» Wyszukiwarka» Kategorie
» Multiprofile
|
» Kategoria: Kultura i Sztuka / PisarstwoWydawca odrzucił moją powieść z powodu…Krzysztof Dmowski 21.12.2011, czytano 187 razy, pobrano kod HTML 0 razy, komentarzy 0.
Wielokrotnie wspominałem o tym, że wydawcy nie przyjmują tekstów do czytania. Dziś trochę ta sprawa poszła do przodu. Konkurencja wpływa na obrót. Coraz rzadziej zdarzają się przypadki, że wydawca odrzucił powieść. A jeszcze rzadziej, że wydawca poda powód odmowy. Rękopis jest jak nieoszlifowany diament…
W tej chwili zupełnie zapomniałem nazwę problemu, ale znany wydawca odrzucił mój tekst ponieważ osoba, która podjęła się poprawić moje błędy, pominęła kilka szczegółów. W mojej powieści „Alan w Krainie Skanlandii” znaleziono bardzo poważny błąd: „Czuł na sobie zabiegi reanimacyjne” — ten niesamowity błąd sprawił, że wydawca miał prawo odmówić wydania książki. Czego zatem oczekuje wydawca, który twierdzi, że redaktor bierze za redagowanie książki 3000zł? Pisząc książkę pragnę jak najszybciej napisać, ponieważ obawiam się, aby nie uleciała mi żadna istotna myśl. Zatem mam prawo do błędu. W tak zwanych czasach komunistycznych, każda książka posiadała redakcję, bez względu na to, kto ją napisał. W większości przypadków bywało tak, że jeden redaktor wraz z autorem od nowa pisał książkę, a inny redaktor poprawiał błędy. Uważam, że redaktor powinien być niezwykle szanowanym zawodem, ponieważ dzięki redaktorowi książka jest odpowiednio doprawiona. W krajach zachodnich często zdarza się, że czytelnik kupując książkę zwraca uwagę na nazwisko redaktora, bo ten redaktor redagował wiele innych książek, które dobrze się czyta, zaś autor może być debiutantem. Podobnie jak na zachodzie czytelnik zwraca uwagę na to, kto książkę przetłumaczył. Nasuwa się tu przykład, który opisała pani Ewa Ostrowska w książce: „Kapitan własnej duszy, Borchardt znany i nieznany”. Karol Olgierd Borchardt po napisaniu swojej powieści „Znaczy Kapitan” wraz z panią redaktor przystąpił do dopieszczania swojej powieści. Wynikały wówczas różne kłótnie o teksty. Pani redaktor nie rozumiała rzeczy takich jak to, że człowiek wychowany pod żaglami nie powie na reję: „drewniany element”. Reja nie jest elementem, bo reja, to reja! Wiele ścisłych określeń żeglarskich występuje określanych mianem, jakiego nie powinny nosić. Pani redaktor tego nie rozumiała, a po wydaniu książki, musiała opuścić wydawnictwo, bowiem nie potrafiła znieść wyśmiewania własnej osoby, bo walki autora o zachowanie morskiej terminologii, nie dało się ukryć. Podobnie nie bez znaczenia dla żeglarza brzmią słowa: „pomyślnych wiatrów”! Każdy żeglarz oczekuje silnych wiatrów i żeglarzowi życzy się: „silnych wiatrów”! „Pomyślne wiatry” są obelgą dla żeglarza! Powyższe porównanie niby nie ma żadnego powiązania z poruszonym tematem. Jednak sprawa ma się zupełnie inaczej. Moja powieść „Alan w Krainie Skanlandii” jest powieścią, gdzie akcja ma miejsce w epoce miecza. I teraz redaktor żeby dobrze zredagować tekst musi odpowiednio znać terminologię i kulturę tego okresu, bo inaczej zepsuje całą powieść. I teraz wyjaśnię o co chodzi z błędem (dla osób, które tego nie wiedzą): „Czuł na sobie zabiegi reanimacyjne” — nie można czuć zabiegu. Zabieg można widzieć. Czuć można dotyk dłoni lekarzy. Można zakładać, iż powodem odrzucenia powieści nie był mój błąd, ale złe doświadczenie wydawnictwa. Gdyby wydawca zatrudniał dobrego redaktora, wówczas teksty wydane wcześniej sprzedawałby się o wiele lepiej i otwarty byłby na wszelkiego rodzaju nowości. Jedni ludzie uczą się na błędach, a inni nie. Zamiast robić wszystko, aby książka sprzedawała się dobrze, robi się tyle, żeby książka się sprzedawała. Czytelnik jest najlepszym krytykiem, ale czytelnika też należy szanować. A jak można szanować czytelnika, jeżeli serwuje mu się książki kiepsko zredagowane lub wydane prosto spod pióra? W czasach, gdy odrzucono moją powieść było w Polsce zaledwie 600 wydawców. Dziś ta liczba jest kilka razy większa. Konkurencja uczy i ma duży wpływ na rynek. Dziś książki o „Harrym Potterze” wydane z błędami, osiągają ceny kilkakrotnie większe, od ceny rynkowej. A jednak coś niesamowitego tkwi w podobnych sytuacjach. Autorka J.K. Rowlling przebyła długą drogę od wydawcy do wydawcy, zanim wydania jej książek podjęło się upadające wydawnictwo. Historia lubi się powtarzać, bo wystarczy wspomnieć Lucy Maud Montgomery, która również musiała wiele dróg wydeptać zanim „Ania z zielonego wzgórza” trafiła do księgarni. Czy potraficie sobie wyobrazić rozpacz wydawcy, który odrzucił wcześniej wymienione książki? Oczywiście taka sytuacja, że sto książek uznanych za niegodne wydania po wydaniu okazały się kopalnią złota, nie jest regułą. Jednak nigdy nic nie wiadomo. Dlatego właśnie szansa należy się każdemu. Śmiać można się tylko z tego, że wydawca wydający książki z dziedziny fantastyki nie posiada odpowiedniego redaktora, który potrafi odpowiednio doszlifować książkę, bo każdy rękopis jest jak nieoszlifowany diament i tylko od odpowiedniego podejścia zależy, czy będzie błyszczeć, czy rozsypie się w proch.
Podobał Ci się ten artykuł? Oceń na TAK lub NIE.
|
||
|
piłka nożna Piłka nożna na nowym Portalu Orange. Bądź na bieżąco z Portalem Orange. odjechani.com.pl |
Liczba komentarzy: 0