2
głosów
- +

„Sekret” – prawda czy takie tam …? Cz. 2

Autor:

Aktualizacja: 16.02.2011


Kategoria: Duchowe Drogi / Szczęście


Artykuł
  • 2 głosów dodatnich
  • 0 głosów ujemnych
  • 1707 razy czytane
  • 1 przedrukowany
  • 0 Polemik/Poparć <span class="normal">Odpowiadanie na artykuł</span>
  • Licencja: CC <span class="normal">Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie dzieła i wszelkich jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o tw&oacute;rcy.</span>
Dostęp bezpłatny <span class="normal">Dostęp do treści jest bezpłatny.<br/> Inne pola eksploatacji mogą być zastrzeżone sprawdź <b>licencję</b>, żeby dowiedzieć się więcej</span>
 

Dlaczego różne wspaniałe techniki i metody spełniania marzeń oraz radzenia sobie z przeciwnościami losu działają dla innych, ale nie dla nas? Jak sprawić by zadziałały?


Jak już napisałem wcześniej „Sekret” działa. Sprawdziłem to! Wcześniej niż opisany w pierwszej części artykułu eksperyment z monetą, wykonałem jeszcze kilka mniejszych prób tzn. dotyczących naprawdę drobnych rzeczy. Efekt był zawsze tak samo pozytywny, tylko pojawiał się szybciej tj. tego samego dnia lub następnego! Celowo nie opisuję pewnych szczegółów, bo zasadą „Sekretu” jest, aby nie myśleć o tym, w jaki sposób otrzymamy lub osiągniemy pożądaną rzecz czy stan rzeczy. Nie powinienem i nie chcę niczego Wam sugerować, bo to może i z pewnością będzie przeszkadzać w osiągnięciu Waszych celów. Opatrzność ma swoje ścieżki i sposoby - zawsze niepowtarzalne i zaskakujące.

Dlaczego więc nie potrafimy zrealizować większych marzeń, tych o wspaniałej pracy, która daje nam satysfakcję i godziwe pieniądze, o własnym wygodnym domu, położonym w pięknej okolicy, o zdobyciu popularności, szczęśliwym związku lub posiadaniu wystarczającej ilości pieniędzy, aby podróżować, i wielu, wielu innych?

Niemal każdy mógłby dodać do powyższej listy jeszcze kilka swoich szczególnych pragnień, które wydają się być poza zasięgiem możliwości. Przyczyny tego, że nasze marzenia pozostają wciąż „tylko” marzeniami, mogą być różne. Najpierw spróbujemy je nazwać, a później zastanowimy się jak ograniczyć ich oddziaływanie. Tak, to jest możliwe!

Po pierwsze, nie praktykujemy, lub jeśli już to robimy, to nie stosujemy się do zaleceń.

Ileż to razy kupiliśmy wspaniałą książkę z gatunku „self-help”, która nas zachwyciła? Przeczytaliśmy, zadumaliśmy się na chwilę nad jej wspaniałością, nad prostotą i oczywistością przesłania autora, nad bezgraniczną miłością i hojnością Stwórcy? Może nawet próbowaliśmy przez jakiś czas stosować się do opisanych metod i zasad, po czym, stwierdzając, że nie działają, odkładaliśmy książkę na półkę myśląc „może kiedyś do tego wrócę, jak będę miał(a) więcej czasu i spokoju”. Niektórzy z kolei praktykują bardziej konsekwentnie, ale za to zbyt gorliwie. Co chwilę, niecierpliwie wypatrują rezultatu. Zniecierpliwienie jest wyrazem braku wiary, a brak wiary w powodzenie znacznie utrudnia osiągnięcie celu. Akurat w przypadku „Sekretu” niezachwiana wiara jest podstawowym warunkiem.

A zatem, brak nam konsekwencji, wytrwałości, cierpliwości i wiary. Najbardziej jednak brak nam odwagi potrzebnej do opuszczenia naszej „strefy komfortu”. A strefa komfortu to bardzo silny mechanizm obrony przed nieznanym, przed niekoniecznym ryzykiem – ryzykiem, które, jak podświadomie zakładamy, musi wiązać się z opuszczeniem dobrze nam znanych terytoriów i wypłynięciem na szersze, nieznane wody.

Po drugie, mamy więc swoje strefy komfortu! I wcale nie chodzi tu o ulubioną kanapę przed telewizorem. Po prostu, tak bardzo przyzwyczajamy się do tego, co jest nam dobrze znane, choć często (obiektywnie rzecz biorąc) nieatrakcyjne, że podświadomie wolimy stare trudności niż nowe, nieznane nam dotąd, przyjemności. Jest nam względnie dobrze tak jak jest! Nawet, jeśli kupujemy odpowiednie książki, z czasem tworzymy z nich zasoby nazwane przez kogoś „shelf-help”, czyli taką „pomoc na półce”. Czujemy się lepiej, bo wiemy, że w razie czego możemy sięgnąć do tej półki, i … to nam wystarcza. Dochodzimy do wniosku, że „praca, którą mamy nie jest taka zła”. Myślimy, choć często sami przed sobą się do tego nie przyznajemy, że „przynajmniej wiem na czym stoję”. Przychodzi nam do głowy, że właściwie, teraz, nie jesteśmy jeszcze gotowi na jakieś rewolucje w naszym życiu, bo tak jak żyjemy „da się żyć” a co nas czeka, jeśli spróbujemy pójść za naszym marzeniem, tego nie wiemy. Obawy biorą górę nad pragnieniem. Są to obawy przed nadmiarem pracy, którą trzeba będzie wykonać, przed goryczą porażki, przed ośmieszeniem się, przed gderaniem bliskich, przed utratą tego, co już mamy …

Spróbujcie, na początek, nazwać wasze obawy – dla każdego marzenia, czy też pragnienia, oddzielnie.

Po trzecie, mamy swoje niewyczerpane źródło obaw i lęków! Są nim głęboko zakorzenione w naszej podświadomości przekonania, co do własnych możliwości, zdolności, pracowitości i talentów, szczęścia lub pecha, i wiele innych. Jeśli przeczytaliście „Potęgę podświadomości” Murphy’ego, lub inną podobną książkę, to wiecie już skąd się wzięły te przekonania.  Bez wnikania w szczegóły, wzięły się z naszych własnych doświadczeń (potknięć, porażek, sukcesów, zgromadzonej wiedzy „obiektywnej”, …) ale także z doświadczeń innych osób, z którymi zetknęliśmy się bezpośrednio lub pośrednio w dotychczasowym życiu (rodziców, rodziny, rówieśników, partnerów życiowych, trenerów, pisarzy …). Jeśli pośród tej drugiej grupy nie spotkaliśmy przynajmniej jednej osoby, która była naszym „kochającym lustrem” (ang. loving mirror), o którym wspominałem już w artykule „Znajdźcie czas na marzenia!”, to istnieje duże ryzyko, że mamy w podświadomości mocno zniekształcony obraz samych siebie. Obraz, który jest zdeformowany i umniejszony przez wpływ cudzych obaw i bolesnych porażek, przekazanych nam i utrwalonych w ciągu wielu lat, w drodze napomnień, ostrzeżeń, przykładów, zakazów i nakazów, itd. Jako uzupełnienie wątku polecam lekturę artykułu Pana Wojciecha Diechtitara pt. „Jesteś doskonały” (na Artelis).

Poza tym, jeśli nie mieliśmy bliskiej styczności z osobą, która potrafiła pokonywać lęki i podejmować ryzyko w imię swoich marzeń, i która pokazała nam, że sukces, szczęście i satysfakcja są możliwe do osiągnięcia, to niby skąd mamy wiedzieć jak to się robi?!

Po czwarte, nie szukamy potrzebnej wiedzy! Niestety, niektórym nawet nie przychodzi do głowy myśl o tym, że mogliby podjąć starania, aby wydostać się z zaklętego kręgu niemożności i „ulepszyć” swoje życie. Nie odczuwają takiej potrzeby ani nie tęsknią za czymś niezwykłym, piękniejszym i pełniejszym. Nawet, jeśli imponuje im luksusowe życie innych ludzi, uważają, że to wynik ich znajomości, nieczystych interesów albo odziedziczonego majątku. Koncentrują się na narzekaniu i przepowiadaniu kolejnych nieszczęść. Ci lubią myśleć „ach, gdybym tak wygrał parę milionów w lotka to całkowicie zmieniłbym swoje życie”. Nic bardziej mylnego!

Inni, chociaż starają się, pracują na dwóch etatach, szukają kontaktów, otwierają kolejne biznesy, wkładają ogromny wysiłek w poprawę bytu swojego i swojej rodziny, nijak nie potrafią oderwać stóp od ziemi nawet na milimetr, a jeśli nawet wzniosą się na moment to szybko spadają z hukiem na ziemię. Ich wysiłki kończą się kolejnymi niepowodzeniami. Nie wiedzą, bo i skąd, że przyczyna niepowodzeń leży głęboko w ich podświadomości, w ich sposobie widzenia świata i siebie samych. Może i sięgnęliby po pomocną wiedzę, ale nikt nie powiedział im, że jest ona dostępna i gdzie jej szukać.

Istnieje jednak całkiem liczna grupa ludzi, którzy otwierają szeroko oczy i umysł, rozglądają się, poszukują, czytają, eksperymentują, podążają za różnymi teoriami i własną intuicją, słuchają różnych nauczycieli, i jeśli mają odrobinę szczęścia w końcu udaje im się odnaleźć własną drogę i dotrzeć do szczęścia. Od takich ludzi warto się uczyć. Warto czerpać z ich wiedzy i doświadczenia, warto słuchać i rozglądać się aby nie przegapić podpowiedzi, którą podsuwa nam „los”.

Kiedyś, mój kolega z pracy, który interesował się psychologią, siłami umysłu i NLP, pożyczył mi pierwszą właściwą lekturę. Była to książka rzymsko-katolickiego księdza Justina Belitz’a OFM pt. „Sukces – pełnią życia”. Gorąco polecam ją tym, którzy obawiają się, że zbyt otwarte, „ponadreligijne” myślenie nadwątli ich katolicki kanon wartości. To była iskra, która rozpaliła moją ciekawość i spowodowała, że sięgnąłem po cały szereg kolejnych lektur i zacząłem próbować jak działają opisane w nich metody.

Jak więc zabrać się do dzieła i przełamać tkwiące w nas ograniczenia? Jak poradzić sobie z podstawowymi trudnościami i gdzie szukać stosownej wiedzy? Jakich użyć metod i jak nie przegapić swoich szans?

Odpowiedzi nie uda się udzielić w kilku zdaniach. Dlatego też musicie uzbroić się w odrobinę cierpliwości. Niebawem, w trzeciej części tego artykułu poszukamy odpowiedzi na powyższe pytania.

W międzyczasie nie zapomnijcie marzyć i (jeśli tylko możecie) czytajcie książki, które Wam zarekomendowałem. To da Wam wystarczające przygotowanie teoretyczne a jednocześnie sprawi Wam, co gwarantuję, ogromną przyjemność i przygotuje Was mentalnie do szerszego otwarcia umysłu.

Namaste

Greg Ka

 


Podobał Ci się artykuł?
2
głosów
- +

Brak polemik/poparć



Podobne artykuły:


KOMENTARZE


System komentarzy dostarcza Disqus

Używając tej strony zgadzasz się na wykorzystywanie plików Cookie.Dowiedz się więcej.

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji w naszej polityce prywatności.

Zamknij