0 głosów
Pobierz artykul
0 głosów dodatnich
0 głosów ujemnych
146 razy czytane
0 przedrukowany
Creative Commons Licencja

Część trzecia rozważań różańcowych - tajemnice bolesne

Img

 

Pierwsza tajemnica bolesna

Modlitwa Pana Jezusa w Ogrójcu

Dlaczego Jezus w Ogrójcu potrzebował obecności uczniów? Wyszedł tam, aby się modlić. Lecz przecież nieraz już w swoim życiu modlił się całkowicie samotnie. Tymczasem teraz pragnie ich obecności, trzykrotnie czyni im wyrzut, gdy zasypiają…

Jezus w Ogrójcu nie znajduje ukojenia w modlitwie. Świadczy o tym jej trzykrotne powtarzanie, gdy daremne okazują się też próby uzyskania wsparcia u uczniów. Już niedługo, wisząc na krzyżu, Jezus zawoła boleśnie: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27,46c). Widocznie to opuszczenie przez Boga zaczęło się już teraz, przed Męką…

Lecz zarówno to opuszczenie, jak i ucieczka uczniów w sen mają wielkie znaczenie dla nas. Stały się one bodźcem do rozwoju cudownej formy pobożności, jaką jest praktyka pocieszania Jezusa przez pokolenia wiernych chrześcijan. Żyją oni wprawdzie całe wieki po Jego modlitwie w Ogrójcu, ale przecież u Boga czas i miejsce nie są nigdy żadną przeszkodą.

Tak więc Jezus, opuszczony przez Ojca i przez uczniów, otrzymuje pociechę od nas, jeśli tylko chcemy Mu ją ofiarować. Czyż nie jest to paradoksem? Przecież to On jest Źródłem naszego życia, to od Niego my wszystko otrzymujemy. Powołani jesteśmy do tego, aby Jego Miłością obdzielać świat.

Jezus wie jednak, że to by nas stawiało niejako na pozycji żebraka. Bylibyśmy jednostronnie od Niego uzależnieni, nie mogąc ofiarować Mu nic w zamian. Dlatego daje nam możliwość pocieszania Go w Jego cierpieniu, Sam z własnej Woli stając się uczuciowo zależnym od nas.

Tak! To jest zależność z własnej Woli. Jezus jest Prawdą; nie byłoby czymś prawdziwym skłanianie nas do pocieszania Go, gdyby On tego pocieszenia od nas nie potrzebował. Tak więc Jezus, Bóg, który wystarcza Sam Sobie, wzbudza w Sobie potrzebę doznawania czułości od Swych stworzeń. Czyni tak po to, byśmy mogli okazać Mu serdeczność, abyśmy także w naszej miłości do Niego doznali tego szczęścia, którego „więcej jest w dawaniu aniżeli w braniu”…(Dz 20,35c).

Ale to jeszcze nie wszystko. Przecież wzbudzając w Sobie potrzebę naszej miłości, Jezus wie doskonale, że tylko nieliczni z nas odpowiedzą na Jego wezwanie. Ogromna większość nawet wierzących chrześcijan pozostanie uczuciowo obojętna na Miłość swojego Pana. Pozbawiony ich serdeczności, będzie On cierpiał przez wieki, aż do skończenia świata.

To cierpienie nie było konieczne. Lecz Miłosierne Serce Zbawiciela Samo skazało się na nie, byleby tylko uszczęśliwić nas szansą ofiarowania Mu miłości. Dla naszej radości wybrało Sobie udręki wiecznej samotności, aby każdy z nas mógł, gdy zechce, tę samotność ukoić. Lecz czy doczeka się tego ukojenia, czy zechcemy je Mu ofiarować?

Uczyńmy to, a znajdziemy szczęście bez granic. Cóż może się bowiem równać z dawaniem pocieszenia i czułości swojemu Stwórcy i Bogu…?

Jeżeli zaś spotyka nas cierpienie, jakaś tragiczna sytuacja, czeka trudna decyzja czy przeciwności, bierzmy przykład z Jezusa w Ogrójcu i szukajmy ukojenia w modlitwie. Módlmy się nawet wtedy, a może zwłaszcza wtedy, kiedy to ukojenie nie przychodzi. On uczy nas tego w tej tajemnicy, a Jego rada nie może być bezowocna.

 

Druga tajemnica bolesna

Biczowanie Pana Jezusa

Dlaczego Jezus został poddany biczowaniu? Chrześcijańska tradycja głosi, że cierpiał je, aby zadośćuczynić za nasze grzechy nieczystości. Cnota czystości musi mieć w oczach Bożych wielką wagę, skoro dla jej obrony Zbawiciel przyjął taką okrutną karę…

Nie jest to zresztą niczym zaskakującym. Wszak mówi św. Paweł, że „kto grzeszy rozpustą, przeciwko własnemu ciału grzeszy” (1Kor 6,18b). I nie chodzi tutaj jedynie o niebezpieczeństwo złapania choroby wenerycznej lub AIDS. Nieuporządkowanie w sferze seksualnej czyni ogromne spustoszenie przede wszystkim w psychice człowieka.

Czyni ono ulegającą mu osobę coraz bardziej niezdolną do prawdziwej miłości. Nic w tym dziwnego, bo takie zachowania uczą instrumentalnego podejścia do drugiego człowieka. Staje się on jedynie źródłem zaspokojenia niedojrzałych potrzeb emocjonalnych, w tym potrzeby „dopieszczenia” i przyjemności. W najlepszym przypadku resztki ocalałego altruizmu każą czerpać poczucie własnej wartości z zaspokajania równie niedojrzałych potrzeb emocjonalnych partnera. Wszystko to razem nie może się dobrze skończyć.

Bóg dał nam sferę seksualną, abyśmy z niej korzystali dopiero po osiągnięciu dojrzałości. Zjednoczenie fizyczne małżonków taką dojrzałość zakłada. Jej wyrazem była przecież obietnica dochowania przez całe życie wierności wybranemu człowiekowi. Domaga się też dojrzałości sama natura tego aktu, zwróconego w kierunku przekazania życia i odpowiedzialnego wychowania potomstwa.

Tymczasem my mamy pokusę oczekiwać, że partner seksualny będzie nam namiastką idealnej „matki” lub „ojca”. Że utuli nasze „wewnętrzne dziecko”, i tym samym pomoże nam dorosnąć. Nie tędy droga! W ten sposób możemy jedynie utrwalić własną niedojrzałość. Czeka nas więc tu nieuchronne rozczarowanie.

Abyśmy mogli łatwiej to zrozumieć, Miłosierne Serce Zbawiciela przygotowało nam stosowną pomoc. Wpierw skłoniło Niepokalaną Niewiastę, którą wybrało na Swą Matkę, do wyboru drogi życia w Dziewictwie. A następnie Sam Jezus obrał też taką drogę, ażeby unaocznić nam, że nawet nie prowadząc w ogóle życia seksualnego, może człowiek dojść do pełni swej dojrzałości i zdolności kochania. Bo przecież nie będziemy Jezusa i Maryi podejrzewać o umniejszenie człowieczeństwa, prawda?

Moglibyśmy jednak powiedzieć, że Bóg-Człowiek i Matka Boża to wyjątki. Że normalnemu człowiekowi potrzebne do pełni rozwoju jest także życie seksualne. By udowodnić, że ono naprawdę nie służy do rozwijania nas, powołuje Bóg w każdym pokoleniu ludzi obojga płci do dobrowolnej, konsekrowanej czystości. Są oni dla nas znakiem, że człowiek może być szczęśliwy i w tym stanie. Że szczęście tak naprawdę daje Bóg. Że może On też w razie potrzeby „ukoić” naszą niedojrzałość, ale nie tak, aby ją utrwalić, lecz abyśmy mogli ją przełamać. Pragnie On bowiem naszego szczęścia, dojrzałości i pełni rozwoju.

A sfera seksualna? Człowiek dojrzały wykorzysta ją w małżeństwie zgodnie z Bożymi wskazówkami. Wtedy dobrze, ażeby pamiętał, że zawdzięcza swoje małżeńskie szczęście okrutnej karze biczowania Zbawiciela, która go uzdolniła do cnoty czystości. A także Dziewictwu Jego i Jego Matki, oraz tych wszystkich, którzy swym życiem przekonują, by nie wpadać w seksualne pułapki.

  

Trzecia tajemnica bolesna

Cierniem ukoronowanie Pana Jezusa

Dlaczego żołnierze spletli dla Jezusa koronę cierniową? Tradycja głosi, że Jezus musiał w ten sposób odkupić ludzką pychę. Na pewno tak; ja chciałabym jednak zwrócić tutaj uwagę na nieco inny aspekt tej sprawy.

Żołnierze rzymscy „zabrali Jezusa ze sobą do pretorium i zgromadzili koło Niego całą kohortę. Rozebrali Go z szat i narzucili na Niego płaszcz szkarłatny. Uplótłszy wieniec z ciernia, włożyli Mu na głowę, a do prawej ręki dali Mu trzcinę. Potem przyklękali przed Nim i szydzili z Niego, mówiąc: „Witaj, Królu żydowski!”. Przy tym pluli na Niego, brali trzcinę i bili Go po głowie” (Mt 27,27-30).

Dlaczego? Widać tu wyraźnie, że żołnierze nieprzypadkowo urządzili sobie tę zabawę. Bodziec do tego dał Sam Jezus, przez trzy lata głosząc o Sobie, że jest Królem. Wieść o tym dotarła do pretorium, a żołnierze, gdy nadarzyła się okazja, w niewybredny sposób ją skomentowali.

Czyżby Jezus nie wiedział, jak się to Jego głoszenie Swej Królewskości skończy? Wiedział. Przewidywał to od wieków w Boskim poznaniu. A jednak nie zawahał się głosić tego o Sobie, świadomie narażając się na wyśmianie.

Czynił tak zapewne z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, ponieważ człowiek potrzebuje Jezusa jako Króla. Potrzebuje Władcy Sprawiedliwego, Mądrego, Ojcowskiego, Władcy przynoszącego ludzkości pokój i szczęście. Jezus głosząc Swoją Królewskość wychodzi naprzeciw tym potrzebom, tak jakby mówił: „Nie lękajcie się! Oto jestem! Znam wasze sieroctwo, wasze opuszczenie, zaradzę temu! Oddaję się oto waszej bezradności, tak, jak tego potrzebujecie!”

Drugi powód to solidarność z nami. Ponieważ Jezus wie, że potrzebować Go będą ludzie wszelkich czasów i pokoleń, powierza On misję głoszenia Go Swoim wiernym. Mówi: „Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,32n).

Ale przyznanie się do Jezusa jako do naszego Króla naraża nas na wyśmianie przez tych, wobec których się do Niego przyznajemy. Jezus więc pierwszy przyjął na Siebie drwinę z tego powodu. W ten sposób może On nas zrozumieć, współczuć nam w tym i dać siłę, żebyśmy się nie załamali.

A załamać się jest tu bardzo łatwo. Tym bardziej bowiem boli nas wyszydzenie, im bliższa, droższa naszemu sercu jest wyśmiewana sprawa. Tymczasem nasza miłość do Jezusa jest sprawą najukochańszą. Przychodzi więc w sposób naturalny pokusa ukrycia jej, nie dzielenia z nikim, w celu ochrony przed wyśmianiem.

Jednakże to właśnie ci ludzie najbardziej potrzebują ją ujrzeć, który będą z niej najgłośniej drwili i przy okazji z nas samych. Ta drwina to ich forma obrony, ukrycia tego, że wewnątrz są bardzo słabi. Spragnieni, nawet nieświadomie, Miłości Jezusa, za żadną cenę nie mogą się do tego pragnienia przyznać. Szydzą z nas ze strachu, że gdyby nie szydzili, wówczas sami mogliby zostać wyśmiani.

Lecz przez tę drwinę Miłość z naszego świadectwa przebija się do nich, ogrzewając ich lodowate, umierające z zimna serca. Otrzymują oni przez to choć trochę życia w Miłości. A więc ważne jest, byśmy się nie załamali. Serce Jezusa to wie, dlatego przyjęło coś, czego boimy się najbardziej – wyśmianie.

 

Czwarta tajemnica bolesna

Droga krzyżowa Pana Jezusa

Dlaczego Jezus pocieszał płaczące niewiasty? Wszak to one przybyły, aby pocieszyć Jego. On jednak uznał je za bardziej potrzebujące pociechy, mimo że Sam dźwigał ciężki krzyż, aby zostać na nim straconym…

Jezus powiedział do niewiast: „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi (…). Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?” (Łk 23,28b.31).

Otóż to! Dlaczego Jezus jest drzewem żywym, zielonym? Ponieważ przepełnia Go Miłość; a to, co teraz czyni, czyni właśnie z Miłości. Zależy Mu na zbawieniu ludzi; więc mimo ran biczowania znajduje w Sobie dość siły, by dźwigać krzyż i nie upaść pod jego ciężarem. A gdy upadnie, Miłość daje Mu moc do powstania i do kontynuacji drogi. Mógłby bowiem umrzeć już tu, po drodze, i rzeczywiście chyba jest bliski śmierci, skoro żołnierze przymuszają postronnego człowieka, aby Mu pomógł… (Łk 23,26).

Jezus jednak ma przed Sobą cel: dojść na Golgotę. I dokona tego z Miłości, aby odkupić ludzkość i dać każdemu człowiekowi prawo do zamieszkania w Domu Ojca.

Cokolwiek czyni się z miłości, uszczęśliwia, choćby z pozoru było bolesne i trudne. Bo miłość uskrzydla, daje radość w przeciwnościach. Także Jezus na drodze krzyżowej doznawał tej radości, która dawała Mu życie pośród zabijającego cierpienia, jakiego Mu nie szczędzono.

Drzewem suchym, martwym jest zaś Izrael, a szerzej – ogromna większość ludzkości. „To ci, których dążenia są przyziemne” (Flp 3,19b), jak mówi św. Paweł. Ludzie ci nie starają się o to, aby zrobić w swym sercu miejsce dla Bożej Miłości.

To nad ich losem, nie nad Sobą, ubolewa Jezus podczas drogi krzyżowej. Oni nie dość bowiem, że nie mają prawdziwego życia w sobie, lecz nadto czeka ich jeszcze zadośćuczynienie Sprawiedliwości Bożej. „Ich losem zagłada” – przestrzega św. Paweł (Flp 3,19a).

Spośród nich o prawdziwym szczęściu mogą powiedzieć ci, który poprzez bezmierne cierpienia czyśćcowe dojrzewać będą do życia w Królestwie Bożym. Nawet, jeśli w niektórych przypadkach trwać to musi aż do skończenia świata. Lecz dla tych, których udręki okażą się wiecznotrwałe, pozostanie jedynie rozpacz nie do ukojenia nigdy...

A dla Serca Jezusowego, które przecież ich umiłowało nie mniej niż Swoich zbawionych? Każde potępienie człowieka to dla Jezusa tragedia. Ten, który oddał za nich życie, musi patrzeć, jak na całą wieczność pozostają w niewyobrażalnych mękach. Dręczeni przez szatana, z własnego swojego wyboru z dala od Źródła życia, jakim jest Bóg… Z dala od Źródła Miłości.

Dlatego Jezus płacze nad nimi podczas Swej drogi krzyżowej. Dlatego prosi o wspólnotę w tym płaczu niewiasty jerozolimskie i nas. Dlatego też możemy ulżyć Jezusowi w cierpieniach Jego Męki.

Jak? W jaki sposób? Po prostu – módlmy się o ratunek dla tych, który są zagrożeni przez możliwość utraty zbawienia. Ofiarujmy swe cierpienia za nich, zawsze w serdecznej łączności z cierpieniami ich Zbawiciela. Niech raduje się On niebem dla nich.

Módlmy się także za tych, którzy w czyśćcu na niebo oczekują. Niech jak najprędzej je osiągną, przynosząc radość Jezusowi swą radością!

 

Piąta tajemnica bolesna

Ukrzyżowanie Pana Jezusa

Dlaczego Jezus musiał umrzeć na krzyżu? No nie, przecież takie pytanie to już czysta bezczelność z mojej strony! Każdy wie, że Zbawiciel w ten sposób zmazał grzechy całej ludzkości. Przewrotnością jest poddawanie w wątpliwość podstawowej prawdy naszej wiary.

Ale… Apostołka Bożego Miłosierdzia, św. Siostra Faustyna napisała, że Jezus mógłby jednym Swoim westchnieniem odkupić cały świat. Że cała Jego bolesna Męka, wszystkie Jego cierpienia są tylko świadectwem Miłosierdzia Jego Serca. Jak to należy rozumieć?

Trzeba się nam tu cofnąć aż do Dzieła stworzenia świata. Nauka Kościoła głosi, że Bóg stworzył wszystko dobre, doskonałe, a cierpienie i śmierć weszły na świat jako następstwo grzechu pierworodnego. Że człowiek sam ściągnął je na siebie, opierając się Bożemu Prawu.

I właśnie z tego powodu umarł Chrystus. Ażeby zgładzić grzech, wybrał to, co grzech właśnie na człowieka sprowadził. Z całej nieskończonej wręcz liczby możliwości ta jedna wydała się najsłuszniejsza Jego Sercu. Poddał się cierpieniu i śmierci, bo to z naszej własnej winy one nas dotykają. Czyniąc tak, dał nam dowód Miłości…

Ale nie tylko to, bo odtąd zło, które człowieka gnębi, stało się narzędziem zbawienia. Człowiek może je nim uczynić, łącząc swoje cierpienia z bolesną Męką Zbawiciela. Tym samym zawinione zło zyskało sens, mogąc doprowadzić do dobra. Oto jaka cudowna jest tajemnica Bożej Miłości!

Lecz śmierć na krzyżu to nie wyłącznie tylko Dzieło Samego Jezusa. Towarzyszyła Mu w niej Jego Matka. Ona nie obraziła się na Swego Syna, jak to by uczyniła na Jej miejscu niejedna matka ziemska. Nie czyni Mu wyrzutów, że to przez własną Swą działalność ściągnął On to cierpienie na Siebie i na Nią. Nie próbuje wzbudzać w Nim poczucia winy. Przeciwnie – solidaryzuje się z Nim, wspierając Go Swą obecnością w trwodze konania. Aż do końca, pomimo konsekwencji, nie przestaje uważać Jego działalności za słuszną i prawą.

Jezus przyjął wsparcie Swojej Matki w prostocie Najświętszego Serca. Nie próbował oszczędzić Jej cierpienia. Mógł Ją przecież zostawić w domu w Nazarecie, pod opieką krewnych, aby Jego Męki nie widziała… Rozumiał jednak, że potrzebą Jej Serca było towarzyszyć Synowi we wszystkim, nawet za cenę współcierpienia. Wsparcie Jej było dla Niego tym cenniejsze, że przeżywał ból opuszczenia przez umiłowanego Ojca (Mt 27,46. Mk 15,34). Umierając poprosił Ją jeszcze, by podobnego wsparcia udzielała odtąd każdemu człowiekowi (J 19,25-27).

W jaki sposób możemy okazać solidarność z Jezusem ukrzyżowanym? Weźmy Maryję do siebie, podobnie jak to uczynił Jan. Jezus dając nam Ją za Matkę, podzielił się z nami Swym życiem osobistym, najprywatniejszymi uczuciami. Nie wypada pozostać obojętnym na taki szczególny Dar.

I nigdy, ale to przenigdy, nie traćmy zaufania do Ojca. Nie mamy do tego najmniejszego powodu. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16). Tenże Syn nawet opuszczony przez Ojca, umierając oddał Mu ufnie Swego Ducha (Łk 23,46). A my, których Ojciec nie opuszcza, jak możemy Mu nie zaufać?  

Licencja: Creative Commons