|
|
0
Droga za widnokres
Tadeusz Siwek
20.03.2011, czytano 537 razy, pobrano kod HTML 0 razy, komentarzy 0.
W tej wędrówce poza widnokres znanego, choć nie zawsze przyjaznego świata wszystko zdarzyć się może... W teatrze cieni zmieniają sie maski, portrety utralają nieprawdziwe wizerunki na chwilę przed zachłanna wiecznością...
|
Pożegnanie ołowianych żołnierzyków
|
|
Tak niedawno odeszli na strych, Ołowiani żołnierze wspaniali, I - cudowny, pluszowy miś, Który łapę nad świeczką przypalił... Lekkonogi, zielony skrzat, W pustym kącie rozpłakał się chory! Wydoroślał znienacka mój świat, Stracił nagle bajkowe kolory...
Kiwa głową, kiwa, Na biegunach konik... Znowu dzień odpływa, Nikt go nie dogoni... Tyka sobie, tyka, Zegar na kominku... Tyka sobie, tyka, Nie zna odpoczynku...
Bezpowrotnie zaginął we mgle, Świat koboldów, księżniczek i wróżek; Zmalał pokój dziecinny, gdzie Odbywałem najdalsze podróże. Zbrakło nagle przyjaciół mych, Powierników wieczornych zwierzeń; Tak niedawno, schodami na strych Ołowiani odeszli żołnierze...
Tyka sobie, tyka, Zegar na kominku... Tyka sobie, tyka, Nie zna odpoczynku... Kiwa głową, kiwa Na biegunach konik... Znowu dzień odpływa,
Nikt go nie dogoni...
|
zlotopłowa
|
|
znowu mi, złotopłowa, dni i myśli gmatwasz Zastygasz na podłodze prostokątem światła i na nowo chcesz uczyć kochać pragnąć marzyć to na nic juz za późno nic się nie wydarzy
widzisz sił mi brakuje wiary już nie starczy walczyłem z wiatrakami wróciłem na tarczy i stosowna jest chyba na wyznanie pora że więcej we mnie klowna a mniej gladiatora
| Oniros |
|
jest noc jak ciemnopłynna rzeka a w niej na dnie ja żabi car leniwie leżę w półśnie czekam wśród ryb srebrzystych gęstych chmar nade mną w wirach tańczy koga żeglarze modlą się do boga żeby ich wyprowadził z mgły ja zezwłok swój tym strachem karmię ślepia mi płoną jak latarnie i rosną we mnie mroczne sny sny są rozkoszą mą i żerem okrętem mapą żaglem sterem sny które dzielą noc na trzy
|
|
|
|
Zegar
|
|
To tykanie mojego zegara, Od lat wielu kompanem mym jest. Czasem tylko przestraszyć mnie stara, Że juz dzisiaj, za rogiem mój kres! Mój kamracie - dziel chwilę na ćwierć, Wszystko czas ma swój - życie i śmierć...
|
|
Orfeusz w drodze
|
|
W pustce tych jaskiń noc sie kruszy, I straszy tysiącletnią pleśnią; Ilu tu weszło Orfeuszy Nie potrafiących wierzyć w wieczność ? Ilu pod chwiejne weszło stropy, poprzez kamienne usta bram ? Na piasku ślad znajomej stopy... Idę - i cieniom pieśni gram...
|
* * *
|
to mój dziennik żeglugi przez morza snu pod zorzą polarną gdzie mróz wspomnień ciało przepala do kości tam w lodowych pieczarach umarli poeci piszę białe wiersze tam zamarzł w krypcie zegara czas a każda chwila odmierza wieczność
|
|
Złotopłowa 2
|
|
znowu mi złotopłowa nowe zsyłasz rymy i nadzieją mnie witasz na przeprożu zimy serce sycisz uczuciem słowa uczysz ważyć daj spokój już za późno nic się nie wydarzy
widzisz serce wystygło słowa nic nie znaczą posmutniały piosenki tak że tylko płaczą a z tych wszystkich jeremiad wniosek płynie czysty że więcej we mnie klowna a mniej jest artysty
|
|
Nie płacz
|
|
nie płacz proszę los musi się zmienić jeszcze lato na sercach nam gra juz niedługo przedproże jesieni liści zamieć szaruga i mgła
tam są nasze spacery w nieznane długie zmierzchy pieszczoty bez słów amfilady drzew mgłą przetykane będa w noc prowadziły nas znów
nie płacz proszę łzy nic nie pomogą żadna z nich ulgi wszak nie przyniesie jeszcze sierpień się pali nad drogą nie płacz proszę juz idzie na jesień
|
| ITAKA |
|
Wiatr wieje Niebo nade mną chyli się nisko A ja W zniszczonym kapeluszu na głowie Jak Strach Na Wróble W sierpniowe wbity rżysko Wciąż na chmurach piszę opowieść
I Rosną we mnie Południa I noce I chmury rosną I stoję tutaj Jak studnia Otwarta wiosną
I Jest jeszcze we mnie lot ptaka Wpisany w błękit I Odys I Itaka I fale Co jedzą z ręki
|
|
LISTOPAD
|
|
Listopad – to, moja miła, niebezpieczna pora; Jesień – taka ogromna... ludzie – tacy mali... Słychać temat odlotów w ptasich rozhoworach, Przed szpitalem w Kowarach dąb się krwawo pali...
Listopad – to, moja miła, czas bezsennych nocy; Moich wspomnień o tobie dzikie pogranicze... Znów listowie powiędłe wiatr mi rzuca w oczy, Kiedy chodzę po parku i latarnie liczę...
Listopad – to, moja miła, ciężki czas dla serca; Rwie się we mnie ostatnia nić babiego lata... Chłód poranków zamglonych na wskroś mnie przewierca, Jesień smutkiem jak bluszczem wiersze mi oplata...
|
| CZAS |
|
S. Jesienin: „ Nie żaleju, nie zawu, nie płaczu....”
Osypują się na mnie jesienie, Zimy srebrem malują mi włos, Coraz niżej pochylam się w ziemię, Coraz ciszej rozbrzmiewa mój głos… Nowe lądy się jawią w oddali, A za dalą następna jest dal; Niby świeca mój czas się wypali, Na nic puste lamenty i żal...
|
| Codzienność |
|
Najcudowniejszy życia cudzie, O którym wciąż wiem tak niewiele… Tuż, obok mnie – przechodzą ludzie; Znajomi, bliscy, przyjaciele… W przedświtu gęstej, chłodnej mgle, Ja – mijam ich, a oni – mnie… W drodze na brzeg leniwej rzeki, Wypływającej spod powieki…
W niezrozumiałym, strasznym pędzie, Wirują oszalałe dni! Gwiazdy spadają jak żołędzie… Lustro z nas coraz częściej drwi; I – strach jak wściekła suka warczy! I – niewygodnie nam na tarczy, Kiedy nas przyjaciele niosą, Ku rozpalonym w dali stosom.
Miast ciasnych labirynty kręte, Gdzie Człeko – Byk pijany chrapie. Porosłe chwastem miejsca święte… Cud, zwiastowany na kanapie Jednej z niepewnych Bogurodzic, Której dość kiepsko się powodzi, O której sąsiad z naprzeciwka Mówi, że jest zwyczajna dziwka!
I tak – za grudniem biegnie grudzień; Wtorki, soboty i niedziele… Tuż , obok mnie przechodzą ludzie; Znajomi, bliscy, przyjaciele… Ja – mijam ich, a oni – mnie. I – tylko Śnieżka stoi w tle Drogi wiodącej na brzeg rzeki Wypływającej spod powieki.
|
| Nieobecni |
|
Leszek
Rozpaliłem w Zachełmiu ognisko, Obok flaszka - samotnych pociecha. Już październik i gwiazdy lśnią nisko Więc przepijam do gwiazd i do Lecha:
Wiwat, Lechu! Nie powiem na zdrowie... Tyle lat żeśmy razem przeżyli! Wkoło cisza... Na toast odpowie tylko cień,
co się z trawy wychyli...
Ojciec
Na tej ulicy Jak anegdota o Jeleniej Górze Upadłeś Serce pękło Purpurowy balonik Nadmuchany tęsknotą
Matka
Szpital Bukowiec Respirator Za oknem płonął w słońcu buk Spóźniłem się czterdzieści minut Jak gdybym Na coś zdążyć mógł
Alicja
Po nitce księżyca Z osiedla w Cieplicach Mglistość Srebrzystość W dal Lśni neon nad sklepem I okna są ślepe Rozumiem Nie umiem Żal
Ja
…
|
| Spacer bez Alicji |
|
W parku mgły chłodne jesień snuje I liście z drzew spadają znów. Idę i list Twój czytam… Czuję Smutek jesieni… kruchość słów…
Czuję, jak gdybyś szła tuż obok, Liście splatała w rytm i rym… List ma lat kilka… Każde słowo, Nieuchronnością przyszłych zim, Serce zamienia w lodu sopel… Spod powiek kilka słonych kropel Wycisnął psotny chochlik – wiatr. W wirze jesieni, zim i lat, Jak liście więdną ludzkie twarze… Imiona – toną w studni zdarzeń, I – w pusty się zmieniają dźwięk…
W parku mgły chłodne snuje wrzesień; Od rosy dywan liści zmiękł… Idę.. i list Twój czytam… jesień Rozlewa się dokoła mnie…
I, wiesz Alicjo? Myślę o tym, Jak bardzo kruchy jest nasz czas: Radości, smutki i tęsknoty, Wraz z nami umierają w nas. Zostają słowa na papierze, Kilka skropionych deszczem kart; Wiersze i listy pełne zwierzeń… Głupstw parę… jakiś pusty żart… Jak w gabinecie krzywych luster, W słowach odbicie raz po raz: I – tylko oczy mamy puste… I – cisza coraz większa w nas… I – tylko w oczach słone krople… I – tylko w piersiach zimne sople…
W parku mgły chłodne snuje jesień; Wiatr z drzew powiędłe liście rwie… Idę… i list Twój czytam… wrzesień Rozlewa się dokoła mnie…
|
|
w ukryciu
|
|
zamykamy siebie na klucz nieufności rośnie z dnia na dzień z nocy na noc coraz większy oszroniały mech strachu przed godzina zatrzymującą zegary tylko w nas kolczaste drzewo świadomości dobrego i złego rodzi zatrute owoce samotności
nie bój się to tylko noc zaplatana w akacjach nasłuchuje naszych szeptów słów rzucanych na rozdroża wiatru srebrne pazury mroku nie poranią serca
nie bój się to tylko jesień maluje na chmurach skomplikowane symbole pożegnań my bliscy o myśl o krawędź oddechu muśnięcie dłoni mamy jeszcze czas na pieszczotę rzęs nawykłych do ciemności kiedy moje dłonie rozbierają ciebie nawet z łez
zamykamy siebie w ciasnej klatce żeber tłucze skrzydłem ptak spragniony czułości na podniebnych szlakach naszych nocnych wędrówek wykluwają się purpurowe ptaki pożądania tak blisko nas tak daleko wypływają na niebo antyczne statki gwiazd przez czarne dziury październikowych snów odpływają na oceany ciszy
nie bój się ciemności zatruwanej toksynami kłamstw niosę przed tobą maleńkie światełko oddechu kaganek nadziei od nich na dnie twoich oczu zapalają się migotliwe gwiazdy obietnic
|
| UMARŁEM WCZORAJ |
Umarłem we śnie… i leżałem nagi… Nade mną darły się chrapliwie wrony… Chciałem się zbudzić – nie miałem odwagi ! Nazbyt głęboko we śnie pogrążony, Czułem jak czarna zapomnienia rzeka, Przez moje włosy leniwie przecieka…
W pół ruchu stanął oniemiały zegar, Szreń gwiezdna ciekła przez powiek witraże, W punkt osobliwy świat się cały zbiegał, I zapomniane, umarłe pejzaże Drzewami ciszy we mnie wyrastały… Śnieg na nie padał gorący i biały…
Spoza tej ciszy – Ty płynęłaś do mnie Na łodzi z blasku, po leniwej fali… Ptaki krzyczały w mroku nieprzytomnie Strach mi gromnicę na dnie serca palił… Piasek na oczy sypał się przedwcześnie… Leżałem nagi, bo umarłem we śnie… |
Podobał Ci się ten artykuł? Oceń na TAK lub NIE.
0
- Strona redakcji
Redakcja działu składa się z Opiekuna, Prowadzącego oraz Redaktorów. Osoby wchodzące w skład redakcji nadają kierunek i określają cele oraz standardy w dziale.
-
Martyna Brzezińska (Prowadzący)
Prowadzący – jest opiekunem działu z większymi możliwościami. Nadaje kierunek, wizje, cele działu. Ma możliwości i narzędzia do promocji w danym dziale.
|
Liczba komentarzy: 0