0 głosów
Pobierz artykul
0 głosów dodatnich
0 głosów ujemnych
151 razy czytane
0 przedrukowany
Creative Commons Licencja

Część pierwsza rozważań różańcowych - tajemnice radosne

Img

 

Pierwsza tajemnica radosna

Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie

Dlaczego Maryja zgodziła się na propozycję Archanioła? Oczywiście – była Służebnicą Pańską, Niepokalaną, zawsze przystawała na Wolę Bożą. Ale…

Była też świeżo poślubioną mężatką. Właściwie narzeczoną, skoro nie mieszkali jeszcze z Józefem razem; ale tego typu związek mógł być rozwiązany jedynie poprzez rozwód. Jej życie nie należało już więc do Niej samej. Dlaczego nie poprosiła o możliwość przedyskutowania z mężem tej decyzji, tak przecież ważnej?

Tym bardziej, że spodziewała się pewnie, że nie potrafi wyjaśnić Józefowi swojego stanu. Jej bezsilność musiała być ogromna, skoro została przez Boga zwolniona z tego obowiązku. Bóg sam wybawił Maryję z kłopotu, posyłając do Józefa swojego Anioła.

Nie uczynił tego od razu. Zapewne pragnął wpierw się przekonać, jak Józef sam zareaguje na sytuację. Mąż Maryi nie chciał oskarżyć Jej o zdradę, co pociągnęłoby za sobą proces i ukamienowanie. Nie chciał też stawać na drodze Jej szczęścia z człowiekiem, z którym się – jak sądził – związała. Postanowił udzielić Jej rozwodu, ale nie jawnie, żeby ludzie nie plotkowali. To by była dopiero sensacja w mieście – Józef oddala świeżo poślubioną narzeczoną, a Ona jest w ciąży!

Tak więc pragnął po kryjomu wręczyć Jej list rozwodowy. W ten sposób istniała nadzieja, że zanim ludzie dowiedzą się i zaczną gadać, powtórne małżeństwo Maryi położy kres wszelkim złośliwym komentarzom. Józef – mimo podejrzenia zdrady – pragnął swoją Małżonkę chronić…

Taka jego postawa musiała wzbudzić u Boga uznanie, skoro Anioł we śnie wyjaśnił Józefowi zaistniałą sytuację. W ten sposób Bóg uratował małżeństwo Maryi, a Jezusowi zapewnił na ziemi prawego, szlachetnego ojca.

Ale dlaczego Maryja dopuściła do takiego obrotu sprawy, co wiązać się musiało przecież z dodatkowym cierpieniem dla obojga? Dlaczego nie porozmawiała z Józefem przed zgodą na Zwiastowanie? Wobec obowiązku posłuszeństwa żony wobec męża, Bóg na pewno nie poczytałby Jej tego za opór.

I tu właśnie dotykamy tajemnicy Serca Maryi. Ona wiedziała, że nie musi rozmawiać z mężem. Ufała Bogu i wierzyła, że Wola Boża względem Niej musi być jednocześnie dobra także dla Jej małżonka. Bóg przecież jest Ojcem wszystkich; nie może być tak, że zlecając jednemu Swemu dziecku jakieś zadanie, dopuściłby przez to krzywdę innego Swego dziecka.

Serce Maryi ufało też małżonkowi. Wiedziała Ona z góry, że Józef na pewno zgodzi się na Wolę Bożą. Że gdyby był z Nią w chwili Zwiastowania, bez wahania przystałby na propozycję Archanioła. Swoją zgodę Maryja wyraziła więc niejako także w imieniu Swego męża.

Jaki z tego wszystkiego wniosek dla nas? Bardzo prosty – nie może być zgody na grzech w imię rzekomego dobra drugiego człowieka. Jeżeli na przykład jestem kobietą zamężną, nie zgodzę się na romansowanie z kimś, kto się we mnie zakochał. On może przekonywać mnie, że dam mu szczęście, ale ja i tak wiem, że to nieprawda. Romansując z nim skrzywdzę i jego, a nie tylko męża i siebie. Podobnie gdy jestem wolna, a rodzice nie chcą zaakceptować mojego powołania. Idąc mimo to za Wolą Bożą wiem, że nie krzywdzę rodziców, niezależnie od natężenia ich obecnej rozpaczy.

Maryja wierzyła, że Wola Boża względem Niej jest dobrem też dla drugiego człowieka. Jej Serce się nie pomyliło. Byłoby dobrze, byśmy brali z Niej przykład, a na pewno nie doznamy zawodu.

 

Druga tajemnica radosna

Nawiedzenie Świętej Elżbiety

Dlaczego Maryja wyśpiewała Magnificat? Usłyszała właśnie pozdrowienie Elżbiety, pełne pochwał pod Swoim adresem. Wychowana w naszej kulturze kobieta przede wszystkim zajęłaby się zaprzeczaniem.

Tymczasem Maryja radośnie wielbi Boga i potwierdza pochwały Elżbiety. Zgadza się z nimi! Jej Serce nie odczuwa zakłopotania, kiedy krewna dobrze o Niej mówi. Z wielką radością odpowiada – tak właśnie jest!

Stawia to pod znakiem zapytania pokutujące tu i ówdzie rozumienie pokory chrześcijańskiej, w myśl którego mówienie dobrze o sobie jest czymś podejrzanym. Kojarzy się z pychą; ale Maryi przecież o pychę podejrzewać nie można… Z drugiej strony są ludzie buntujący się przeciw chrześcijaństwu, dlatego że rozumieją, iż człowiek dla higieny psychicznej potrzebuje myśleć o sobie dobrze.

I Bóg chce, byśmy o osobie dobrze myśleli. Pragnie napełnić nas radością. Nie można przecież być napełnionym radością, jeżeli jednocześnie myśli się o sobie źle.

Człowiek źle myślący o sobie jest smutny, przygnębiony. Przepełnia go poczucie winy, wpada w rozpacz. Nie ma miłości do samego siebie; a skoro siebie nie kocha, to tym samym nie jest w stanie pokochać kogokolwiek.

Nie tego uczy nas Słowo Boże. „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego” – poucza przykazanie. Jak siebie samego – a więc wpierw samych siebie powinniśmy kochać! Czy jednak można kochać kogoś, o kim myśli się źle?

Autor Psalmu 139 mówi do Boga: „Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie, godne podziwu są Twoje dzieła”. A więc ja jestem godny podziwu! W innych Psalmach autorzy nieraz określają siebie jako bogobojnych, sprawiedliwych, bez skazy. Przeciwstawiają swój obraz grzesznikom.

Gdzież więc tu miejsce na pokorę? Odpowiedź znajdziemy właśnie w Magnificat Maryi, w tej pieśni, jaką wyśpiewała Ona w odpowiedzi na pochwały Elżbiety. Maryja nie zaprzecza Swej godności, ujawnia jej źródło: „gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny”. Bóg jest źródłem wszystkiego, co dobre we mnie, a moją zasługą jest tego nie utracić i cieszyć się z własnej szlachetności.

Bo tak na dobrą sprawę, myśleć o sobie źle, oznaczałoby urągać Bogu. Przecież jestem Bożym stworzeniem, miałabym być nieudana? Bóg nie wytwarza bubli. Tak jak Psalmista, mogę Mu za stworzenie mnie jedynie podziękować.

Maryja uczy nas myśleć o sobie dobrze, i wielbić Boga za fakt naszego istnienia. Wielbić Go mimo naszych chorób, słabości, pomimo popadania wciąż na nowo w nasze grzechy. To wszystko nie wynika z naszej natury, jest tylko konsekwencją grzechu pierworodnego. To wszystko skończy się definitywnie wraz ze śmiercią.

Maryja uczy nas też, jak reagować na pochwały od drugiego człowieka. Nie zaprzeczaniem, umniejszaniem siebie – ale radością! Uśmiechnąć się i powiedzieć: „Miło mi!”, zamiast: „Tak naprawdę wcale nie jestem taka dobra…”

A jeśli męczą nas nasze winy, zostawmy je w konfesjonale. Odchodząc stamtąd, mamy u Boga czystą kartę. On nie patrzy na to, żeśmy znów „przeskrobali”, tylko na naszą naturę stworzoną na obraz i podobieństwo Boże. Nosimy w sobie odbicie największego możliwego Dobra. Jeżeli tylko tego chcemy, jest ono w nas niezniszczalne. Uwierzmy w to!

 

Trzecia tajemnica radosna

Narodzenie Pana Jezusa

Dlaczego Maryja podążyła z Józefem do Betlejem? Przecież jako brzemienna Niewiasta nie miała takiego obowiązku. Z pozoru wszystko przemawiało za tym, by Józef sam uczestniczył w spisie w imieniu swojej Rodziny. Podróż Maryi była niebezpieczna, a w najlepszym razie przysparzała tylko kłopotów.

Ale… Maryja jako pobożna Żydówka musiała znać proroctwa dotyczące przyszłego Mesjasza. A te mówiły, że narodzi się On w Betlejem judzkim. Ogłoszenie spisu tuż przed terminem rozwiązania było dla Niej z pewnością czytelnym znakiem od Boga. Więcej, było wezwaniem: ruszaj w drogę!

Bóg przemawia do nas przez wydarzenia, jeśli tylko chcemy Go słuchać. Serce Maryi było jak żadne inne wrażliwe na Jego Głos, gdyż Maryja całe Swe życie pragnęła poddać Woli Bożej.

Ale miała i inny powód, by wyruszyć – miłość małżeńską. Przed pół rokiem, po powrocie od Elżbiety, zamieszkała wspólnie z małżonkiem. Teraz z pewnością nie chciała zostawiać go samego w dalekiej drodze. Ufność Bogu przekonywała Ją, że wszystko skończy się dobrze.

Skoro Jej Syn ma się narodzić w Betlejem, Bóg Jego Ojciec nie dopuści, by po drodze coś Mu się stało. Zresztą była silna, zdrowa, nie przemęczy się, gdy będzie uważać. Na miejscu też na pewno znajdzie się schronienie dla Mesjasza. Chociaż można przypuszczać, że w Betlejem będzie bardzo wielu wędrowców…

I Bóg znalazł schronienie; lepsze nawet, niż Józef mógłby sam się wystarać. Bo do tego schronienia w nędznej stajni mogli bez skrępowania przybyć pasterze, gdy tylko Anioł oznajmił im nowinę o narodzeniu Zbawiciela. Na pewno trudniej by im było powitać Go w gospodzie czy pod prywatnym dachem. A tak mógł Jezus spotkać się ze Swym Ludem natychmiast, gdy tylko przyszedł na świat.

Ten Jego pośpiech miał źródło w pragnieniu Jego Serca, by przebywać z ukochanymi ludźmi. Św. Paweł porównuje to pragnienie do miłości i jedności małżeńskiej. Bowiem tak jak mąż stanowi jedno z żoną, tak też Chrystus ze Swoim Kościołem.

Józef postarałby się też o dwa pomieszczenia: jedno dla siebie, jedno dla Maryi z Dzieciątkiem. Pobożni Izraelici bowiem nie przebywali ze swymi żonami po porodzie. Bóg dając im za schronienie wspólną stajnię sprawił, że Święta Rodzina cały czas przebywała razem. Jezus narodził się w bezpośredniej bliskości Swojego ziemskiego ojca.

Tajemnica Narodzenia Pana Jezusa jest więc wielokrotną pochwałą małżeńskiej miłości i wierności. Najpierw Maryja z miłości do Józefa wyrusza z nim w daleką drogę. Potem Bóg daje im wspólne schronienie, aby nawet dla religijnego zwyczaju nie rozłączać jedności małżonków. Wreszcie nowo narodzony Zbawiciel objawia się Swojemu Ludowi, aby przebywać jak najprędzej wraz z nim powodowany małżeńską Miłością do Kościoła.

Uczy nas też to wydarzenie zawierzenia i ufności Bogu. Jeśli Bóg wzywa do czegoś, będzie dobrze, choćby z ludzkiego punktu widzenia to wezwanie było czystym szaleństwem. Taka ufność potrzebna jest narzeczonym, kiedy na przekór przeciwnościom decydują się podjąć ryzyko wspólnej przyszłości. Jest potrzebna małżonkom, by zdecydować się na dziecko mimo braku pieniędzy i groźby utraty pracy. Jest też potrzebna rodzicom, by pokochać dziecko chore lub niepełnosprawne. Jest potrzebna do uwierzenia, że jeżeli Bóg wzywa, będzie dobrze!

  

Czwarta tajemnica radosna

Ofiarowanie Pana Jezusa

Dlaczego Jezus objawił się Symeonowi? Tradycja ukazuje nam Symeona jako starca. W tekście Pisma Świętego nie ma wprawdzie wzmianki o jego wieku, ale można to wywnioskować, gdyż Symeon modli się o rychłą śmierć. Natomiast towarzysząca mu prorokini Anna jest otwarcie przedstawiona jako staruszka.

Świadkami Jezusa w Świątyni Jerozolimskiej jest zatem dwoje starszych ludzi. Zapewne są już oni słabi i schorowani, i można przypuszczać, że tłum ludzi w sile wieku nie traktuje ich zbyt poważnie. Dlaczego więc właśnie oni? Odpowiedzi możemy poszukiwać w Miłosiernym Sercu Zbawiciela, które nikogo nie odrzuca i dla którego nie ma ludzi niepotrzebnych.

Człowiek stworzony został do miłości, a więc do darzenia. Realizuje on w pełni siebie ofiarowując coś innym. Może ofiarować swój czas, siły, zdolności, pracować na rzecz swojej rodziny lub dla dobra lokalnej społeczności. Praca na rzecz innych jest dla człowieka przede wszystkim źródłem utrzymania, gdyż za nią otrzymuje środki niezbędne do życia. Pracuje on jednak też i po to, by nie czuć się niepotrzebnym.

Cóż jednak może dać drugiemu człowiek stary, chory, lub na przykład upośledzony umysłowo? To on musi korzystać z pomocy innych. Inni ludzie go utrzymują, podobnie jak utrzymuje się dziecko. Dziecko jednak może mieć nadzieję, że gdy dorośnie, odwdzięczy się społeczeństwu swoją pracą. Takiej nadziei nie ma człowiek stary czy chory…

Ale Serce Jezusa daje mu inną szansę. Człowiek stary, chory i cierpiący może służyć drugiemu swoją modlitwą. Może ofiarować w ważnych intencjach swe cierpienia i wypraszać potrzebne łaski Boże dla młodych, silnych i zdrowych. A to im czasem bardziej jest potrzebne niż właśnie siły i zdrowie. Rozumiała to dobrze Matka Teresa z Kalkuty, wzywając chorych do modlitwy i ofiarowania swych cierpień w intencji misjonarek miłości. Siostry te w swojej trudnej i ciężkiej pracy potrzebują bardzo łaski Bożej.

Kościół uważa chorych i cierpiących za największy swój skarb. Zawsze naucza, że ich cierpienie nie może się zmarnować. Z niego Kościół czerpie siłę i moc do pracy apostolskiej, dzięki niemu nawracają się grzesznicy. Ta wielka użyteczność to dar Serca Zbawiciela dla tych, który po ludzku nic innym ofiarować nie mogą.

Aby ten dar wykorzystać, trzeba cierpiącym tylko jednego – dobrej woli. Trzeba chęci, aby się pomodlić, bo Bóg nie czyni nigdy niczego wbrew człowiekowi. Tej chęci nie brakowało na pewno Symeonowi i Annie, których Ewangelia przedstawia jako sprawiedliwych i pobożnych.

Tajemnica Ofiarowania uczy nas, aby nie odrzucać nikogo. Może się bowiem okazać kiedyś w wieczności, że najbardziej pomogli nam ci, których uważaliśmy za nieproduktywnych i niepotrzebnych. Ale ludzi niepotrzebnych nie ma. Każdy ma u Boga swoje zadanie, każdemu więc należy się szacunek i uznanie.

Uczy nas też ta tajemnica, byśmy zawsze rozwijali swą pobożność. Nie zgadzajmy się w modlitwie na bylejakość, uczmy się modlitwy, doskonalmy ją. To nas przecież nic nie będzie kosztowało. Zwłaszcza wtedy, gdy mamy dużo czasu: na emeryturze, na rencie czy czasowym zwolnieniu lekarskim. Intencja bliska naszemu sercu zawsze się jakaś znajdzie, w końcu nie ma chyba człowieka, któremu by na niczym nie zależało?

  

Piąta tajemnica radosna

Znależienie Pana Jezusa

  

Dlaczego Jezus został Sam w Jerozolimie? Dobre dzieci nie postępują w ten sposób. Przecież Matka powiedziała Mu, gdy Go znalazła: „z bólem serca szukaliśmy Ciebie”. Dlaczego Jezus sprawił Swoim rodzicom ból?

Tym wydarzeniem mówi nam On coś bardzo ważnego. Ewangelia podaje: „potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany”. Wypadki w Jerozolimie ukazują, że był poddany dlatego, że Sam tego chciał, w sposób całkowicie wolny od jakiegokolwiek zewnętrznego lub wewnętrznego przymusu. Innymi słowy był ze Swymi rodzicami tylko i wyłącznie z miłości.

Do podobnej wolności – już w dorosłym życiu – wzywa On nas też w innym miejscu Ewangelii. Mówi bowiem: „Jeśli ktoś przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26).

O co tu chodzi? Rzecz jasna nie o nienawiść do osoby; byłoby to sprzeczne z całym nauczaniem Jezusa. Ale Jezus zwraca tu uwagę na konieczność wyzwolenia się z wszelkich możliwych patologii w relacji z drugim człowiekiem. Patologie te są szczególnie częste w rodzinie – szantaż emocjonalny, wymuszanie miłości (udawanej zresztą, gdyż nie można wymusić prawdziwej), celowe wzbudzanie poczucia winy… Skutkuje to strachem przed otwartością, przed okazaniem rzeczywistych uczuć (zwłaszcza negatywnych, jak żal albo gniew), unikaniem poruszania tematów „niebezpiecznych” lub sygnalizowania potrzeb nieakceptowanych przez bliskich. W końcu takie życie rodzinne staje się męczącym, frustrującym udawaniem.

Prawdziwa miłość wymaga wolnego wyboru, świadomej decyzji wolnej od ulegania manipulacjom, a zwłaszcza wolnej od poczucia winy. Wymaga mówienia prawdy o swoich problemach, uczuciach czy potrzebach. Wymaga właśnie znienawidzenia w sobie wszelkich skłonności do patologicznych więzi.

Jezus wzywa, aby już w dzieciństwie być posłusznym rodzicom z miłości, a nie ze strachu. Tym bardziej człowiek dorosły powinien być wolny w relacji ze swoimi rodzicami.

I nie tylko zresztą z rodzicami. Starożytna apologia sławi wolność chrześcijan w stosunku do państwa i prawa. Mówi, że są oni posłuszni wszelkim zarządzeniom i zwyczajom, ale sposób ich życia wskazuje, że stoją ponad każdym prawem.

Kiedy się to przejawiało? Ano wtedy, gdy człowiek stawał przed wyborem między wiernością Bogu albo prawu. Wówczas nic nie mogło powstrzymać chrześcijanina, nie bali się oni żadnych sankcji karnych ani moralnych. Nie straszna im była nie tylko groźba więzienia lub śmierci, ale także hańby i społecznego potępienia. Wolni byli też od więzi rodzinnych – św. Perpetua wybrała męczeństwo mimo błagań rodzonego ojca, by tego nie uczyniła…

Dwunastoletni Jezus też opuścił rodziców w imię spraw Swego Boskiego Ojca. Stanowi to dla nas kolejną, bardzo ważną wskazówkę. Nie powinniśmy próbować Go naśladować powodowani żadnym motywem ziemskim. Ani rozgoryczenie zniewoleniem, ani gniew na manipulujących nami członków rodziny, ani wreszcie pragnienie własnego dobra czy miłość do samej wolności nie powinny nami powodować. Jest to bowiem sprawa delikatna. Tylko z miłości do Boga potrafimy tak ukierunkować nasze dążenia, by nie skrzywdzić siebie lub najbliższych.

  


  

Licencja: Creative Commons