0
głosów
- +

Recenzja płyty Behemoth - "I Loved You at Your Darkest"

Autor:

Aktualizacja: 22.07.2019


Kategoria: Kultura i Sztuka / Muzyka


Recenzja
  • 0 głosów dodatnich
  • 0 głosów ujemnych
  • 138 razy czytane
  • 0 przedrukowany
  • 0 Polemik/Poparć <span class="normal">Odpowiadanie na artykuł</span>
  • Licencja: CC <span class="normal">Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie dzieła i wszelkich jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o tw&oacute;rcy.</span>
Dostęp bezpłatny <span class="normal">Dostęp do treści jest bezpłatny.<br/> Inne pola eksploatacji mogą być zastrzeżone sprawdź <b>licencję</b>, żeby dowiedzieć się więcej</span>
 

Kiedy w 2014 r. Behemoth wydał The Satanist, album niemal z miejsca został ogłoszony jednym z najlepszych dokonań w świecie ekstremalnego metalu. Był to comeback, jakich mało. Tym samym trio z Pomorza poprzeczkę zawiesiło bardzo wysoko. Po 4 latach nadszedł czas na nowe wydawnictwo. Jak wypada?


I Loved You at Your Darkest to 11. album w dorobku Behemotha. I jak na album Behemotha przystało, różni się od pozostałych. A więc jesteśmy w domu. Panowie serwują nam aż dwanaście utworów, z czego dwa - pierwszy i ostatni - to osobno wydzielone intro i outro. Album zaczyna się głosami dzieci, które znowu pojawiają się w singlowym God=Dog. Niby mają stawiać włosy na głowie, ale raczej powodują grymas niezadowolenia. Te dwa kawałki przedzielone są brutalnym Wolves ov Siberia, całkiem typowym dla Behemoth (o ile coś można uznać za „typowego Behemotha”). Oprócz niego, bardzo ostry jest też Angelus XIII, który spokojnie mógłby znaleźć się na Evangelion. Wspomniany God=Dog, to wiodący singiel. Utwór robi wrażenie od samego początku, ostry, niemal rozrywający riff, growl Nergala wymieszany z czystym wokalem tegoż. Robi robotę... Kawałek wpada w ucho, ale nie jest bez wad... O ile w przypadku Me and That Man, dziecięce chórki były na miejscu, o tyle tu już nie do końca. Lepiej brzmiałyby czyste wokale Nergala, który udowadnia to w innych miejscach na płycie. Na przykład w singlowym Bartzabel, gdzie jednak takie wokale zostały ograniczone do niezbędnego minimum. I robi to wrażenie. Ecclesia Diabolica Catholica to bardzo dynamiczny, porywający utwór, pierwszy, gdzie pojawia się łacina. I tej łaciny jeszcze trochę jest na płycie. I francuskiego też trochę (vide ROM 5:8). Lubię Nergala za teksty, za elokwencję, której odmówić mu nie można. Niezmiernie cieszy mnie fakt, że spod jego ręki nie wychodzą teksty na poziomie 14-latka, jak ma to niestety miejsce u niektórych (czytaj: wielu) black metalowców. Jednak tych „obcyzmów” jest tu trochę za dużo.

Bardzo ciekawy jest If Crucifixion Was Not Enough... z punkowym, prostym beatem i czystymi gitarami. Kawałek też jest dynamiczny i nie mogę powiedzieć, żeby nudził.

Sabbath Mater można by uznać za fuzję If Crucifixion… i Angelus XIII plus dęciaki, które, jak to u Behemotha bywa, dociążają utwór i dodają apokaliptyczny klimat.

Havohej Pantocrator... z tym utworem mam spory problem. Z jednej strony, muzycznie jest mocny. Przyjemnym smaczkiem są wpadające w ucho brzęczące nieprzesterowane gitary na samym początku. Z drugiej strony, tekst... „Our father who art in hell/Unhallowed be Thy name”. Serio? Ja wiem, na The Satanist był Ora Pro Nobis Lucifer, Messe Noir. Z tym, że wtedy Nergalowi wyszło, a teraz jest jakiś niedosyt. Czuć, że można było napisać coś lepszego. Na szczęście druga część jakoś ten kawałek podciąga.

Brzmieniowo, We Are the Next 1000 Years cofa nas do początku albumu. Ta sama brutalność, co w Wolves ov Siberia, ale od połowy ten kawałek zwalnia, jakby szykując nas na koniec płyty.

Brakuje mi takiego smaczku, jak The Reign ov Shemsu-Hor z Demigod, Lucifer z Evangelion, czy O Father! O Satan! O Sun! z The Satanist. Z drugiej strony, jest outro Coagula, jakiego nie ma na żadnej innej płycie. Tak czy owak, nie jest to to samo, co pełnoprawne zwieńczenie płyty, które zapadłoby w pamięć.

Na I Loved You at Your Darkest należy patrzeć na kilka sposobów. Po pierwsze ogólnomuzycznie, wtedy słychać, że płyta jest spójna, jest na niej miejsce na powietrze (o co Behemothowi chodziło już dwie płyty wstecz) i solidne metalowe naparzanie. Po drugie, oprawa. Kapitalnie wydany album, brawa za okładkę, zdjęcia wewnątrz, a także - idźmy dalej - wystawę. Mamy do czynienia z naprawdę dopracowanym wydawnictwem. Po trzecie, nieco bardziej detalicznie. Behemoth nadal eksploruje. Mamy czyste wokale (novum), chóry gregoriańskie (znowu novum), chór dziecięcy (novum i ryzyko), gitary akustyczne (spojrzenie wstecz na pierwsze lata działalności).

Nie jest to The Satanist 2 i bardzo dobrze, bo byłoby to pójście na łatwiznę. Panowie z Behemoth poszli niby w tym samym kierunku, który obrali na poprzedniej płycie, ale nieco inną drogą. I gloria im za to.

Ocena płyty: 8/10

Konrad Niechwiej

Lista Tagów: recenzja, płyta, behemoth

Podobał Ci się artykuł?
0
głosów
- +

Brak polemik/poparć



Podobne artykuły:


KOMENTARZE


Używając tej strony zgadzasz się na wykorzystywanie plików Cookie.
Dowiedz się więcej.

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Z dniem 25.05.2018 wprowadziliśmy też w życie rozporządzenia dotyczące ochrony danych osobowych. Więcej informacji w naszej Polityce Prywatności i Regulaminie.

Zamknij