naszej Polityce Prywatności i Regulaminie.

Zamknij