» Wyszukiwarka» Kategorie
» Multiprofile
|
» Kategoria: Kultura i Sztuka / PisarstwoUdręki pisarzaAleksander Sowa 31.01.2011, czytano 643 razy, pobrano kod HTML 1 razy, komentarzy 0.
Wąchając pachnącą świeżą farbą drukarską książkę, dotykasz produktu. Ci, bez zamiłowania do pejczy, czerwonych kulek w ustach i skórzanej bielizny zadowalając się samym tekstem, flirtują z e-bookami. Jedni i drudzy, nieświadomi, patrzą na okrutne narzędzie tortur.
Utajone, skryte i dla większości nie istniejące. Ale nie dla pisarzy. Ze mną też tak było, w czasach, kiedy byłem jeszcze szczęśliwy. Na długo przed „My, dzieci z dworca ZOO”, i pewnie gdzieś w okolicach „Dzieci z Bullerbyn”. Potem przyszło dorosnąć. I zacząć – nie to szlag – pisać. Właśnie. Pisać, pisać, pisać… Jak to prosto, słodko i pozytywnie brzmi? Pięcioliterowy czasownik, dwie tylko sylaby. Takie niby nic. Owszem, dla wąchaczy książek i czytaczy e-booków, ale nie dla twórców. Pisać – nic gorszego być już nie może. Lepiej już malować, śpiewać, rzeźbić, fotografować, kraść albo oddawać się za pieniądze w zawszonym burdelu. Co za przekleństwo losu, bezczelna tyrada niepojętego przeznaczenia, fatum zaśmierdłe każe zostać pisarzem? Każdy przecież, twórca-pisarz i – pożal się Boże – grafoman, zna to przeklęte uczucie. Udręka pisarza. A żeby życie nie było monotonne, tych demonów co nami się karmią, co najmniej jest kilka. Pierwsza, na przedzie galopuje niezidentyfikowana potrzeba – muszę pisać. Na jaką cholerę? Po co? Przecież jest tyle ciekawszych, lepiej płatnych i mniej zboczonych zawodów niż pisarz. Weźmy za sam przykład bycie prostytutką – płacisz i jedziesz, dziewczę szminką usta poprawia i niczego udawać nie musi. A ty, pisarzu niedorobiony – nim gremium innych facetów w golfach pod marynarkami i kobiet z afro na głowie uzna cię swojakiem, będziesz cichodajką przez lata. Dopóki nie zbierzesz zer na koncie i paragonów na ladzie w Empiku po twoich książkach, okrzykną cię tylko grafomanem, wynędzniałym literatem-onanistą. Nim to jednak się stanie będziesz cichodajką w centrum handlowym, co Internetem dziś się zowie. Niczym galerianka frajera węszyć musisz swojego alfonsa, dobrodzieja, który zachcę dostrzec twój apetyczny biust, usta i pośladki w wychuchanym manuskrypcie debiutanta. Tylko po to, aby po niepewnym wzwodzie obedrzeć cię ze skóry i wyrwać 90% pieniędzy, które zarobisz seksem oralnym z działem marketingu. Potem chciwość i pycha wczepią się w twój płat czołowy i karmić będą uczucia. Ochlap ze stołu wydawcy, dystrybutora, hurtownika księgarza i ministra finansów zachęci – napisz coś jeszcze, a kupisz zagrychę do wódki. I piszesz, jak umiesz, oglądając się z lękiem za siebie w obawie czy aby już ktoś nie dostrzegł permanentny brak talentu. Wiadomości od bujających w obłokach wielbicielek nobilitują – pisz, pisz, pisz, chcemy cię czytać. Więc siadasz przy biurku strojny w nieprzebrane artystyczne moce, na które nie ma lekarstwa. Ale jak tu pisać, kiedy to przecież udręka nieludzka? Nie można sobie przecież fundować na własne życzenie długich godzin siedzenia nad jednym zdaniem w oczekiwaniu na wenę, nurzając się nieprzebranym oceanie jałowości i wypalenia. Nie godzi się horror wymyślania pokracznych bohaterów i oderwanych od rzeczywistości, infantylnych dialogów, które bardziej budę psa na myśl przywodzą niż powieść, opowiadanie czy inne krzesło inkwizytorskie. I nic nie pomaga tępe wpatrywanie się w kursor mrugający przed oczyma na podobieństwo kapiących z kranu na czaszkę kropel wody. Stąd już tylko mały kroczek do opętania. Trzeba się zatem bronić. Rozkoszne lenistwo dopada na szczęście pisarza znienacka jak jastrząb gołębia i nie puszcza ze szponów tak łatwo. Wszystko jest przecież ciekawsze niż proces pisania – czyszczenie kibla, gotowanie rosołu (a priori), czytanie książki telefonicznej, modlitwa lub różowe sutki jeśli literat jest wariat, albo tylko w sprawie pióra impotent. Życie pełne jest pokus, a bycie pisarzem na domiar złego niestety wyklucza egzystencję bezmózga, więc myśli, pomysły, podszepty Lucyfera do czaszki nieustannie się cisną. Mija żywot parszywy, w biedzie. Znika szczęście we dwoje podziurkowane kolejnymi manuskryptami, bo związki z pisarzem(ką) mogą być tylko nieudane. Bolesne miłości trzeba przeżyć a jak wiadomo temu sprzyjają stany zjednoczone świadomości. Więc wali się wódę, romansuje z narkotykami i nawet bywa, że seks czasem wychodzi, choć nie pomaga. Kochankowie kładą się spać do łóżka z pisarzem a rano budzą u boku nieogolonego mężczyzny albo zwykłej kobiety, bez makijażu i cały romans zwykle szlag szybko trafia. Znów boli, i dobrze – będzie o czym (na)pisać. Tyle, że na kacu pisze się jeszcze gorzej. A bez pisania, bycie pisarzem mija się z celem. Trzeba pisać, choćby po to by nie pić, albo mieć za co picie kupić. Więc wreszcie nadchodzi utęskniona apokalipsa. Armagedon oczekiwany od lat, najczarniejszy scenariusz a imię jego czterdzieści i cztery. Rozpoczyna się męka, udręka i wyczerpująca walka – jak twierdził Orwell – niczym ze straszną chorobą. Po pierwszej ekstazie, kiedy popłyną dziewicze zdania przez palce na klawiaturę, niepokój w tany uderza. I będzie trwał na ramieniu do końca, chichocząc jak hiena w rytm dźwięku klawiszy. Strojny w determinację pisarz walczy przez czas jakiś z demonami, rodząc w niewyobrażalnych bólach to, co w nim dojrzało. Niestety jest tym prawie zawsze udręka, bredzenie chorymi słowami, do krwi w zębach rozgryzionymi. Wszystko poprzedzone przygotowaniami, by owe rozkrwawione słowa napisać. Trzeba wiedzieć o czym się pisze – jeśli pisze się o miłości, trzeba kochać. Jeśli o nienawiści – nienawidzić. By pisać o piciu, konieczne jest chlanie a by zrozumieć ból – warto pocierpieć. Udręka jest prawie zawsze, prawie – bo jeśli jest inaczej, to pisanie jest lepsze, od czegokolwiek innego. Po wszystkim, siedząc z rękopisem przy samotnym stole dopada pisarza kolejna klątwa. Wyrzuty sumienia. Korekta, poprawki i zmiany. Łamanie każdego słowa, czytanie we wzrastającym uczuciu nienawiści do książki i dzielenie włosa na czworo. Przeklinanie własnego dziecka, które wyrodne, nigdy nie będzie takie, jak by się chciało. Za to zawsze pozostanie brzydkie, kalekie, ułomne, złe i beznadziejne. Mieć będzie tylko jedną zaletę. Że, powstało, że istnieje i drugi raz urodzić go już nie trzeba. Dlatego, kochamy najbardziej książki, których powąchać nie można – te, jeszcze nie napisane. One nie chwytają w niewolę, nie niszczą, nie bolą aż do porodu. Można nawet o nich marzyć. Jak o tym, że mimo wszystko naszego bękarta, niedawno właśnie spłodzonego, ktoś zechce wydać. Ktoś inny przeczytać, a może nawet kupić. A my – znów będziemy mogli się upić, by o tym nie pamiętać, że można było zostać lekarzem, murarzem, prawnikiem czy hydraulikiem. I tak, udręka pisarza zatacza koło. Rozszarpana wczoraj wątroba znów jest cała. Kwadratowe koło, dziś właśnie stoczyło się na sam dół, choć wtoczyliśmy je wczoraj na szczyt prawie. Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tutaj wchodzicie – na ekranie niczym na drzwiach piekieł z dziewiątką autor wkrótce dostrzeże. Abyś mógł, wziąć pachnącą książkę i ją powąchać. A ci, bez zamiłowania do pejczy, czerwonych kulek w ustach i skórzanej bielizny – ściągnąć skądś. Potem, jedni i drudzy mogli przeczytać. Szczęśliwie nieświadomi udręk w jakich powstała owa – jak do dumie brzmi – książka.
Podobał Ci się ten artykuł? Oceń na TAK lub NIE.
|
|
Liczba komentarzy: 0