0
głosów
- +

Avengers: Wojna bez granic - recenzja najnowszej odsłony studia Marvel artykuł jest promowany

Autor:

Aktualizacja: 17.05.2018


Kategoria: Kultura i Sztuka / Film


Recenzja
  • 0 głosów dodatnich
  • 0 głosów ujemnych
  • 134 razy czytane
  • 0 przedrukowany
  • 0 Polemik/Poparć <span class="normal">Odpowiadanie na artykuł</span>
  • Licencja: CR <span class="normal">Wszelkie prawa zastrzeżone. Artykuł może być opublikowany jedynie na Artelis. Zabronione jest pobieranie artykułu i korzystanie z niego bez pismnej zgodny autora i serwisu Artelis.pl&nbsp;</span>
Dostęp bezpłatny <span class="normal">Dostęp do treści jest bezpłatny.<br/> Inne pola eksploatacji mogą być zastrzeżone sprawdź <b>licencję</b>, żeby dowiedzieć się więcej</span>
Avengers: Wojna bez granic - recenzja najnowszej odsłony studia Marvel

Nie sądziłem, że kiedyś to powiem, ale nie mogłem się doczekać dnia, kiedy usiądę w kinowym fotelu i bez spoglądania na zegarek zanurzę się w obrazie najbardziej wyczekiwanego filmu 2018 roku...


Avengers: Wojna bez granic, albo jak kto woli, Avengers: Infinity War to najnowsze dzieło będące podsumowaniem dziesięciu lat Marvel Cinematic Universe. Dla tych, co nie są zorientowani w temacie, kilka zdań wprowadzenia w świat superbohaterów. Otóż, na początku były komiksy, przedstawiające głównych postaci jako ludzi o nadzwyczajnych mocach, uzyskanych wskutek pewnych wydarzeń, zrządzenia losu i nie tylko. Tak jak na podstawie wielu książek, reżyserzy również ich historie przenoszą na wielki ekran. Dwa największe amerykańskie wydawnictwa komiksowe, Marvel i DC, toczą walkę o prym od wielu lat. Liczba wielbicieli jest podzielona, jedni wolą herosów marvelowskich, inni zaś tych od DC. Jedno jest pewne, obydwaj giganci stworzyli całą sieć nadludzi, którzy są rozpoznawalni na całym świecie. Bo któż nie zna Iron Mana, Kapitana Amerykę, Hulka, Thora, Spidermana czy też z drugiej strony, Batmana, Supermana, Wonder Woman lub Flasha. I tak, z roku na rok, powstają filmy tworzące swego rodzaju uniwersum, zgrabnie łączące się w jedną spójną całość. My skupimy się na Avengersach, a więc grupie protagonistów, będącej tworem wydawnictwa Marvel. Warto też dodać, iż 10 lat temu, wrzucony na pierwszy ogień Iron Man był początkiem pięknej sagi podzielonej na trzy fazy. Avengers: Wojna bez granic jest 19 filmem  zwieńczającym dotychczasową produkcję MCU. I zapewne na tym się nie skończy.

Avengers: Infinity War, który swoją premierę miał w kinach pod koniec kwietnia, w niesamowitym tempie pnie się po szczeblach w rankingu kasowych filmów. Cieszy się ogromną popularnością, przez co jest rozchwytywany nawet wśród recenzentów chcących podzielić się unikatowymi wrażeniami. Nic dziwnego, bo dzieło reżyserii braci Anthony’ego i Joe Russo zasługuje na miano majstersztyku w tego typu produkcjach. Kevin Faige, szef Marvel Studios i zarazem producent MCU z sumiennością dba o to, by każda nowa część była nie tylko opowieścią o konkretnym bohaterze, ale potrafiła łączyć się z historiami pozostałych. W ten sposób doszliśmy do dnia, w którym zlepek różnorodnych postaci pojawił się wspólnie w jednym przedsięwzięciu, co już na wstępie budzi sporą ekscytację. Temat komiksowego świata jest na tyle kolosalny, że ciężko okiełznać  go w jednym tekście. Nie inaczej jest z najnowszymi Avengersami, bo tak jak sam tytuł podkreśla, mamy przed sobą film bez granic. Można o nim mówić i mówić i mówić. Ale do rzeczy…

Mega widowisko. Tak oto tymi dwoma słowami należałoby opisać to, co zgotowali nam bracia Russo. Pojawienie się Thanosa, potężnego tytana, dla nas widzów będzie nie lada gratką, natomiast dla ziemskich herosów olbrzymim wyzwaniem. Samozwańczy  imperator wszechświata, stopniowo wprowadzany w kilku poprzednich ekranizacjach serii, postanawia bez skrupułów zebrać wszystkie Kamienie Nieskończoności. Pozwolą mu one posiąść niewyobrażalną moc, a przy tym zniszczyć połowę istnień, przywracając w ten sposób rzekomą równowagę. Tylko zespół Mścicieli jest w stanie zapobiec zagładzie. I mimo tego, że ujrzymy około dwudziestu dzielnych obrońców ludzkości, ta misja nie będzie należała do najłatwiejszych. Wręcz przeciwnie, rozpocznie się istna walka na śmierć i życie. Thanos nie będzie oszczędzał nikogo w drodze do celu. Dzięki temu, MCU zaserwowało nam prawdziwego antagonistę, złego do szpiku kości, bezwzględnego i kipiącego okrucieństwem na każdym kroku.

Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem fakt, iż oczywiście głównym celem producentów było zebranie do kupy wszystkich superbohaterów. O ile we wcześniejszych częściach Avengers spotykamy się z trzonami drużyny takimi jak: Iron Man, Kapitan Ameryka, Thor, Hulk, Czarna Wdowa, to teraz podani na tacę zostaną nam Spiderman, Dr Strange, Czarna Pantera czy też Strażnicy Galaktyki. Świetnym pomysłem jest podział marvelowskich tworów na grupy, gdzie w poszczególnych miejscach na ziemi będą toczyli walkę. Dzięki temu, każdy z nich będzie miał swoje pięć minut na wielkim ekranie.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele, by nie odbierać przyjemności z oglądania filmu, nie ważne czy to w kinie czy też w innej formie, ale mogę zapewnić… nikt nie będzie się nudził. Film jest tak skonstruowany, że na dobrą sprawę od pierwszych minut coś się dzieje. W momencie, gdy usiądziemy w fotelu, akcja wprowadzi nas ekspresowo do seansu. Pełne dynamiki sceny walki zapierają dech w piersiach, by następnie, na chwilę zwolnić, przedstawiając bliżej postać Thanosa i jego wizję wszechświata. Efekty specjalne budzą podziw przez duże P.  Obraz zrealizowany jest z niesamowitym rozmachem. Wydawałoby się też, iż nagromadzenie tylu ludzi grających pierwsze skrzypce może okazać się konfliktowe, lecz nic z tych rzeczy. Bracia Russo podeszli do sprawy profesjonalnie, co przejawia się płynnym przechodzeniem wątków, tworzących na koniec zwartą całość. Tak sobie teraz myślę, że odwalili kawał dobrej roboty, biorąc pod uwagę ogólny stan rzeczy, konsekwentnie nadając kształt poszczególnym fazom MCU. Poprzez liczne crossovery wprowadzali stopniowo do uniwersum konkretnych bohaterów, przedstawiając przy tym ich genezę pojawienia się na ziemi, a każdą następną część otwierali w scenach po napisach danej ekranizacji. Mało tego. Z uwagi na fakt, iż nie jestem komiksomaniakiem, bazuję tylko i wyłącznie na tym, na czym skupia się uniwersum kinowe Marvela. To wystarczy, by nie oglądając nawet wszystkich filmów, móc się połapać w całym tym zgiełku i spokojnie przysiąść do ostatecznej potyczki jaką zgotowało nam Avengers: Infinity war. Chylę czoła w kierunku producentów oraz ludzi związanych ze studiem za tak jednolity tasiemiec kinowych hitów. Nie zabrakło również humoru, jakże ważnego dla niektórych uczestników wojennej jatki. W obliczu nadchodzącego zagrożenia zabawne teksty lub sarkastyczne docinki dawały kompanom odrobinę otuchy, a nam widzom, powody do śmiechu.

Na szczególne uznanie zasługuje oczywiście obsada aktorska. Robert Downey Jr jako arogancki, lecz z błyskotliwym dowcipem Tony Stark; Chris Evans biegający z tarczą Kapitana Ameryki; zielony ze wściekłości niczym Hulk Mark Ruffalo; nieokrzesany, ale odważny władca Asgardu Thor w ciele Chrisa Hemswortha oraz waleczna Scarlett Johansson vel Czarna Wdowa to odtwórcy ról, których mogliśmy oglądać w ubiegłych latach. Z kolei, Benedict Cumberbatch jako Dr Strange, Chadwick Biseman, czyli Czarna Pantera, Chris Pratt, znany fanom Strażników Galaktyki pod pseudonimem Star-Lord oraz młodziutki Tom Holland, grający Spidermana, to nowe twarze, wcielające się w pozostałych członków Avengers. A na deser Josh Brolin i jego czarny charakter – Thanos. Choć aktor nie miał okazji wcześniej występować w tego typu produkcjach, to spisał się wzorowo i niczym nie odstaje od swoich kolegów z branży. Jedna z lepszych ról w karierze Amerykanina. Każdy z wymienionej czołówki jest ikoną marvelowskiego świata i każdy, bez wyjątku, wyraziście, a przede wszystkim niepowtarzalnie wnosi coś nowego do kontinuum. Ponadto, w Infinity War pojawia się jeszcze kilka postaci, których tutaj nie przywołałem, a co więcej, na tym bracia Russo nie zamierzają poprzestać.

Podsumowując, Avengers: Wojna bez granic  to obraz będący obowiązkową pozycją dla fanów komiksów Marvela jak i również ekranizacji fantastycznych. Ba, wielbiciele kina także powinni go zobaczyć. Spektakularne widowisko, nagłaśniane od dłuższego czasu. Osobiście, uwielbiam filmy, gdzie główni bohaterowie łączą siły w celu walki ze złem. Gdzie jednostka nie ma szans na zwycięstwo i niezbędna jest pomoc sojuszników. Z takim nastawieniem poszedłem do kina i nie zawiodłem się. W tym dziele było wszystko, począwszy od dynamicznej akcji, porcji humoru, po wzruszenie, a kończąc na świetnej fabule. Jeden z najlepszych filmów tego roku oraz ostatniej dekady studia Marvel wart był odliczania miesięcy do dnia premiery. Wszelkie aprobaty potwierdza jeszcze bardziej finał wojennego starcia. Zaskakujący, fenomenalny i budujący napięcie. Za rok druga cześć zmagań ziemskich superbohaterów z wielkim Thanosem w tle. A wraz z nią znów pojawia się to wyczekiwanie. Pozostawiające nas z wieloma znakami zapytania, licznymi spekulacjami co do ostatecznego rozstrzygnięcia oraz dawką emocji, skrzętnie przygotowywaną dla nas przez twórców od 10 lat.

Lista Tagów: Recenzja, film, kino

Podobał Ci się artykuł?
0
głosów
- +

Brak polemik/poparć



Podobne artykuły:

» Push


KOMENTARZE


System komentarzy dostarcza Disqus

Używając tej strony zgadzasz się na wykorzystywanie plików Cookie.Dowiedz się więcej.

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Z dniem 25.05.2018 wprowadziliśmy też w życie rozporządzenia dotyczące ochrony danych osobowych. Więcej informacji w naszej Polityce Prywatności i Regulaminie.

Zamknij