0 głosów
Pobierz artykul
0 głosów dodatnich
0 głosów ujemnych
143 razy czytane
0 przedrukowany
Creative Commons Licencja

Część druga rozważań różańcowych - tajemnice światła

Img

 

Pierwsza tajemnica światła

Chrzest Pana Jezusa w Jordanie

Dlaczego Jezus przyjął chrzest z rąk Jana? Był to chrzest nawrócenia, a On przecież żadnego nawrócenia nie potrzebował. Jezus rozpoczął w ten sposób Swoją publiczną działalność. Ale czy nie mógł jej rozpocząć ot tak po prostu, bez żadnego pokutnego aktu?

We wszystkich krajach, niezależnie od kultury, czyjaś oficjalna publiczna działalność rozpoczyna się uroczystym aktem. Monarchowie obejmują swój urząd w momencie koronacji bądź intronizacji, a w demokracji po wyborze władzy następuje jej zaprzysiężenie. Także służbę wysokich urzędników czy członków rządu poprzedza uroczysta nominacja. Oficjalnym aktem ślubu zaczyna się też wspólne życie mężczyzny i kobiety, związek wprawdzie prywatny, ale o skutkach publicznych, gdyż z niego rodzą się nowi członkowie danej społeczności.

Uniwersalność tego wydarzenia dowodzi, że ma ono swe źródło w samej naturze ludzkiej. To ona domaga się publicznego aktu inauguracji wszelkich ważnych dla społeczeństwa spraw. Bez takiej uroczystości służba byłaby niepewna, nie mająca dla siebie odpowiedniego umocowania w prawie.

Takiego aktu domagała się też publiczna działalność Jezusa. Jego Serce również potrzebowało jakiejś, choćby skromnej, uroczystości. Wyraźnego rozgraniczenia między życiem prywatnym a publicznym.

No dobrze, ale dlaczego musiał to być właśnie akt pokutny? Przez całe Swoje życie Jezus nie popełnił żadnego grzechu. Jego służba była jednak nierozerwalnie związana z ludzkim grzechem. Jezus przyszedł na ziemię, aby odkupić grzech. Zaczynając tę służbę od pokuty, solidaryzuje się On z ludzkością obciążoną grzechem. Mówi, że nie przychodzi jej osądzić, ale zbawić. Przyjmując chrzest nawrócenia daje nam tym samym dowód Miłości.

Konieczne jest też, ażeby był to chrzest z rąk człowieka. Jan Chrzciciel występuje tu zarówno jako prorok Starego Testamentu, jak i – szerzej – jako reprezentant całej ludzkości.

Przyjmując chrzest z rąk proroka, Jezus wpisuje Swoją misję w całą historię zbawienia. Jest ona bowiem integralną częścią wszystkiego, co Bóg uczynił dla Narodu Wybranego począwszy od Abrahama. Nie można jej rozpatrywać w oderwaniu od Izraela, gdyż w ten sposób stałaby się wręcz niezrozumiała.

Ale Jezus stawia u początków Swej misji Jana także jako człowieka. Bóg bowiem stworzył nas bez nas, nie mógł przecież przed naszym zaistnieniem zapytać nas o zdanie. W sprawie naszego zbawienia możemy się już wypowiadać. Dlatego Bóg nie chce człowieka zbawić bez jego zgody, i człowiekowi też daje współudział w misji zbawczej.

Po przyjęciu chrztu Jezus się modlił, jak to nam mówi Ewangelia wg św. Łukasza. Wówczas „Duch Święty zstąpił na Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (Łk 3,22). Rozpoczynając trudną, pełną przeciwności i niezrozumienia publiczną działalność, ludzka natura Jezusa potrzebowała umocnienia od Ducha Świętego. Zaś Jego ludzkie Serce potrzebowało zapewnienia, że jest kochany.

Także i my, jeżeli chcemy swoim życiem świadczyć o Bogu, potrzebujemy jak powietrza poczucia, że jesteśmy przez Niego umiłowani. Tylko wtedy bowiem możemy stawić czoła częstemu w takiej sytuacji brakowi miłości i zrozumienia od innych ludzi.

 

Druga tajemnica światła

Cud w Kanie Galilejskiej

Dlaczego Maryja zwróciła uwagę na brak wina na uczcie weselnej? Wino nie jest czymś niezbędnym do życia. Do ugaszenia pragnienia znacznie lepiej nadaje się woda; picie wina służy doznaniu przyjemności. W końcu nawet Stary Testament mówi o winie, że „rozwesela serce ludzkie”

Tak więc Maryja dba o to, by ludziom nie zabrakło przyjemności. Troską Jej Serca jest jakość życia człowieka, jego radość, aż do najmniejszego drobiazgu.

Skoro zaś Maryja troszczy się o drobne radości człowieka, to z całą pewnością można twierdzić, że podobne są troski i Samego Boga. Stoi to w sprzeczności z pokutującą tu i ówdzie ponurą wizją chrześcijaństwa, zgodnie z którą jest ono religią gloryfikującą cierpienie, smutną i pełną wyrzeczeń.

Bóg pragnie radości człowieka, pełni jego rozwoju, zdrowia, dobrobytu i szczęścia. Cokolwiek innego kłóciłoby się przecież z Bożą Miłością. Gdy coś złego spotyka któreś z Jego dzieci, On tym bardziej pragnie ofiarować mu Swoją Miłość, by w ten sposób ulżyć człowiekowi w cierpieniu.

A jest to ulga ogromna. Tylko w ten sposób powinniśmy odczytywać opowieści o cierpieniach świętych. Nie jest to żadna gloryfikacja ich udręk, czy tym bardziej wyrzut dla nas, że my takich cierpień nie doświadczamy. To tylko i wyłącznie pochwała Bożej Miłości. To świadectwo, ile może znieść człowiek, który kocha i czuje, że jest kochany.

Także na opowieści o ubóstwie świętych musimy patrzeć z odpowiedniej perspektywy. Ileż razy nasze obsesyjne gromadzenie bogactw jest jedynie próbą zapchania czymś naszej wewnętrznej pustki! Próbą zagłuszenia świadomości, że czujemy się nieszczęśliwi! Święty, będąc człowiekiem szczęśliwym i spełnionym w miłości, nie odczuwa po prostu takiej potrzeby. Gromadzi to, co mu niezbędne lub przydatne, a na coś więcej szkoda mu już wysiłku… Woli przeznaczyć swe siły na to, co dla niego ważniejsze, chociażby w oczach innych jawił się jako niebyt bogaty.

Także moralne wymagania chrześcijaństwa nie są żadnym pasmem wyrzeczeń. Kochającemu Boga człowiekowi ich spełnianie powinno sprawiać radość. Wie on wszak, że zostały ustanowione dla jego dobra. A jeśli nawet nie rozumie tego do końca, to stosowanie się do Bożych przykazań jest dla niego danym Bogu dowodem miłości. Komu zaś jest niemiłe to, co czyni ze szczerego uczucia?

Weźmy przykład – naturalne planowanie poczęć. To jest coś, czego nie zrozumie człowiek nie żyjący miłością do Boga. Dla niego niczym ono się nie będzie różnić od stosowania środków antykoncepcyjnych, może z wyjątkiem uciążliwej konieczności powstrzymania się od współżycia w dniach płodnych.

Dla wierzącego natomiast będzie to sama radość. To przecież jest dzielona ze współmałżonkiem współpraca z Bogiem, odpowiedzialne korzystanie z udzielonego nam przez Niego wspaniałego daru płodności…

A jeśli współmałżonek nas krzywdzi, zamiast okazywać miłość? Lub po prostu odejdzie od nas? Kościół zaleca wówczas wytrwanie w stanie samotnym. Nie będzie ono trudne dla człowieka świadomego Miłości Boga, gdyż nie będzie się czuł samotny. Źródłem siły będzie też dla niego nadzieja, że może ukochany człowiek zrozumie i naprawi swój błąd.

Wie on też, że z nieba czuwa nad nim macierzyńskie Serce Maryi, która kiedyś zatroszczyła się o brak wina, aby ludziom nie zabrakło radości.

 

Trzecia tajemnica światła

Głoszenie Królestwa Bożego i wzywanie do nawrócenia

Dlaczego Jezus poświęcił Swe publiczne życie na głoszenie Królestwa Bożego? Czyż nie było pilniejszych spraw? Czyż ludzi nie nękały choroby, bieda i wojny, zła polityka i wyzysk słabszych? Czyż wreszcie Jego własna ojczyzna nie była pod obcym panowaniem?

Tak właśnie było i Jezus wiedział o tym doskonale. A mimo to układał przypowieści o Królestwie nie z tego świata. Poświęcił na to całe Swe nauczanie. Czy jednak to, o czym mówił, nie było jakąś abstrakcją?

Wielu z nas się wydaje, że tak. Królestwo Boże kojarzymy jedynie z życiem po śmierci, w które zresztą też wierzymy tak na wszelki wypadek – aby w razie czego uchronić się przed pójściem do piekła.

Tymczasem Królestwo Boże to jest właśnie to, czego nam potrzeba najbardziej. To przecież miłość, a człowiek został stworzony do miłości. Prawdą jest, że Królestwo Boże urzeczywistni się w pełni dopiero w niebie. Ale prawdą jest też, że może Ono, a nawet powinno, rozpocząć się już tu na ziemi.

A z głoszeniem przez Jezusa Królestwa Bożego nierozerwalnie było związane wezwanie do nawrócenia. Czyli - do urzeczywistnienia Królestwa Bożego w sobie. Właśnie już tu, na ziemi. Zaś główną cechą człowieka, który przyjął Królestwo Boże, jest, poza wszystkim innym, dobra wola. Taki człowiek będzie w miarę swych możliwości starał się zapobiec chorobom, biedzie czy wojnie. Polityka przez niego prowadzona będzie polityką dobrą. Mając władzę, na pewno nigdy nie będzie wyzyskiwał słabszych. Również jako przywódca państwowy zrozumie pragnienie samostanowienia podległych sobie narodów. I co ważniejsze – zmiany w życiu wprowadzone przez ludzi nawróconych będą trwałe, gdyż opierać się będą na wspólnej dobrej woli.

Wezwanie do nawrócenia i głoszenie Królestwa Bożego było więc u Jezusa także odpowiedzią na doczesne problemy świata. Odpowiedzią najgłębszą, najdalej idącą na drodze do ich rozwiązania. Jezus mógł także do Siebie zastosować własne słowa z Kazania na Górze: „Starajcie się naprzód o Królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane” (Mt 6, 33). Był pewien, że one się sprawdzą.

No dobrze, ale co wtedy, gdy wezwanie do nawrócenia nie będzie przez większość ludzi wysłuchane? Nie znikną wówczas niesprawiedliwości i gwałty. Także i wtedy jednak głoszenie Królestwa Bożego będzie dobrą odpowiedzią na nie. Jeżeli mimo wszystko ktoś się jednak nawróci, to Miłość Boża wynagrodzi mu z nawiązką wszelkie krzywdy doznane od złego świata. Mówi prorok Izajasz: „Pan Bóg mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi (…) i wiem, że wstydu nie doznam” (Iz 50,7). Jego nagroda na ziemi będzie wielka, a nieporównanie większa w niebieskiej chwale.

Jezus miał do przeżycia na świecie bardzo niewiele czasu. Zbyt mało, aby rozwiązać w szczegółach wszelkie problemy tego świata. Choć na pewno bardzo Go one bolały. Jego miłosierne Serce nie może pozostać nieczułe na cierpienie człowieka. Dowodem tego są choćby wszystkie cuda uzdrowień, jakich dokonał za Swego ziemskiego życia i jakich dokonuje nadal.

Mając tak mało czasu, Jezus skoncentrował się na tym, co było najważniejsze. Dał człowiekowi Królestwo Boże, czyli to, czego człowiek potrzebował najbardziej. Uzbrojony w ten najniezbędniejszy Dar sam już z Bożą pomocą może wyjść naprzeciw problemom świata.

 

Czwarta tajemnica światła

Przemienienie na Górze Tabor

Dlaczego Piotr chciał zostać na Górze Tabor? I to mimo że był przestraszony? Zląkł się bowiem, jak mówi Ewangelia, tego nagłego przejawu Mocy Bożej…

Przemienienie Jezusa dokonało się podczas Jego modlitwy. To gdy się modlił, „wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe” (Łk 9,29b). Modlitwa ta musiała być szczególnie żarliwa, gdyż Jezus nie zadowolił się pozostaniem tam, gdzie przebywał, ale specjalnie dla niej wyszedł na wysoką górę.

Zresztą i w codziennej modlitwie Jezusa musiało być coś szczególnego. Ewangelista Łukasz mówi bowiem, że gdy Jezus przebywając w jakimś miejscu na modlitwie skończył ją, jeden z uczniów poprosił: „Panie, naucz nas modlić się” (Łk 11,1b). Jako pobożny Żyd uczeń ten modlił się z pewnością od dzieciństwa codziennie. Lecz ujrzawszy modlącego się Jezusa uznał, że jeszcze w ogóle nie potrafi tego czynić…

Żarliwość modlitwy Jezusa wynikała z Jego Miłości do Ojca. W Jego Sercu tliło się głębokie uczucie, które żywił zarówno jako Syn Boży, jak też jako Przedstawiciel rodu ludzkiego. Nawet Jego Miłość do ludzi wynikała z Miłości do Ojca. Nic w tym dziwnego – Miłość do ludzi każdej z Osób Boskich ma swoje źródło w wewnętrznej, międzyosobowej Miłości Trójcy Przenajświętszej.

Można powiedzieć, że cokolwiek Jezus czynił, czynił to z Miłości do Ojca. On Sam przyznaje to w stosunku do Dzieła Odkupienia człowieka. Mówi bowiem: „Życie moje oddaję za owce (…). Dlatego miłuje Mnie Ojciec, że Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja sam z siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca” (J 10,15b.17-18).

Jezus więc umiera za człowieka czyniąc to z posłuszeństwa wobec Ojca i po to, by Go Ojciec miłował. Jeżeli zaś dla Ojca przyszedł do człowieka na ziemię, to naturalne jest, że Jego ziemskie życie było wypełnione modlitwą. I to modlitwą tak żarliwą i tak pełną Miłości, że aż na Górze Tabor spowodowała objawienie się Jego Natury Boskiej.

I to dlatego właśnie Piotr pragnął tam pozostać. Proponując zbudowanie namiotów dla Jezusa i towarzyszących Mu proroków, chciał w ten sposób jak najdłużej zatrzymać chwilę ukazania się Miłości. Było mu w tej chwili dobrze, ponieważ Miłość Boża jest pierwszym i podstawowym środowiskiem życia człowieka. Człowiek został stworzony do Miłości. Gdy znajduje miłość, znajduje szczęście, i Piotr swoje szczęście odnalazł kontemplując Miłość Jezusa do Ojca.

Jaka z tego nauka dla nas? Także i my swoje szczęście odnajdziemy jedynie w Miłości Bożej. Miłość ta zaś przychodzi do nas w modlitwie, a szczególnie w modlitwie kontemplacyjnej. Nie przerażajmy się nią. To nie jest jakaś niedostępna rozkosz tylko dla wtajemniczonych. To po prostu przebywanie z Bogiem, towarzyszenie Mu myślą, patrzenie na Niego z miłością. Można też powiedzieć Mu o swoim uczuciu albo zadać jakieś osobiste pytanie. Rozwijając modlitwę kontemplacyjną, staniemy się sami szczęśliwi i zdolni również innym szczęście dawać.

Na koniec jeszcze mała intencja do tej tajemnicy Różańca. Westchnijmy w niej, aby jak św. Piotr, tak i jego Następca na Stolicy Piotrowej odnajdywał w modlitwie swoje szczęście i siłę do pracy.

 

Piąta tajemnica światła

Ustanowienie Eucharystii

Dlaczego obchodzimy pierwsze piątki miesiąca? To wydaje się oczywiste – bo Jezus nas o to prosił. Lecz szczególny jest motyw tej Jego prośby. Jezus chce, byśmy przyjmując Eucharystię wynagradzali Mu za grzechy całego świata.

Dlaczego? Czyż Eucharystia nie jest Jego Darem dla nas? Czy nie przyjmujemy Jej dla naszego własnego dobra? Ona jest naszym duchowym Pokarmem, umacniającym nas w drodze do Domu Ojca. Cóż, przyjmując Ją, możemy dać Jezusowi, co by wynagrodziło Jego Sercu za doznane zniewagi?

A jednak Jezus o to nas właśnie prosi. To wydaje się być zaskakujące. Odpowiedzi musimy szukać w Jego słowach że „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20,35). Ta prawda obejmuje też i Samego Boga.

Ustanawiając Eucharystię, Jezus przekazał nam Dar szczególny. Nic bardziej osobistego nie mógł już nam darować. Jest to przecież On Sam, w pełni Swej Boskiej Mocy dla umocnienia nas w naszej słabości. Ale też znacznie więcej – On Sam w pełni Swej Miłości, Miłości, która uleczyć może także naszą samotność. To właśnie Jego Miłości potrzebujemy najbardziej. Jego Miłości potrzebuje nasz udręczony świat.

Życie naszego ciała podtrzymujemy chlebem martwym, chociaż biorącym początek z żywego ziarna. Ale aby dać życie naszej duszy, Bóg daruje nam Żywy Chleb – Siebie Samego, aby stać się naszym Pokarmem. Jednoczy się ze Swym Ludem do granic niemożliwości, pozwalając mu się po prostu… spożyć. Czyni tak, abyśmy mogli sami stać się do Niego podobni.

Najbardziej zdumiewający jest jednak sposób, w jaki Jezus dał Swojej Eucharystii trwać aż do końca świata. Powierzył Ją komuś kruchemu, słabemu, komuś, kto udowodnił wielokrotnie, że nic tu na ziemi trwałego nie potrafi zbudować. Powierzył Ją człowiekowi. W Sakramencie Kapłaństwa uczynił samego człowieka gwarantem, że Boski Dar służyć mu będzie przez wieki, do końca historii.

O głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi!” (Rz 11,33). Upadają największe mocarstwa oparte na sile i strachu, a Eucharystia trwa już przez dwa tysiące lat, odnawiana codziennie ulotnymi słowami kapłana…

Moc bowiem w słabości się doskonali” (2Kor 12,8c). To Duch Święty w każdym pokoleniu wzbudza szlachetne pragnienia młodych mężczyzn, gotowych poświęcić swoje życie, ażeby nie ustała ciągłość Sakramentu Kapłaństwa. On także wzbudza w nich wytrwałość do codziennego sprawowania Sakramentu Eucharystii, by Lud Boży nie został bez Pokarmu. Delikatna Moc Boża zawstydza butną moc ludzką, jakże przy Niej ulotną i nietrwałą…

A my okażmy szacunek wielkiemu Bożemu Darowi, uczestnicząc we Mszy świętej jak najczęściej. A już przynajmniej we wszystkie niedziele oraz święta. I przyjmujmy Chrystusa do swojego serca, gdyż w ten sposób nie tylko doznamy dobra, ale też sprawimy Mu radość. Pozwolimy Mu obdarować nas życiem, gdyż Sam nas ostrzegł: „Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego ani pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie” (J 6,53b).

Pamiętajmy też, aby to życie w sobie rozwijać i pielęgnować. Jest do tego potrzebna nasza dobra wola. Samo „mechaniczne” przyjmowanie Eucharystii tu nie wystarczy, o tym wie każdy z nas!

Licencja: Creative Commons