» Wyszukiwarka» Kategorie
» Multiprofile
|
» Kategoria: Kultura i Sztuka / FilmSylviaPiotr Łeszyk 05.06.2009, czytano 740 razy, pobrano kod HTML 0 razy, komentarzy 0.
Sylvia czyli „Jeszcze mi nie bądź/jeszcze mi się zdawaj” [1] - recenzja filmu
Minęło sporo, a od dziś dnia licząc, najmniej sześć lat, od kiedy film Sylvia wyświetlono w kinach. Z racji jednak, że warsztat pisarski głównej bohaterki filmu – Sylvii Plath (w tej roli Gwyneth Paltrow) – cenię wysoko, postanowiłem, że nie obejrzę filmu, póki na tyle nie zwącham się z jej pisaniem, by mieć znaczną swobodę w poruszaniu się w „jej” języku. Ostatnią zaś książką do przeczytania – z przetłumaczonych na język polski – długo dopominały się ukończenia Dzienniki 1956-62... Lekturę ukończyłem całkiem niedawno. „Papierowa” Sylvia Plath – Sylvia z Dzienników – to obraz kobiety niesłychanie pracowitej (dużo – choć bywa, że z oporem – studiującej gramatyki języków obcych i... okultyzm); to obraz dziewczyny towarzysko aktywnej. W filmie braku pierwszego aspektu dopatrzyć się nie mogłem – choć filmowa Plath to bardziej matka dzieciom niż pisarka. Ale już z drugim aspektem jej życia (towarzyskością), mam problem... Z wyjątkiem bowiem bostońskiej wizyty złożonej matce (tuż po swoim ślubie z Hughesem), Plath w ogóle (!) nie plotkuje, w ogóle nie pije alkoholu (co robić lubiła), mało pisze... Z filmu nie dowiemy się, że Plath szczerze nienawidziła swojej matki. Ba, do tego stopnia gra/rola matki Plath przekonuje, że jest (o, ironio życia!) jedną z lepszych kreacji jakie w ogóle zapamiętałem. Szkoda tylko, że tej „uroczej” atmosfery bankietów (od których się w życiu Plath aż roiło) nie utrzymano w mocy; szkoda, że wątki te potrącono – film by na tym z pewnością nie stracił, a i Plath nie byłaby aż taką mizantropką... Bo choć była nią, w istocie, film pokazuje, że to niejako bunt przeciw seksualnym ekscesom Hughesa (w tej roli Daniel Craig) dał jej pochop do pisania więcej – i dopiero separowaną od męża widzimy Plath literacko aktywną. Takie postawienie sprawy powoduje, że i tak już przecież wyrazista postać mrukliwego Hughesa, urasta nam na przyczepkę do rangi muzy. Tymczasem wiemy skądinąd, że i był nią, być może, ale „i tak” zmarły ojciec Plath go – w pierwszeństwie inspirowania Sylvii – wyprzedził. Bo to właśnie postać/wątek ojca najsilniej dał o sobie znać w pisarstwie Plath – począwszy od dedykacji wierszy, po symboliczną obecność Króla pszczół w poezji, prozie i listach pisarki. Słowem nie ma mojej zgody na to, by Hughes był jedynym adresatem złości Plath, „odbiorcami” jej wściekłości/nienawiści była bowiem większa grupa ludzi – to ci, z którymi plotkowała, których wespół i lubiła i nienawidziła, a z których ostały się w filmie dwie, góra trzy postaci.
Podobał Ci się ten artykuł? Oceń na TAK lub NIE.
|
|
Liczba komentarzy: 0